Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Pacjenci oczami ratownika medycznego

98 638  
529   55  
Pacjenci często opisują swoje przygody z polską ochroną zdrowia, tu mamy okazję poczytać jak to widzą pracownicy...Porcja różnych, bardziej i mniej, zabawnych sytuacji w pogotowiu ratunkowym - zarówno z pacjentami jak i między pracownikami.

#1.


Ratownicy medyczni podobno mają pęcherze jak beczki. Po tylu latach pracy nie dziwię się. Niestety mój kompan nieświadom, że jego mózg powinien odczytywać "chce mi się lać" dopiero gdzieś po 20 litrach moczu w pęcherzu zaczął już na miejscu wypadku informować, że (cytując) "zaraz pie*dolnie niagare w spodnie". Ani okazji ani czasu jednak nie było, by potrzebującemu upustu kompanowi jakoś ulżyć. Przez kolejne 35 minut wszyscy obecni przy wypadku (łącznie z pacjentem) wysłuchiwali do jakich rozmiarów powiększa się ten jakże ważny narząd kompana i co powinien sobie zapleść z czegoś innego, czemu uszczelki mogą w każdej chwili puścić.

W końcu zbliża się wybawienie. Za jakieś pół kilometra zajedziemy na sygnale pod SOR. Jak to fajnie musiało wyglądać z perspektywy osoby postronnej jak wpada dwóch ratowników na SOR, jeden pcha nosze... a drugi leci krzycząc "LAAAĆ!" i znika gdzieś w odmętach szpitala...

Profesjonalizmu jednak nie można mu odmówić - wytrzymał.

#2.


Wezwanie. Oczywiście już przed drzwiami słychać, że pies jest i nie brzmiał na zadowolonego naszą wizytą. Pierwsze, co mówimy do właściciela to jak zwykle:

- Dzień dobry, proszę tego piżmaka zamknąć.
- Ale to niegroźny jest, nie gryzie. - Za każdym razem jak ktoś tak mówi mam ochotę mordować.
- Ale proszę zamknąć go gdzieś.
- To przecież tylko pies.
- Ale mogłaby pani go zamknąć?
- Nie, to członek naszej rodziny.

Wku*wiony, zmęczony i zniechęcony bezproduktywną rozmową rzucam:

- Pani, ku*wa, ja też mam członka, a nie paraduję z nim na wierzchu przed obcymi mimo, ze nie gryzie.

Podziałało.

#3.


Przed odjazdem do stacji musimy sprawdzić czy mamy cały sprzęt. Zawsze zajmujemy się tym bardzo szczegółowo przy okazji starając się oznaczyć od razu świeże braki (czyli wszystko co może być użyte przy pacjencie jednorazowo), żeby uzupełnić przed odjazdem.

Więc siedzimy na SORze, kompan ogarnia już czego brakuje, ja podpisuje wszelkie pierdółki, które podpisać muszę, pakujemy się ładnie, wsiadamy, udajemy się na czyszczonko.

Wyjeżdżamy za szlaban szpitalny i dzwoni służbowa komórka.

- Zapomnieliście czegoś...
- Nie, niemożliwe... Sprawdziliśmy dokładnie. Piotr, czego nie mamy?
- Eee... Nie no, ty pakowałeś... Ale chyba wszystko je.. - Tu odwracam się w stronę szybki dzielącej budę z kabiną i szeroki uśmiech wskakuje mi na ryj.
- Nie, mamy wszystko. Na pewno, - Zapewnia kompan mój.

W słuchawce nastała cisza... I po chwili słychać głośne:

- Panowie... A NOSZE?

A żeby tam zaraz nosze nam miały być potrzebne.

#4.


Wezwanie. Pijaczyna (dobrze nam już znany zresztą) raczył rozkwasić sobie szanowne czółko. Do miejsca zdarzenia mamy naprawę niedaleko, więc na miejscu jesteśmy już po dwóch minutach. Wysiadamy z karocy i udajemy się w kierunku pacjenta.

- No co tam, mistrzu? Pomóc ci się ogarnąć?
- Meepfepfemeee...
- Mhmmm... Co tu żeś wyczarował dziś?
- Pfffeeemeeemeee...
- W ten słupek?
- Pfeee...
- Pokaż mi to. Eee, nie jest tak tragicznie. Ktoś ci pomógł zanim przyjechaliśmy?
- Meeepfepfepfe...
- No ta, czemu mnie to nie dziwi. Dobra kolego. zabierzemy cię bo wypadałoby sprawdzić ci czachę. Masz jakieś swoje rzeczy tu?
- Meeepfffeee...
- To pokaż gdzie to Witek weźmie.
- Meeepfeeepfeee meeepfeeemeeemeee... Pfeeepfepfe meeemeee...
- Ok, to ten plecaczek weźmiemy a tamto niech zostanie, bo nie robimy przeprowadzek. Może tak być?
- Pfeee.

Przez pierwszy rok w pogotowiu uczysz się dogadywać z pacjentem. Później dociera. że się nie da - po ponad 10 latach lepiej czytać w myślach. Grunt to się dogadać.

#5.


Z czasów pracy na S. Dojeżdżamy do w półprzytomnej kobiety. Zastaliśmy ją na podłodze, podpartą o fotel. Lekarz kleknął koło pacjentki - ratownicy oczywiście podajcie-nie przeszkadzajcie-dźwigać ewentualnie będziecie-tako wam rzecze.

Doktorek z panią kontakt nawiązał, więc się ucieszył, żyć być może będzie OK! W międzyczasie koło niego kręcił się mąż pacjentki. I kręci się i miota, a to tak podchodzi, a to inaczej, może z drugiej strony... I widać, że coś kombinuje tośmy się odsunęli kawałek robiąc sobie pole do manewru jakby miało coś się stać.

Mąż w końcu zrobił odważny krok, stanął przy doktorku, zwiesił maszt w dół i wystawił pędzel lekarzowi tuż przed twarzą.

- Może pan na to spojrzeć? - Spytał nieśmiało.
- NO CO PAN, KU*WA!? - Odskoczył doktorek. - CO PAN TERAZ!?

Chwyciliśmy męża pacjentki i odciągnęliśmy od lekarza. Sytuacja godna amerykańskiej komedii - lekarz wklejony w ścianę i dwóch ratowników trzymających gościa z kutasem na wierzchu. Wszystko nad odzyskującą właśnie kumanie pacjentką.

Tylko wracać było jakoś dziwnie. Co chwilę z budy dobiegało przerywane naszym śmiechem doktorowe:
- Zamknąć się!
13

Oglądany: 98638x | Komentarzy: 55 | Okejek: 529 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.09

20.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało