Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Bezimienny trup, który powiedział nam bardzo dużo o śmierci przez ukrzyżowanie

65 656  
239   71  
Jeszcze jest świeży, ale jego ciało już stygnie. Wygląda jakby spał, ale lada moment skóra straci swe zdrowe kolory, a on sam napuchnie i zacznie brzydko pachnieć. Trup. Teoretycznie nikomu już niepotrzebny, zupełnie bezwartościowy kawałek ścierwa. Z drugiej strony – zwłoki mogą nam jeszcze wiele powiedzieć, jeśli tylko będziemy wiedzieć, jak ich słuchać. Jeden z takich nieboszczyków bardzo przysłużył się podczas badań Całunu Turyńskiego!


W chrześcijańskiej ikonografii Jezus zazwyczaj przytwierdzony jest do krzyża za pomocą gwoździ przybitych do dłoni. Takie przedstawienie ukrzyżowania mija się z prawdą. O kilka centymetrów. Umiejscowienie gwoździ w tym miejscu sprawiłoby, że pod wpływem ciężaru ciała rany rozdarłyby się i nieszczęśnik najprawdopodobniej spadłby na ziemię. W rzeczywistości skazaniec przybijany był do belki, tak aby gwóźdź znalazł się w tzw. szczelinie Destota, czyli w przestrzeni znajdującej się pomiędzy kośćmi nadgarstka.


W latach 30. ubiegłego wieku francuski lekarz Pierre Barbet postanowił przyjrzeć się z bliska słynnemu Całunowi Turyńskiemu. Interesowało go przede wszystkim potwierdzenie teorii mówiącej, że osoba uwieczniona na lnianym płótnie rzeczywiście zmarła na krzyżu. W tym celu przeprowadził cykl eksperymentów.

Pierwszym z jego doświadczeń było wzięcie na warsztat świeżo amputowanych ludzkich rąk. Barbet wbił gwoździe dokładnie tam, gdzie umieszczali je malarze wyspecjalizowani w ikonografii religijnej, czyli pośrodku dłoni. Pierre szybko przekonał się, że już przy nacisku ok. 40 kilogramów rana rozdziera się i w ostateczności gwóźdź ostatecznie wychodzi z ciała. Jeśli dodać do tego fakt, że kąt pomiędzy ramionami skazańca wynosił ok. 60 stopni, nacisk na miejsce umieszczenia gwoździ byłby jeszcze większy.


Problem natomiast znika, gdy człowiek przybity jest do krzyża w sposób „prawidłowy”, czyli taki, jaki praktykowany był przez rzymskich katów jeszcze w IV wieku n.e. Pomijając już fakt, że takie zaczepienie jest pewne, to nie ma tu możliwości uszkodzenia większych żył, przez co skazaniec nie umarłby z wykrwawienia.

Barbet nie skończył swych eksperymentów jedynie na badaniu amputowanych kończyn. Kolejnym etapem doświadczeń miało być ukrzyżowanie prawdziwego człowieka. Martwego, ma się rozumieć. Aby znaleźć odpowiednie zwłoki, udał się do jednego ze szpitali. Wybrał wyjątkowo wychudzonego nieboszczyka, który – jak sam Barbet stwierdził – był najładniejszym trupem ze wszystkich, które udostępniono mu do badań.


Zmarły przybity został do krzyża zgodnie z historycznymi przekazami – dłonie przytwierdził wbijając gwoździe w szczelinę Destota, natomiast nogi nieboszczyka przybił do krzyża za pomocą jednego tylko gwoździa przeszywającego obie stopy tuż przed tzw. stawem Lisfranca, czyli miejscem oddzielającym kości stępu od śródstopia. Dziś wiemy, że Barbet mógł się mylić. Późniejsze badania, a także oględziny kości osób, które zginęły na krzyżach, sugerują, że gwoździe wbijane były bezpośrednio w śródstopie, dokładnie nad kością łódkową.


Pierre Barbet swoim doświadczeniami potwierdził okrutną pomysłowość rzymskich katów. Tak przybite do krzyża ciało wywiera nacisk na unieruchomione żebra, w wyniku czego człowiek dusi się. Walcząc o łyk powietrza, decyduje się podnieść, opierając cały swój ciężar na tym jednym gwoździu, który wbity jest w stopy. Oddycha się wówczas łatwiej, ale cierpienie jest tak silne, że nieszczęśnik odpuszcza i znów zaczyna się dusić. Ostatecznie, po niezliczonej ilości takich prób, półprzytomny z bólu odpuszcza i umiera przez uduszenie. Rany na stopach człowieka z Całunu noszą ślady sugerujące, że i on wielokrotnie musiał podnosić się, aby zaczerpnąć powietrza.

W gruncie rzeczy crurifragium, czyli łamanie skazańcom goleni przez katów, było niczym innym, jak aktem łaski – człowiek pozbawiony możliwości podnoszenia się szybko umierał.
Co szokujące – tej teorii Barbet nie opierał jedynie na ułożeniu przybitego do krzyża nieboszczyka, ale i po wojnie wrócił do tematu, powołując się na zeznania świadków tortur więźniów z obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie jedną z kar było wieszanie nieszczęśników za ręce przywiązane pod dużym kątem. Zgodnie z tym, co lekarz twierdził na podstawie swych wcześniejszych badań – takie ułożenie ciała powodowało poważne skurcze mięśni i ostatecznie prowadziło do uduszenia się ofiary.


Badacz zauważył, że człowiek widoczny na Całunie nie miał złamanych nóg, co zgadzałoby się z biblijnymi przekazami. Ciekawym elementem eksperymentów Barbeta była też kwestia niewidocznego na płótnie kciuka. Przy okazji swych doświadczeń uczony zauważył, że gwoździe wbite w szczelinę Destota zazwyczaj uszkadzają środkowy nerw, czego efektem jest właśnie mocny przykurcz kciuka.


Sporą zagwozdką okazała się też rana widoczna na odcisku ciała ze słynnego płótna. Barbet zauważył, że pozostała ona otwarta, co mogłoby oznaczać, że zadano ją już po śmierci ofiary. Na podstawie śladów krwi uczony doszedł do wniosku, że rzymski żołnierz musiał przebić osierdzie, opłucną i przedsionek serca. Co zaskakujące – rana znajduje się na prawej części klatki piersiowej nieboszczyka. To ma swoje wytłumaczenie w… szkoleniu rzymskich legionistów, którzy uczyli się zadawać precyzyjne, śmiertelne ciosy właśnie z prawej strony, tak aby zaskoczyć przeciwnika osłaniającego się tarczą trzymaną w lewej dłoni.

Późniejsze badania przeprowadzone przez innych ludzi nauki przyniosły kilka dodatkowych smaczków. Na początku lat 80. włoski lekarz Pierreluigi Baima Bollone pobrał próbkę materiału i określił grupę krwi nieboszczyka na AB. To by się nawet zgadzało – taką może pochwalić się jedynie 4-5% ludzi na ziemi, z czego aż 18% to Żydzi! Dwaj inni badacze, Alan Adler oraz John Heller, dokładnie też przebadali część Całunu, na której widać twarz nieboszczyka. Zauważyli oni, że człowiek ten miał rozdartą powiekę, nabrzmiały nos oraz opuchnięte policzki i łuki brwiowe. Doszukali się też niewielkich ran na wysokości linii włosów, co mogłoby sugerować, że skazańcowi założono na głowę „cierniową koronę”.


Wróćmy jeszcze na chwilę do doświadczeń nad naturą ukrzyżowania. Pierre Barbet prowadził również eksperymenty na żywych ludziach. Oczywiście nie przybijał ich do drewnianych belek, a przypinał do krzyża pasami. Nie on jedyny tak robił. Amerykański ekspert w dziedzinie medycyny sądowej, Frederick Zugibe, najprawdopodobniej ukrzyżował więcej ludzi niż ktokolwiek od czasów upadku Cesarstwa Rzymskiego! Jego eksperymenty częściowo tylko potwierdziły wyniki badań Barbeta. Zgodnie z tym, co sugerował ten ostatni – większość ochotników, na których Zugibe prowadził swe badania, skarżyło się na problemy z oddychaniem. Problemy zaczynały się jednak, gdy kazano im podnosić się na nogach. Zugibe twierdzi, że w takiej pozycji ukrzyżowany miałby olbrzymie trudności z wykonaniem tego zadania. Większość osób biorących udział w eksperymentach Amerykanina najbardziej skarżyła się na ból ramion…

Czy zatem osoba widoczna na Całunie zmarła z wycieńczenia, czy udusiła się? A może tak, jak sugerują niektórzy – zapadła w śpiączkę, aby niedługo po pogrzebie wstać, otrzepać się, poprawić fryz i opuścić grobowiec?

Tę ostatnią teorię chyba możemy włożyć między bajki – rany, które człowiek z Całunu otrzymał, raczej nie pozwoliłyby mu tak łatwo „zmartwychwstać”. No, chyba że facet faktycznie był Synem Bożym. Wówczas wszystko byłoby możliwe...



Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 65656x | Komentarzy: 71 | Okejek: 239 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało