Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Mototaksówki - druga największa (zaraz po roznoszących malarię moskitach) plaga Amazonii

31 638  
190   19  
W amazońskiej Pucallpie jest 45 tysięcy moto-taksówek. To całkiem sporo, jak na miasteczko, w którym żyje sobie nieco ponad 200 tysięcy obywateli. Upał i duchota uderzają w nozdrza już chwilę po tym jak wytaczamy się z samolotu. Wychodzimy z lotniska. W ciągu ułamka sekundy obsiadają nas taksówkarze. Dziesiątki dybiących na klienta, czujnych, niewysokich chłopaków o szczerych uśmiechach. „Taxi, amigo?”.


Oni wiedzą wszystko i znają każdego. Zawsze. Szukasz taniego hotelu? Dziwki na jedną noc? Koksu? Targu rybnego? Lokalnego sprzedawcy baloników z helem? Wystarczy zagadać do posiadacza małego, trójkołowego pierdżetti. Za cenę kilku soli dowiezie cię na miejsce i zadba o to, abyś dostał to, czego potrzebujesz. My dostaliśmy pokój w tanim hotelu. Za równowartość 30 złotych. Cztery łóżka, łazienka z zimnym prysznicem, rozklekotany klimatyzator oraz grzyb na ścianie. Do tego śniadanie wliczone w cenę noclegu i zdechły, nieco przerośnięty karaluch na ziemi. Hilton się chowa!

Ulice w Pucallpie wypełnione są tymi małymi gówienkami. Jeżdżą nimi całe rodziny, baba z półżywym kurczakiem w siatce, miejscowa przekupka z pokaźnym tobołkiem ryb i budowlaniec, który namówił kierowcę do pomocy w transporcie kilkumetrowych drutów zbrojeniowych. Teraz wloką się one za wyjącym wniebogłosy motorkiem rozsiewając wokół iskry i zostawiając na asfalcie długą kreskę.

Moda na tę poruszającą się ławicami, miejską faunę rozpoczęła się ponad 30 lat temu. Podobno jakiś utalentowany mieszkaniec Iquitos, zainspirowany indyjskimi trójkołowcami, postanowił zbudować coś bardzo podobnego. Przytroczył swój wysłużony motocykl do kilku zespawanych ze sobą rurek, dorzucił dwa koła, konstrukcję przykrył jakąś dziurawą plandeką i voilà – teraz jeden motocykl mógł służyć jako transport trzech (lub też czterech niewielkich) Peruwiańczyków i niezliczonej ilości bagażu mocowanego za pomocą sznurka na tylnej części maszyny! Banalny w swej prostocie pomysł momentalnie znalazł naśladowców i w ciągu kilku lat moto-taksówki dokonały inwazji na cały kraj.



W Pucallpie dominują maszyny wykonane zgodnie ze starą szkołą – chiński motorek o małej pojemności baku plus kilka rurek na krzyż. Na prymitywnym poszyciu zawsze znajduje się jakiś mniej lub bardziej oczywisty symbol tutejszego „tuningu” - znaczek Batmana, symbol marki Nike albo jebutny napis „Bóg mnie prowadzi!”. W środku też jest całkiem gustownie – kabinę pasażera oddziela od kierowcy siatka albo misternie zespawane druty układające się w kształt pajęczyny.



Prawdziwym luksusem jest możliwość przejechania się dającym złudzenie bezpieczeństwa trimovilem. Tu już nie ma mowy o amatorszczyźnie. Taki pojazd posiada silnik z tyłu, a sama kabina wykonana jest ze sklejki wzmocnionej od zewnątrz plastikiem. Przewagę nad zwykłą moto-taksówką stanowi tu fakt, że w takiej konstrukcji można zamontować głośniki i profesjonalny sprzęt audio zakupiony na pobliskim bazarze. Mało tego! Można też dorzucić efektowne oświetlenie, dyskotekową kulę czy małego Jezusa z migającymi LED-ami w oczach! Możliwości jest w opór!


„Choro!” („Złodziej!”) - wrzeszczy ktoś na dole, gdy w spokoju, późnym wieczorem, spijaliśmy sobie piwko na dachu hotelu. Z uliczki po drugiej stronie ulicy wybiegł jakiś chudzielec, a za nim wrzeszczący wniebogłosy wąsaty grubasek – prawdopodobnie ofiara napadu. Rzezimieszek kilkoma susami przeciął pustą jezdnię z nadzieją, że zaraz uda mu się wbiec w jakiś ciemny zaułek i czmychnąć sobie znanym skrótem.

Plany krzyżuje mu moto-taksówka, która jakby zmaterializowała się na środku chodnika sunąć wprost na złodzieja. Ułamek sekundy później do pościgu dołącza kilkanaście kolejnych trójkołowców zajeżdżając bandycie drogę. Skąd oni się biorą? Jak pieprzona ławica czerwonych piranii, które niczym nowotwór rozmnażają się przez błyskawiczny podział komórek. Bam! Chudzielec został powalony. Po spuszczeniu solidnego wpierdolu i zabraniu mu ukradzionych przedmiotów, złodziej odzyskuje wolność. Poganiany kopami i wyzwiskami rozjuszonych taksówkarzy oddala się potykając o własne trampki. Od momentu napadu do wymierzenia sprawiedliwości minęło dosłownie kilka minut.



W toku pościgu jeden z pojazdów stracił lusterko. Cóż, wyeksploatowane do granic możliwości pojazdy czasem się psują. Na szczęście w takim miejscu jak Pucallpa nic się nie marnuje i każdy, nawet najbardziej wysłużony sprzęt można naprawić najtańszymi sposobami. Mamy tu przegryzione rdzą na wylot samochody sklejane taśmą montażową. Są też stare kuchenki gazowe „odświeżane” na ulicy za pomocą puszki białego lakieru. Pamiętacie szewców i zegarmistrzów? Tu te zawody żyją i mają się bardzo dobrze.

Oczywiście pełne ręce roboty mają też mechanicy wyspecjalizowani w naprawie taksóweczek. Spawanie, naprostowywanie młotkiem metalowych rurek, łatanie podartego poszycia można sobie załatwić od ręki praktycznie na każdym kroku. Mnogość chińskich części sprawia, że naprawa nawet najbardziej pokiereszowanej maszyny to kwestia kilku marnych groszy.



Najbardziej niesamowite jest to, że moto-taksówki raczej nie stosują się do przepisów drogowych. Właściwie to mało kto to robi. Z jakiegoś jednak powodu skręcanie z przeciwległego pasa, wymuszanie pierwszeństwa, zajeżdżanie drogi innym uczestnikom ruchu drogowego absolutnie nie narusza ogólnej płynności poruszania się całej tej miejskiej tkanki. Klakson służy tu bardziej do życzliwego oznajmienia chęci wykonania jakiegoś niekoniecznie bezpiecznego manewru, ewentualnie do rzucenia w stronę innej moto-taksówki hasełka „Siema Jorge! Jak tam zdróweczko, proszę ja ciebie?”.

Bzyczące sukinsyny dojadą wszędzie. Napędzane 80-oktanową benzyną karaluchy wlokące ze sobą trzech dorodnie odżywionych Polaków bez trudu śmigają po wyboistych, podmiejskich zadupiach, wspinają się na strome górki i z drobną pomocą dolnej kończyny kierowcy są w stanie utrzymać równowagę na najbardziej krzywym podłożu. Czasem tylko szofer poprosi o chwilowe zredukowanie balastu maszyny na czas wyjeżdżania z dołu na poboczu.

Szybkie, zwinne ławice mają jednak pewną wadę. Mała pojemność baku sprawia, że taki trójkołowiec nie należy do pojazdów długodystansowych. Dlatego też aby wydostać się z Pucallpy i dotrzeć do Tingo Maria musimy przesiąść się do kilkuosobowego vana z zepsutymi drzwiami, które da się otworzyć tylko z zewnątrz. Doskwiera nam brak wentylacji, ale po kilkunastu minutach mamy już inny problem…

Przed pędzącym samochodem zmaterializowała się moto-taksówka, której kierowca najwyraźniej źle obliczył koordynaty swojego teleportu i pojawił się dokładnie przed maską naszego vana. W ostatnim ułamku sekundy, nie wyższy niż siedzący doberman, taryfiarz puszcza kierownicę i kurczowo chwyta się jednej z rurek swojej maszyny. Ten desperacki krok prawdopodobnie ratuje mu życie. Moto-taksówka razem z wczepionym w nią, machającym nóżkami w każdym możliwym kierunku, właścicielem fruwa niczym kopnięta puszka po jakimś lokalnym sikaczu. Zanim pojazd zdąży na dobre wylądować, wokół zaczynają mnożyć się mototaksóweczki z właścicielami gotowymi do krwawego pomszczenia krzywdy wyrządzonej jednemu z ich braci.



Kiedy spod pokiereszowanej plątaniny rurek i kół wydostaje się poobijany facecik, nasz pojazd chwilę wcześniej został już otoczony przez dziesiątki trójkołowców. Pojawiają się też przechodnie i świadkowie kraksy, którzy dzielnie kibicują kierowcy vana.

Mijają minuty, tłum gęstnieje, a wraz z nim wzrasta też poziom wkurwu i zakres machania łapami zebranego ludu. „Ależ panowie, proszę o spokój! No, doprawdy. To nie przystoi!” - drze się policjant, który usiłuje dopchać się do miejsca wypadku. W naszym samochodzie jest tak gorąco i wilgotno, że nikogo nie zdziwiłaby przelatujący między naszymi głowami, egzotyczny karp, czy też inny gupik. Szarpię klamkę, chcę wyjść. Drzwi zepsute, no przecież! Zapomnieli o biednych gringos!

Kiedy ja mocuję się z oknem, mając nadzieję, że uda mi się wydostać przez niewielki otwór, na horyzoncie pojawia się nowy zawodnik. Postać drugoplanowa. To facet w pluszowym stroju psa. Podjeżdża na swoim skuterku i rzuca się w rozwrzeszczany tłum, aby rozdać ulotki reklamujące wielki festiwal pieczonych kurczaków odbywający się na pobliskim bazarze. Po chwili pies wsiada na swój motorek i drapiąc się po tyłku znika nam z pola widzenia.

Podczas gdy absurd goni tu absurd, a pomiędzy krzykaczami zaczynają już kursować babinki sprzedające cieplutkie pataty, gdzieś z wnętrza naszego vana dobiega głos jednego z towarzyszy naszej podróży – "Czemu właściwie jeszcze nikt nie zadzwonił po karetkę?"
Poszkodowany tymczasem kica w tę i nazad na jednej nodze i machając ulotką z reklamą kurczakowego festiwalu wyraża swoją pogardliwą opinię na temat sposobu prowadzenia się matki właściciela naszego vana.

Udało się otworzyć drzwi. Szybko zabieramy naszą kasę za bilety i gnamy ogarniać nowy transport. Nikt specjalnie się nami nie przejmuje. I dobrze. Brakowałoby jeszcze abyśmy musieli składać zeznania na lokalnym komisariacie.

W amazońskiej Pucallpie jest 44999 moto-taksówek. Ta jedna, której brakuje, została odstawiona do miejscowego „kowala”, ażeby rurki wyprostować.


Oglądany: 31638x | Komentarzy: 19 | Okejek: 190 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało