Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tragiczne zaginięcie dzieci Sodder

82 558  
376   16  
W Święta Bożego Narodzenia w 1945 roku w domu rodziny Sodder wybuchł pożar. Rodzice wybiegli na zewnątrz z czwórką swoich dzieci i tylko obserwowali, jak pod wpływem ognia dom się zapada. Jednak to nie była jedyna tragedia, która dotknęła rodzinę w tej chwili – nie wiedzieli bowiem, co się stało z pozostałą piątką dzieci.

Prawie spokojne życie rodziny Sodder

Sodderowie byli szanowaną rodziną z klasy średniej. George Sodder w młodości wyjechał ze swojego kraju, Włoch, do Stanów, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Jennie. Jennie też była włoską imigrantką, jednak większość życia spędziła w Ameryce.
Pierwsze dziecko pary, Joe, przyszło na świat w 1923 roku. Sylvia, najmłodsza z rodziny, urodziła się w 1943 roku. Ostatecznie Sodderowie doczekali się dziesięciorga dzieci. Zamieszkali w Wirginii Zachodniej, w mieście pełnym włoskich imigrantów. Prowadzili firmę transportową, która prosperowała i przyniosła Sodderom szacunek i uznanie. Jednak George otwarcie przyznawał się do bycia przeciwnikiem Mussoliniego, co nie było przyjęte pozytywnie wśród włoskiej wspólnoty i doprowadzało to do zaciętych kłótni między sąsiadami.

Zapowiedź tragedii

W październiku 1945 roku rodzinę odwiedził znajomy, który, jak się okazało, chciał im wcisnąć ubezpieczenie na życie. Został odprawiony z kwitkiem. Nie był z tego faktu zadowolony i powiedział wtedy George'owi, żeby uważał, bo któregoś dnia jego dom może stanąć w płomieniach, a jego dzieci zginąć, bo George musi zapłacić za to, co mówił o Mussolinim. Subtelnie. Jednak na tym się nie skończyło. Do Sodderów przyszedł mężczyzna podobno szukający pracy. Zrobił rundkę wokół domu i uprzejmie powiadomił George'a, że ich instalacja elektryczna spowoduje kiedyś pożar. Była to dziwna uwaga, bo całkiem niedawno wymieniano wszystkie kable w domu i firma, która się tym zajmowała, zapewniała, że wszystko jest w porządku.

Feralna noc

Wojna dobiegła końca, więc do domu rodzinnego miał niedługo wrócić najstarszy syn. Te święta spędzali jeszcze bez niego. Wieczorem dzieci ubłagały rodziców, żeby mogły pójść spać później niż zwykle, żeby pobawić się nowymi zabawkami. Miały za to wykonać jeszcze parę domowych obowiązków.


Tej nocy, z 24 na 25 grudnia, zadzwonił telefon, który odebrała Jennie. Nie rozpoznała kobiecego głosu proszącego o przywołanie osoby, która tam nie mieszkała, więc powiedziała, że to pomyłka. Kobieta roześmiała się, po czym się rozłączyła. Jennie nie zastanawiała się nad tym dłużej i już miała iść spać, kiedy zauważyła, że światła na dole są zapalone, a drzwi niezamknięte na klucz. Zdziwiła się, bo dzieci zwykle dbały o takie rzeczy, jednak wróciła do łóżka. Obudził ją gęsty dym. Wzięła na ręce dwuletnią Sylvię śpiącą obok i krzyczała, żeby wszyscy jak najszybciej wybiegli z domu.
Na zewnątrz znalazła się czwórka dzieci Sodderów. Płomienie nie pozwalały przejść do pokoju pozostałych dzieci normalną drogą, dlatego George z synem próbował dostać się do nich przez okno. Jednak drabina, która zawsze stała w określonym miejscu, nagle zniknęła i nie było jak się dostać na piętro. Ostatnią deską ratunku były ciężarówki, po których chcieli się wspiąć i dostać na górę. Jednak silniki nie chciały odpalić.
Jennie od sąsiadów dzwoniła na straż pożarną, ale nikt nie odbierał. Sodderowie mogli tylko obserwować jak ich dom się zapada, a razem z nim tracą życie ich ukochane dzieci.

Profesjonalne dochodzenie

Pomoc przybyła dopiero nad ranem. Po dwóch godzinach od pojawienia się uznano, że pożar jest wynikiem wadliwej instalacji elektrycznej. Ustalono, że piątka małych Sodderów zginęła, mimo że jak się później okazało, nie było żadnych ciał ani kości.
Komendant powiedział, żeby nie dotykano resztek domu, żeby móc przeprowadzić dalsze śledztwo, jednak po kilku dniach oczekiwań na jakiekolwiek działanie, George podjechał buldożerem i przeczesał pozostałości samodzielnie, gorączkowo wypatrując chociażby fragmentów ciał swoich dzieci. Niczego nie znalazł.


Następnego dnia pojawili się specjaliści, którzy potwierdzili pierwotną wersję - pożar spowodowany zwarciem instalacji elektrycznej, nieszczęśliwy wypadek. 30 grudnia wypisano dzieciom akt zgonu. Co ciekawe, ten sam człowiek, który wcześniej groził rodzinie, był członkiem ekipy stwierdzającej przyczyny tragedii. Dlatego Sodderowie nie wierzyli w oficjalną wersję zdarzeń. 2 stycznia odbył się symboliczny pogrzeb dzieci, na który przybyło ich rodzeństwo, ale nie rodzice.
Co prawda ktoś doniósł, że tej nocy jakiś mężczyzna ukradł z garażu Sodderów drabinę, która później została znaleziona w rowie niedaleko. Złapano mężczyznę, jednak nie był brany pod uwagę jako podejrzany. Musiał zapłacić grzywnę za kradzież i tyle go widziano.

Śledztwo Sodderów

Mimo że znalazł się świadek, który twierdził, że widział jak rzucane są ogniste kule na dach budynku, wciąż utrzymywano, że pożar był tylko wypadkiem.
Nie mogąc liczyć na policję, Sodderowie wynajęli detektywa, który odkrył, że jeden ze strażaków znalazł w zgliszczach domu serce, które po kryjomu spakował do pudełka i zakopał. Strażak przyznał się do tego i wskazał miejsce, w którym pudełko ukrył. Okazało się, że nie było to serce, tylko wątroba, nawet nie ludzka. Co ciekawe, była w stanie niemal surowym, zupełnie jakby nie znajdowała się w środku wielkiego pożaru. Sam strażak próbował wielokrotnie przekonać rodzinę, że to wypadek, ale prawdopodobnie jedynie przez niechlujnie przeprowadzoną akcję.
Wciąż przeszukiwano to, co na działce zostało. W 1949 roku w pozostałościach po piwnicy znaleziono ludzkie kości. Miały one należeć do czternastoletniej osoby. Najstarsze zaginione dziecko, Maurice, miał właśnie tyle lat w czasie pożaru. Rodzina jednak nie uznała tego za dostateczny dowód. Słusznie, bo jak się okazało wiele lat później, przy ponownym zbadaniu kości, należały one do osoby szesnastoletniej i żadne dziecko nie było na tyle rozwinięte fizycznie. Podejrzewano, że podłożono szczątki, żeby rodzina uwierzyła, że dzieci zginęły w domu, jednak to głównie spekulacje.
Rodzina zaczęła myśleć, że ich dzieci zostały porwane przez mafię, której mogły nie spodobać się poglądy George'a. Do tego firma mężczyzny zajmowała się transportem węgla, dziedziną silnie przez mafię kontrolowaną, a jego przeszłość, w tym powód przybycia do Stanów, była owiana tajemnicą.
Teorię o porwaniu potwierdzały doniesienia z różnych miejsc, w których dzieci miały być widziane. Zaczęło się od tego, że sąsiadka twierdziła, że przez okno zobaczyła je siedzące w jakimś samochodzie. Idąc tym tropem, rodzice trafili do hotelu, w którym widziano piątkę dzieci pod opieką ludzi rozmawiających po włosku. Tam ślad się urwał.
Inna kobieta zeznała, że widziała piątkę dzieci, o których zrobiło się już głośno, w jej hotelu w Karolinie Południowej. Miały być w towarzystwie dwóch mężczyzn i dwóch kobiet, którzy nie pozwalali jej nawiązać z nimi żadnego kontaktu. Mówiła, że zameldowali się późno w nocy i wyjechali z samego rana. Policja nie podjęła tropu twierdząc, że historia nie jest wystarczająco wiarygodna, żeby otworzyć śledztwo.


Jednak George jeździł w każde takie miejsce, z nadzieją, że w końcu odnajdzie dzieci. Bez efektu. Za to Jennie próbowała spalić kości kurczaka, chcąc przekonać się, że dzieci mogły naprawdę spłonąć. Mimo wielu prób, nie udawało jej się ich całkowicie spopielić. Teorię rodziców umocniło doniesienie, że w resztkach innego domu, w którym wybuchł pożar, znaleziono siedem szkieletów. Poszli na policję, żeby przyjrzano się sprawie jeszcze raz, jednak jak zwykle zostali zbyci.

Nadzieja, że dzieci żyją

Rozwieszano najróżniejsze ogłoszenia, nawet billboardy, w nadziei, że ktoś zawiadomi rodzinę, jeśli zauważy coś podejrzanego. W 1951 roku Sodderowie postawili tablicę z opisem tragedii, zdjęciami pięciorga dzieci i nagrodą za ich odnalezienie – początkowo pięcioma tysiącami dolarów, później dziesięcioma. Niestety, nikt się nie zgłosił.


W 1967 roku przysłano do rodziny zdjęcie młodego mężczyzny, podpisanego jako Louis Sodder. Towarzyszył mu numer 90132, kod pocztowy Palermo na Sycylii. Czy był to okrutny żart, czy kpina porywaczy, nie wiadomo. Dało to rodzicom nadzieję, że ich dzieci jednak są całe. Detektyw, który został wynajęty, żeby zająć się pochodzeniem tego zdjęcia, wyjechał za tropem, po czym zapadł się pod ziemię.


Jest możliwość, że przypadkowo przy wykorzystaniu buldożera przez George'a szczątki dzieci zostały po prostu głęboko zakopane. Jednak wiele różnych wskazówek sugeruje, że dzieci zostały porwane.
George umarł w 1969 roku, jego żona dwadzieścia lat później. Sylvia, najmłodsza córka, wciąż liczy na to, że dowie się prawdy. Niestety to, co się z dziećmi stało, może na zawsze pozostać tajemnicą.

Oglądany: 82558x | Komentarzy: 16 | Okejek: 376 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.08

19.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało