Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Po raz kolejny pani Sylwia Spurek postanowiła ośmieszyć wegan. I po raz kolejny wcale nie było to jej zamiarem...

68 549  
297   291  
Jeśli kiedyś zastanawialiście się czemu w opinii wielu osób ludzie, którzy zrezygnowali z jedzenia mięsa oraz produktów odzwierzęcych uchodzą za upierdliwych, irytujących palantów, to właśnie przykład zachowania dr. Spurek jest odpowiedzią na to pytanie. Nie pierwszy (i z pewnością nie ostatni) raz wielkopolska europosłanka, zabierając głos w sprawie tematów związanych z weganizmem, odwaliła niedźwiedzią przysługę nie tylko osobom niejedzącym mięsa, ale i również tym, którym walka o prawa zwierząt jest szczególnie bliska.
Dokładnie 17 lat temu z mojego talerza zniknął ostatni kęs pieczonego kurczaka. Od tego czasu mięsa nie jem ze względów zarówno ideologicznych, jak i czysto zdrowotnych. Argumentów za pozytywnym efektem wyboru takiej diety jest mnóstwo, zaczynając od kwestii czysto etycznych, przez chociażby te dotyczące wpływu zmniejszenia ilości przemysłowych farm bydła na stan naszego środowiska. Z tymi faktami trudno dyskutować i każdy chociaż odrobinę oczytany mięsożerca doskonale zdaje sobie sprawę z ogólnych korzyści płynących z samego tylko ograniczenia spożycia mięsa. Nie będę jednak zagłębiał się w ten temat, bo ja tu nie o tym chciałem…

Dieta "ideologicznie" bezmięsna wcale nie jest u nas żadną nowością. Janisław Jastrzębowski już w 1907 połączył ideę socjalizmu z wegetarianizmem. Sugerował on, aby pieniądze zaoszczędzone na rezygnacji z jedzenia mięsa i przyjmowania używek przeznaczyć na poprawę polskiej gospodarki!

Czy weganizm, czyli absolutne wykluczenie wszelkich produktów pochodzenia zwierzęcego, powinien być promowany? Ależ jak najbardziej! Pod warunkiem, że w parze z tego typu kampaniami szła też będzie edukacja. Wbrew pozorom odstawienie mięsa, nabiału i jajek wymaga od kogoś, kto podejmuje taki krok, posiadania sporej wiedzy na temat właściwej suplementacji tego rodzaju diety. Ktoś, kto nie ma o tym zielonego pojęcia, przechodząc na kulawy, pozbawiony rozsądku „weganizm”, może wynieść z takiej decyzji więcej szkody niż pożytku. Na szczęście za propagowanie bezmięsnego jedzenia coraz częściej biorą się dietetycy, którzy bardzo słusznie podkreślają, że chociaż przeciętny, statystyczny weganin odżywia się zdrowiej niż większość osób wszystkożernych, to w dalszym ciągu nie oznacza, że samo odstawienie mięsa jest receptą na dłuższe i zdrowsze życie.
Wielce cieszy mnie to, że promowanie weganizmu w ostatnich latach zmieniło swój stary kurs, w którym to weganie zasypywali mięsożerców nagraniami z rzeźni i natarczywym zmuszaniem do refleksji nad każdym kęsem schabowego. Takie podejście nie tylko nie przynosiło żadnych efektów, a wręcz sprawiało, że osoby chcące delektować się mięsną strawą szczerze znienawidziły „żrących trawę” upierdliwców.


Czas pokazał, że to ewolucja, a nie rewolucja jest tu rozwiązaniem. Trend do ograniczania spożycia produktów odzwierzęcych w Polsce jest bardzo zauważalny – szacuje się, że ponad milion obywateli naszego kraju kompletnie zrezygnowało z jedzenia mięsa, a prawie połowa Polaków znacznie ograniczyła jego ilość na talerzu. To ogromny sukces, który zawdzięczamy powolnemu oswajaniu się z różnorodnością diet i proponowaniu zdrowych alternatyw dla mięsnych potraw. Czy to zasługa agresywnych "aktywistów" uwalniających nieloty z kurzych ferm i postulujących karę szubienicy dla każdego mięsożercy? Nie. To właśnie efekt tych powolnych zmian, budowania świadomości, a nade wszystkim - oswajania obywateli z różnorodnością diet.


Dziś w każdym supermarkecie można kupić tofu i roślinne podróbki sznycli oraz parówek, a wegańskie kabanosy, bezglutenowe pierożki z bąkiem czy sojowe kotlety są w ofercie większości sklepów z płazem w logo. Ba, nawet na stacji benzynowej, po zatankowaniu Passata ropą, można spałaszować hot doga bez krzty zwierza. Dożyliśmy czasów, w których osoba niejedząca mięsa przestała być utożsamiana z ekscentrycznym dziwakiem (i z całą pewnością gustującym w męskich pindolach sodomitą!) - coś takiego jeszcze 10 lat temu byłby absolutnie nie do pomyślenia.

I dziś, kiedy na polskich talerzach dzięki tej powolnej ewolucji pojawia się coraz mniej mięsa, a nasza dieta staje się bardziej warzywna, zdrowsza i co najważniejsze – urozmaicona, pojawia się ona. Cała na biało, złotousta dr. Spurek, która to najwyraźniej uznając, że postępujące zmiany w diecie Polaków odbywają się zbyt wolno, proponuje… zakazać reklam produktów odzwierzęcych oraz mięsa!


No i w tym momencie mnie – człowieka, który od prawie dwóch dekad nie je zwłok – szlag trafia. Bardzo życzyłbym sobie, aby nasza europosłanka okazała się zwykłym trollem zwykłą trollczynią i swoim wpisem chciała jedynie wywołać gównoburzę wśród mięsożerców. Niestety – patrząc po innych wypowiedziach dr. Spurek, obawiam się, że mówi ona całkiem serio. I, co warto podkreślić – prawdopodobnie ma dobre zamiary. Taka postawa byłaby zrozumiała w przypadku nastoletniej, zbuntowanej i niezbyt ogarniętej licealistki, która sądzi, że najlepszym sposobem wyeliminowania zła z tego świata jest wprowadzenie globalnej ustawy o treści „Nie bądź zły, bo to nie jest dobre”. Natomiast tutaj jest mowa o pani polityk, która swoje lata ma i doskonale powinna zdawać sobie sprawę, że zakazy rzadko kiedy przynoszą pozytywny skutek, częściej prowadzą do powstania patologii, niż przynoszą za sobą pozytywne konsekwencje. Czy wspomniane przez dr. Spurek usunięcie z bloków reklamowych materiałów promujących papierosy rzeczywiście sprawiło, że miliony Polaków rzuciło fajki? Czy nagle przestaliśmy pić wódkę, bo z telewizji zniknęły reklamy tego produktu?


A skoro już jesteśmy przy walce o prawa zwierząt, to co z olejem palmowym? Przecież ten półprodukt obecny jest w większości kupowanych w sklepach posiłkach, a nie jest żadną tajemnicą, że pod uprawy olejowca gwinejskiego wycina się lasy deszczowe Malezji i Indonezji, co doprowadziło do praktycznie wyginięcia trzech gatunków orangutanów! A co z plantacjami awokado, które pochłaniają gigantyczne ilości wody i stają się powodem gigantycznego wylesiania Meksyku? A co z czipsami, napojami gazowanymi, energetykami, słodyczami, fast foodami, śmieciowym pieczywem? Co z plastikowanymi opakowaniami, jednorazowymi sztućcami, słomkami do napojów? Nie ma co się rozdrabniać, zbanujmy reklamy wszystkich szkodliwych dla naszego zdrowia oraz dobrostanu Matki Ziemi produktów!


I na koniec jeszcze jedna, smutna refleksja. Nie tak dawno, kiedy na ulicę polskich miast wyszły tłumy ludzi domagających się zliberalizowania prawa antyaborcyjnego, jednym z (bardzo słusznych zresztą) argumentów za jego poluzowaniem był ten mówiący, że ostateczna decyzja o przerwaniu ciąży powinna być kwestią sumienia kobiety, która się na to posunięcie decyduje. „Moje ciało, moja sprawa!” - krzyczały zwolenniczki wykonywania takich na żądanie. „Aborcja jest OK!” - wtórowała im dr. Spurek. No, dobra – skoro mówimy o kwestiach podejmowania zgodnych z własnym sumieniem wyborów, to czemu, do jasnej Anielki, nie mielibyśmy prawa taką samą zasadą posługiwać się w kwestiach żywieniowych? Bo co? Ludzki płód jest jest mniej ważny niż życie kaczki, bobra czy innego czikena? „Mój talerz – mój sprawa!”. Nie bądźmy hipokrytami!

Kropka po „dr” w przypadku pani Spurek, postawiona została celowo. Sama zainteresowana w ten sposób się podpisuje (chodzi o stosowanie feminatywu „doktorka”), więc nie będziemy tego zmieniać. Jej kropka – jej sprawa!:)
100

Oglądany: 68549x | Komentarzy: 291 | Okejek: 297 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.04

14.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało