Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dlaczego dorośli ludzie ryzykują życie bawiąc się ogniem? Historia fireshow, czyli pokazów ogniowych w Polsce

21 315  
118   34  
Ogień fascynuje człowieka od zarania dziejów. Czy to właśnie dlatego fireshow jest takie niesamowite? Jak wyglądały jego początki w Polsce? Jakiego sprzętu się używa do pokazów i jak nowoczesna technologia uatrakcyjnia takie pokazy? O tym w poniższym artykule.


Czy jest przyjemniejsze uczucie niż wyrzucenie wysoko w powietrze ciężkiego, płonącego obiektu i oczekiwanie, aż do nas wróci? Być może jest. Ale nie dla mnie.

Od 10 lat zajmuję się tańcem z ogniem. Niniejszy artykuł jest zarysem tego, czym jest taniec z ogniem lub fireshow (choć to dwie nieco różne rzeczy, na potrzeby tego artykułu będę stosować te wyrażenia zamiennie). Pisać będę w lekkim tonie, ale wszystko co przeczytacie poniżej jest prawdą.

Ale co to w ogóle jest, co? - czyli co to w ogóle jest fireshow

Czym jest fireshow? Najprościej mówiąc to efektowne używanie – poprzez wprawianie w ruch – różnych płonących przedmiotów. Mamy tu elementy klasycznej żonglerki (płonące maczugi), sztuk walki (kije i miecze ogniste) oraz podpalanie przypadkowych przedmiotów, znalezionych w przedpokoju – parasolek czy kapeluszy. Co kto lubi. Znamy już podstawy, teraz przejdziemy do bardziej szczegółowych zagadnień.

Skąd wzięło się fireshow w Polsce i jak wyglądały jego początki? - historia wynalezienia ognia na nowo

Najstarsi górale nie wiedzą, kto sprowadził do kraju to cholerstwo. Wiadomo jednak, jak wyglądały początki tańca z ogniem w Polsce. Otóż było to zajęcie (w większości) ludzi nieco wykolejonych, dziwaków i szaleńców mieszkających w skłotach i mających zbyt dużo wolnego czasu. Doszli więc do wniosku, że dobrym pomysłem będzie owinąć kij od łopaty w azbest (serio... ), polać benzyną/ropą i machać nad głową. Smród, dym, brud, niebezpieczeństwo. Im więcej było rannych, tym większą uwagę przywiązywano do BHP. Zapach pieniędzy towarzyszący dziwacznym, choć efektownym zajęciom również się przyczynił do zmian na lepsze i poszukiwania trwałych, wygodnych i dobrze wyglądających rekwizytów scenicznych – bezpiecznych zarówno dla występujących, jak i dla widowni.

Fireshow wyszedł z jaskiń (i opuszczonych budynków) i udał się w kierunku cywilizacji. Azbest został zastąpiony najpierw dżinsem, a potem zagranicznym, niepalnym materiałem zwanym kevlarem (na temat kevlaru wiem tyle, że można z niego zrobić kamizelkę kuloodporną, kajak, fragment lotniskowca lub kij do fireshow). Była to rewolucja. Jest to wytrzymały, czysty materiał, który nasączony ciekłą parafiną daje świetne efekty wizualne i jest względnie bezpieczny.


Tak wyglądają niepodpalone jeszcze pasy kevlaru, żółte jak kurczaczek!

Pojawiło się kilka grup fajerszołowców – skoncentrowani i wytrwali w treningu normalsi, czczący ogień Goci (pamiętacie tę subkulturę? Żywili się mrokiem i gardzili światłem, ale ogień to HO, HO, CHĘTNIE), ogniowi kamikadze i naukowcy. Goci i kamikadze wyginęli, a fireshow pozbył się dziwacznych naleciałości mroku, sekt, kultów ognia, bólu i słabego teatru, a pozostał tym, czym powinien się stać – manifestacją niezwykłych umiejętności podaną w estetyczny i bezpieczny (dla obserwujących i wykonujących) sposób.

No dobra, ale skąd w ogóle się wziął ten fajerszoł? - początki na świecie

Po raz pierwszy fireshow w formie zbliżonej do dzisiejszej i udokumentowanej został zaprezentowany przez samoańskiego tancerza noży (!) Freddiego Letuli w 1946 roku. Całkiem niedawno. Freddy występował w San Francisco i zauważył hinduskiego połykacza ognia i dziewczynkę z podpalonymi batonami (e, znaczy to jest z pałeczką mażoretkową – czasem na amerykańskich filmach widać pochód orkiestry, który prowadzi kobieta podrzucająca niewielką pałeczkę, ta pałeczka to właśnie baton, zwany pałeczką mażoretkową, a sama osoba wykonująca sztuczki pałeczką to mażoretka). Owinął ręcznik dookoła wielkiego noża, polał benzyną i proszę! Mamy to!


No właśnie czymś takim kręcił wspomniany pan Letuli, tyle że jeszcze się paliło. Dwa w jednym. Można sobie odrąbać ramię i od razu przypalić ranę.

„A jak się nazywają te kuleczki co wy tak nimi machacie... wojki? Bojki?” - słowo o sprzęcie

Wiele osób kojarzy poiki, czyli kule na łańcuchu. Są bardzo charakterystycznym elementem fireshow, niemal jego ikoną. Kule na łańcuchu są czymś egzotycznym i zdecydowanie rzadziej spotykanym niż kij. Dlatego też dla wielu osób: poiki = fireshow. Jest to jednak daleko idące uproszczenie, bowiem w tańcu z ogniem jest wykorzystywanych bardzo wiele przedmiotów. Na potrzeby tego artykułu opiszę sprzęty ogniowe, czyli te, które się podpala – sprzęt może być też treningowy (nie można go podpalić… no, w każdym razie nie więcej niż raz), pirotechniczny (ma taki czerwony guzik i jak się go naciśnie, to się robi jasno i ciepło) oraz LED (wersje garażowe wykonane z drutu, majtek i świetlików albo supernowoczesne kije z mikroprocesorem i wejściem USB, kosztujące więcej niż najdroższy iPhone).


A to zabawka do kręcenia za 1890 dolarów. Podczas używania wyświetla w powietrzu na żywo dowolny obraz. Ja na przykład lubię kręcić memami.

Wróćmy do poi ogniowych. Składają się z trzymadełka dwóch pasków złączonych tak, aby można było zaczepić dwa palce: środkowy i wskazujący lub – te bardziej nowoczesne – z kuleczki, którą trzyma się jak komu wygodnie (w każdym razie tak, aby poika nie poleciała w kierunku ludzi, zwierząt czy pojazdów mechanicznych), łańcucha oraz zakończenia z kevlaru, który jest pewnego rodzaju „gąbką”, która chłonie paliwo, aby potem oddać je w postaci smug ognia. Standardowo artysta ogniowy posługuje się dwiema poikami, ale pojawiają się wariacje ruchów na trzy i więcej poiek. Sam kevlar na poikach może być splatany na różne sposoby (są to już jednak detale, może w przyszłości je poruszę). Skąd pochodzą poiki? Poiki wywodzą się od Maorysów zamieszkujących Nową Zelandię.


Ile ludzi, tyle rodzajów poiek. Różnią się nie tylko wyglądem, ale też umożliwiają wykonywanie innych trików.

Kolejną zabawką jest… kij! Proste narzędzie, które daje wiele możliwości. Zanim przejdę dalej przypomnę, że każdy kij ma co najmniej dwa końce – może być ich jednak więcej. Można kręcić równocześnie dwoma kijami, można też nimi żonglować albo się podpierać czy odgonić psa, choć najważniejsze to wyjąć go z tyłka… (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać).

Tak wygląda zwykły kij ogniowy:


Kij od szczotki i już można zaczynać trening!

Fajerszołowcy nie byli by jednak sobą, gdyby czegoś nie dodali – najczęściej kończy się to dodaniem dodatkowego kevlaru. Tak powstał kij całopalny (całopalący się?). Wygląda jak coś, czym posługiwałby się szanujący się Jedi, gdyby miecze świetlne nie były świetlne, ale no, ogniste.


Duży ogień, duże niebezpieczeństwo, duży efekt, duży kij.

Kij całopalny to sprzęt bardzo niebezpieczny z uwagi na fakt, iż mamy niewiele miejsca do trzymania czy łapania kija – jeśli nim rzucimy. Łapanie „za ognień” nie jest czymś, co mógłbym polecić (próbowałem… niecelowo oczywiście).

Nadchodzi kolejny wynalazek. Tym razem jest to kij smoczy. Ta erpegowa nazwa powoduje szał wśród ludzi, którzy próbują kupić taki kij w internecie lub poszukać samouczków. Wpisujesz Dragon Staff i spędzasz pół godziny przeglądając grafiki broni z Tibii czy WoW-a. Wracając do tematu – smoczy kij ma najczęściej 10 końcówek (można upchnąć więcej!) i turla się go po ciele. Efekt jest świetny. Końcówki wirują i w sumie nie wiadomo, jak to się dzieje i dlaczego. Hipnotyzujące, wymagające narzędzie. Choć jest on relatywnie nowy, to szybko stał się niezwykle popularny wśród artystów ogniowych. Trudno znaleźć wśród nich obecnie osobę, która nie zajmuje się „dragonem”.


A to jest pani z Internetu, która trzyma Smoczy Kij, wydaje się miła.

Trzecim standardowym sprzętem są ogniowe wachlarze. Wyglądają jak szkielet babcinego wachlarza do wachlowania się i płoną. Dają ciepło zamiast chłodu. Są dziwne. I piękne. W połączeniu z lekkim, kobiecym ruchem przyprawiają o szybsze bicie serca. Wachlarze są jednym sprzętem, którego nie powinni dotykać panowie. Jako ciekawostkę dodam, że są dość ciężkie i choć ruch wygląda lekko, to na dłuższą metę potrzeba sporo krzepy, aby nimi machać sprawnie. Wachlarzami można obracać w sposób przypominający wspomnianego wyżej dragona. Można nimi rzucać, ale lubią się złamać. Ponieważ są płaskie i potrafią ukrywać się w trawie, zyskały miano „Najchętniej Deptanego Sprzętu Ogniowego Wszech Czasów”.


Spójrzcie jej w oczy i spróbujcie powiedzieć, że wachlarze ogniowe nie wyglądają fajnie!

„Ło panie, ale pan zap*******sz tym kijem!” - czyli rzecz o technice

Kuglarstwo nie jest łatwe. Żonglerka nie jest łatwa. Wystąpienie czy po prostu „flow” (luźne kręcenie) składa się z dziesiątek skatalogowanych i nazwanych ruchów oraz wielu tych nienazwanych. Wiele z nich przekazywanych jest jak dar podczas zjazdów kuglarskich (bo fajerszołowcy do kuglarzy się zaliczają, czy tego chcą czy nie), inne skrywane niczym skarb, a jeszcze inne powszechnie znane. Same triki (czy figury) przechodzą płynnie jedna w drugą i ta płynność jest jednym z najbardziej miarodajnych wskaźników umiejętności. Kuglarze liczą ilość obrotów poi czy kija po każdej stronie ciała, zmianami kierunku kręcenia (próbowaliście kręcić jedną ręką w przód, a drugą w tył i zmieniać te kierunki?), prędkości i wielu innych rzeczy. Suma tych współczynników pomnożona przez czas daje wymierne rezultaty. Czasem jest to pokaz na barce na Wiśle, czasem kręcimy na grillu dla znajomych, ale (uwaga, cytat!) „najpiękniejsze ognie robi się dla babci”.

Ludzie trenują różnie. Samotnie, w grupach, uczą się przez sieć. Fireshow jest młodą dziedziną i niewiele jest znanych praktyk i teorii pozwalających w sposób uporządkowany i skuteczny przyswajać wiedzę. Nie posiadamy jeszcze metodyki nauki, ceremonii, nie rozdajemy pasów jak w sztukach. Pewnie się to nigdy nie zmieni, bo choć mocno techniczne, to fireshow wciąż należy do krainy sztuki, a ta nie daje się łatwo opanować i opiera się próbom katalogowania. Dlatego choć wszyscy używają podobnych sprzętów, to jednak każda grupa czy osoba używa ich inaczej. I to jest piękne.

Ognisko już dogasa – słowem zakończenia

Artykuł ten jest ogólnym zarysem tej ciekawej dziedziny. Jeśli macie ochotę, chętnie przedstawię Wam kilka kolejnych ognistych sprzętów i przybliżę ideę Światowych Mistrzostw Płonących Noży. Dziękuję za uwagę i kłaniam się nisko. Poniżej zaś kilka filmów w nagrodę za dotarcie aż tu. Filmy opatruję moim krótkim komentarzem.

Ogniste wachlarze:


Pani na filmie używa specjalnych wachlarzy ognistych, tzw. rosyjskie koła to wachlarze, które mają okrągły uchwyt, pozwalający im obracać się dookoła dłoni, gdy przełożymy przez koło nadgarstek. Widoczna na scenie artystka jest bardzo „techniczna”. Triki, które wykonuje, mają bardzo wysoki poziom złożoności i niewiele osób mogłoby to powtórzyć. Taki sposób kręcenia charakteryzuje osoby z Ukrainy i Rosji.

Fireshow w stylu tajskim


Dużo, szybko, jak najszybciej. Trudność techniczna zastępowana jest trudnością wynikającą z pędu. Z jakiegoś powodu techniki te zostały porzucone przez polskich wykonawców fireshow. Jest pewna teoria, ale jest dość złożona. Tylko dla chętnych.

Czysta technika poi


Fireshow bez ognia, czyli po prostu wykonywanie sztuczek. Widoczny artysta to Drex – znany i lubiany instruktor poi. Jego styl w 100% opiera się na perfekcyjnych geometriach, płynności i poprawności. Zrezygnował niemal z ruchu ciałem.

Magia ruchu


Tutaj przeciwnie – artysta „przeciętny technicznie”, jednakże opanował ruch sceniczny do perfekcji, posiada świetną dynamikę i „czuje” scenę. Jeden z dwóch znanych mi artystów, którzy występowali dla legendarnego Cirque du Soleil.

Taniec niemal wojenny


Na koniec mój ulubiony styl! Styl maoryski. Czym różni się od tajskiego? Przede wszystkim technikami, które są dobrze opisane i nazwane. Artyści zachowują tzw. "płaszczyznę", czyli określoną przez kanon estetyki fireshow niewidzialną przestrzeń oraz postawę. Używane kije (noże) są krótsze i często są zatrzymywane oraz wyrzucane w powietrze.

Tekst o swojej pasji jaką jest fireshow napisał Patryk „RPG” Burdecki, który jest instruktorem grupy MAORI występującej już dwukrotnie na zlotach Joe Monster, np. w tym roku.

Oglądany: 21315x | Komentarzy: 34 | Okejek: 118 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.09

22.09

21.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało