Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Reprezentacja Polski 2002 vs 2018 – czyli dlaczego Jerzy Engel nie okazał się piłkarskim cudotwórcą

84 628  
159   75  
Mundial w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku był dla wielu pierwszą okazją do zobaczenia piłkarskiej reprezentacji Polski na imprezie rangi mistrzowskiej. Podsycane przez media apetyty były ogromne, jednak szybkie 0:2 w czapkę z Koreańczykami i upokarzające 4 bramki wbite Jerzemu Dudkowi przez Portugalię szybko pokazały nam miejsce w szeregu.


Niedługo później w sieci pojawiła się zabawna przeróbka słynnych meczowych analiz Jacka Gmocha, która osłodziła gorycz turniejowej porażki, przedstawiając ją w niezwykle dowcipny sposób. Teksty z filmiku zrobionego przez ekipę z tej strony (to ci od Borewicza, Misia Uszatka czy Doktora Lubicza) bawią zresztą aż do teraz. Tuż po wygranym 3:1 meczu o honor ze Stanami Zjednoczonymi mało komu chciało się jednak śmiać. To nic, że Koreańczycy mieli szybsze buty, a Portugalia grała w ustawieniu 3-5-8, ustawiając na szpicy samego Figo Fago. Rozczarowanie było ogromne, a selekcjoner Jerzy Engel tuż po mistrzostwach ustąpił miejsca Zbigniewowi Bońkowi, aktualnemu prezesowi Polskiego Związku Piłki Nożnej.


Patrząc w 2018 roku na dość intuicyjne próby odnalezienia się tamtej reprezentacji na najważniejszym i najbardziej prestiżowym turnieju piłkarskim, można już z nostalgią uśmiechnąć się pod nosem. Popełnione zostały wszystkie błędy debiutanta, przez co kadra zwyczajnie musiała zapłacić tak duże frycowe. Dzisiejsza drużyna narodowa imponuje zawodowstwem, choć ciągle nie jest jeszcze ekipą ze ścisłego światowego topu – wysokie miejsca zajmowane w rankingu FIFA i myślenie życzeniowe to chyba jednak zbyt mało, by z przekonaniem stwierdzić, że w każdym elemencie futbolowego rzemiosła prezentujemy poziom Brazylii, Niemiec, Belgii czy Hiszpanii; w końcu o awans do Mundialu drżeliśmy do ostatnich minut meczu z bardzo przeciętnymi Czarnogórcami. Nie daje to mimo wszystko żadnych większych podstaw do niepokoju – mamy przecież kilku doświadczonych zawodników klasy europejskiej i światowej (Wojciech Szczęsny, Łukasz Piszczek, Kamil Glik, Piotr Zieliński, oprócz tego coraz więcej aspirujących do tego miana graczy, jak chociażby trio Bereszyński – Linetty – Kownacki z Sampdorii), którzy są gwarancją jakości gry. Na kilka miesięcy przed zbliżającymi się Mistrzostwami Świata w Rosji na szczęście nie widać też wszechobecnego szesnaście lat temu przesadnego pompowania balonika – wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z siły i potencjału kadrowiczów Adama Nawałki, a sami piłkarze swoim profesjonalizmem uspokajają rozgrzane głowy. Bo nawet jeśli niemogący się przebić w Paris Saint-Germain Grzegorz Krychowiak przeżywał kryzys formy w ostatnich kilkunastu miesiącach i nie możemy być pewni formy dopiero wracającego po drugim zerwaniu więzadeł w kolanie Arkadiusza Milika, to o takich problemach szesnaście lat temu moglibyśmy jedynie pomarzyć.

O sile napadu Polaków stanowili wówczas Marcin Żewłakow grający w belgijskim Mouscron, Paweł Kryszałowicz z Eintrachtu Frankfurt, Emmanuel Olisadebe – zawodnik Panathinaikosu Ateny i reprezentujący Ekstraklasę Maciej Żurawski z Wisły Kraków i Cezary Kucharski z Legii Warszawa. Jak na tamte czasy wydawało się nam, że to całkiem solidna i bramkostrzelna ekipa, jednak patrząc na aktualne kluby naszych reprezentantów, różnica jest widoczna gołym okiem. Przede wszystkim dlatego, że dziś mamy kosmitę strzelającego 5 goli w 9 minut, rekordzistę eliminacji Mistrzostw Świata w ilości strzelonych bramek – Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium, który w momentach kryzysowych potrafi wziąć na swoje plecy odpowiedzialność za wynik: było tak chociażby w obu spotkaniach z Rumunią czy domowych potyczkach z Danią i Armenią. I to właśnie pozwalające na boiskowy spokój doświadczenie jest tym, co najmocniej odróżnia te dwie reprezentacje. Najbardziej ograny międzynarodowo zawodnik drużyny Jerzego Engela – Tomasz Wałdoch – w momencie rozpoczęcia Mundialu miał na koncie 71 meczów w biało-czerwonych barwach, podczas gdy trzydziestodwuletni Jakub Błaszczykowski zagrał z orzełkiem na piersi już 97 razy. Teraz pewnie mało kto o tym pamięta, ale w składzie na czempionat w Korei i Japonii znalazł się nawet całkowicie zapomniany Paweł Sibik, zawodnik Odry Wodzisław, dla którego było to spełnienie marzeń i ukoronowanie kariery. Sam piłkarz po latach w rozmowie z portalem Łączy Nas Piłka szczerze opisał swoją rolę w reprezentacji Engela:
Zasadę miałem jedną – nie chciałem nikomu wchodzić w drogę. [1]
Współczesnych polskich kadrowiczów śmiało można nazwać już chłodno myślącymi profesjonalistami.



Zabawnym znakiem czasu jest książka napisana przez ówczesnego selekcjonera, Jerzego Engela, wspólnie z dziennikarzem Przeglądu Sportowego – Maciejem Polkowskim. „Futbol na tak”, bo taki jest tytuł tego dziełka, można znaleźć dziś za zawrotną sumę pięćdziesięciu groszy w jednej z sieci tanich książek. Megalomania selekcjonera w połączeniu z wiedzą o mizernych efektach wyprawy naszej kadry do Azji daje całkiem humorystyczne połączenie. Mnie udało się wskrzesić w tych eliminacjach dwudziestego zawodnika, czyli własną duszę zespołu – przekonywał w epilogu autor książki. Niestety, wskrzeszona dusza i atmosfera zespołu zostały przytłumione tuż przed samymi mistrzostwami błędnymi decyzjami personalnymi – trener po wielu latach samokrytycznie skomentował decyzję o pozostawieniu w domu Tomasza Iwana, jednego z najważniejszych wówczas polskich zawodników, aktualnego dyrektora. W udzielonym niedawno wywiadzie [2] Engel posypał głowę popiołem: Znaczenie miało dla samej atmosfery wewnątrz zespołu, bo Tomek był ważną częścią tego teamu, określając swoją decyzję o niezabraniu na turniej zawodnika Austrii Wiedeń jako błąd. Podczas wybiórczego czytania rozdziałów „Futbolu na tak” można zresztą natknąć się na niemalże hagiograficzne opisanie charakteru selekcjonera – U Jerzego Engela „tak” oznacza zawsze „tak”, a nie „nie” zawsze „nie”. Dobrze, że współcześni kibice są już znacznie bardziej wyczuleni na taką piłkarską propagandę.

Trener po czasie potwierdził też, że nie o wszystkich decyzjach personalnych decydował sam – w epoce sprawnie działającego (sportowo i wizerunkowo) Polskiego Związku Piłki Nożnej przypomina to, jak bardzo betonowa ekipa rządziła wtedy naszym futbolem:
W tamtym czasie funkcję selekcjonera traktowałem nie jako funkcję oderwaną od PZPN-u, tylko wkomponowaną w nią. Jest selekcjoner, ale jest też nad nim zarząd związku, który musi zatwierdzić wszystkie decyzje.
W 2001 roku Engel wolał jednak zasłaniać się „atakującymi” go żurnalistami, wytykając im przywary i podkreślając ich piłkarską ignorancję:
Dyletantyzm i najwyraźniej zła wola niektórych dziennikarzy spowodowały, że z braku zrozumienia pracy trenerskiej zaczęto doszukiwać się w powołaniach niektórych zawodników drugiego dna.
Całkiem to ryzykowne, zważywszy na fakt, że w przypadku tak medialnej funkcji jak selekcjoner kadry współpraca z przedstawicielami środków masowego przekazu jest niezwykle istotna. Były trener Apollonu Limassol, Polonii Warszawa i Wisły Kraków, jakby wymazując z pamięci sprowadzenie na ziemię przez niegroźnych (na pierwszy rzut oka, bo grających głównie w mało znaczących krajowych klubach) Koreańczyków, buńczucznie zapowiada w rozmowie z Polsatem Sport [3] zbliżającą się wyprawę do Rosji:
Jedziemy tam walczyć o mistrzostwo świata!
W tym samym, udzielonym tuż po losowaniu grup tegorocznego Mundialu wywiadzie, Engel przyznał, że w ogóle nie zawracamy sobie głowy takim zespołem jak Japonia. Dobrze, że to nie on odpowiada za przygotowanie piłkarzy do turnieju.

Podobnie niebezpieczne (choć marketingowo jak najbardziej uzasadnione) było wydanie biografii Adama Nawałki pióra Łukasza Olkowicza tuż przed Euro 2016. Jak wszyscy jednak doskonale wiemy, Polacy w rozgrywanych we Francji mistrzostwach wypadli naprawdę nieźle i książka opowiadająca o życiu selekcjonera nie stała się przyczynkiem do wyśmiania go. „Droga do perfekcji” została całkiem przyzwoicie oceniona przez czytelników portalu LubimyCzytać.pl – jej średnia nota to 7,27 w dziesięciopunktowej skali, podczas gdy „Futbol na tak” oceniony został zaledwie na 3,94 gwiazdki.

„Nie ma już słabych drużyn” – te słowa wypowiadane są niezwykle często przez piłkarzy, trenerów, działaczy czy dziennikarzy zarówno w kontekście lokalnym (Mistrz Polski przegrywający z Termaliką Bruk-Bet Niecieczą), jak i globalnym (brak Włochów na rosyjskim mundialu przy jednoczesnym awansie Islandii czy Panamy). 16 lat temu rozochoceni eliminacyjnymi zwycięstwami nad Norwegią (to zresztą jedyna drużyna, którą pokonaliśmy wówczas dwukrotnie, w międzyczasie zbierając między innymi oklep 1:4 od Białorusi) zastanawialiśmy się, ile bramek strzelimy Koreańczykom. Dziś (prawie, z oczywistym wyjątkiem) nikt nie lekceważy ani Japonii, ani Senegalu, ani tym bardziej Kolumbii. Im bliżej Mistrzostw Świata, tym więcej pojawi się analiz, symulacji i nawiązań do historii. Należy w tym wszystkim pamiętać o zachowaniu zdrowego rozsądku. I tak wyjdziemy z grupy, a co będzie dalej – czas pokaże...

Cytaty pochodzą z książki Jerzego Engela i Macieja Polkowskiego – „Engel. Futbol na tak”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2001

Oglądany: 84628x | Komentarzy: 75 | Okejek: 159 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.08

19.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało