Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Lalki i mechaniczne kukły, czyli jak kiedyś kręciło się filmy

102 410  
354   37  
Zanim nastała era komputerów i animowanych za ich pomocą postaci, filmowcy musieli wykorzystywać wszystkie pokłady swojej kreatywności, aby wykreowane przez nich fantastyczne postaci robiły wrażenie żywych bohaterów. Teraz, kiedy co druga hollywoodzka produkcja dosłownie tonie w cyfrowym efekciarstwie, z niemałą nostalgią wspominamy czasy, kiedy widzów oszukiwano kukłami, efektownymi kostiumami, animacją poklatkową i najwyższej próby animatroniką.*
*Gimby nie znajo

E.T.

Mało kto wie, że początkowo film miał nazywać się „Night Skies”. Po sukcesie „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, producenci zaproponowali Spielbergowi nakręcenie luźno powiązanej z tą produkcją drugiej części, w której kosmici mieliby mieć złe zamiary, a sam film miałby bardziej przypominać „Szczęki” niż sympatyczną przygodową komedię o pomarszczonym przybyszu z innej galaktyki. Na szczęście plany te zostały porzucone. Postać E.T. stworzona została przez Carlo Lambardiego - faceta, który wcześniej na potrzeby „Obcego” tchnął życie w szkice H.R. Gigera. Artysta projektując facjatę przyjaznego kosmity wzorował się na twarzach Alberta Einsteina oraz Ernesta Hemingwaya. O ile głowa filmowego ufoludka to dzieło hollywoodzkich animatroników, to już reszta ciała E.T. była kostiumem kryjącym w sobie dwóch karłów lub... jednego beznogiego dwunastolatka. Przeznaczona dla niego wersja stroju stworzona była tak, aby młody aktor mógł chodzić na rękach umieszczonych w nogach kostiumu kosmity. W kilku ujęciach wykorzystano też miniaturową kukłę E.T.


Yoda z „Imperium Kontratakuje”

Yoda, jakiego znamy, nigdy nie byłby tym samym zielonym mentorem, gdyby nie... żaba Kermit. A właściwie jej ojciec - Jim Henson i jego studio. Wprawdzie za główny projekt odpowiadał Stuart Freeborn, ale to właśnie „muppetowa” ekipa pomogła mu stworzyć postać wiekowego mistrza Jedi.


Natomiast obsługą lalki zajął się ten sam facet, który wprawiał w ruch takich kiziorów srebrnego ekranu jak Panna Piggy, Zwierzak czy również znany z ”Ulicy Sezamkowej” szwedzki kucharz. Swoją drogą Frank Oz, bo o nim tu mowa, ma polskie korzenie - w rzeczywistości nazywa się Richard Frank Oznowicz.


Gizmo z „Gremlinów”

Puchaty bohater komediowego horroru z lat 80. to w rzeczywistości ekipa identycznych, naszpikowanych hydrauliką kukieł. Jak na złość większość z tych lalek charakteryzowała się jedną cechą - wszystkie notorycznie się psuły. Ku radości sfrustrowanych operatorów Gizmo, reżyser umieścił w filmie scenę, w której sympatyczny potworek przymocowany zostaje do ściany, a złe gremliny traktują go niczym żywą tarczę do gry w rzutki.


Największym wyzwaniem dla ekipy pracującej na planie „Gremlinów” tak naprawdę była obsługa głównego arcyłotra. Lateksowa kukła zaopatrzona była aż w 64 oddzielne sterowniki!

Pajęcza głowa z „The Thing”

Trzeba przyznać, że niektóre filmowe triki mają do siebie to, że po latach trzeba nieco przymknąć oko na techniczne niedociągnięcia, które mocno niekiedy rzucają się w oczy. Są jednak produkcje, w których poziom efektów specjalnych trzyma klasę pomimo upływu niekiedy i kilku ładnych dekad. Sztandarowym przykładem jest tu słynna pajęcza głowa, pojawiająca się w produkcji „Coś” Johna Carpentera.


Powstały w 1982 roku horror jest w rzeczywistości odświeżoną wersją filmu z lat 50., jednak dzięki ciężkiej pracy specjalistów od animatroniki obraz ten ma dziś opinię kultowego. Za fenomenalne efekty specjalne, w tym i ten z kroczącą na pajęczych odnóżach głową nieboszczyka, odpowiada legendarny, wyspecjalizowany w produkcjach grozy makijażysta i autor pomysłowych efektów wizualnych - Rob Bottin.


Obcy-matka z „Aliens”

Skoro mowa o sędziwych, filmowych monstrach, które nadal trzymają klasę, to grzechem by było nie wspomnieć o matce kosmicznego plugastwa z drugiej części „Obcego”. Projekt olbrzymiej kreatury narodził się wprawdzie w głowie wspomnianego wyżej H.R. Gigera, ale to James Cameron wpadł na pomysł zbudowania tego olbrzymiego rekwizytu filmowego. Za jego powstanie odpowiadała załoga pod dowództwem Stana Winstona (ten sam facet tchnął też życie w terminatora oraz gadzich bohaterów z „Parku Jurajskiego”).


W efekcie dwóch kaskaderów uwieszonych na hydraulicznych dźwigach odpowiedzialnych było za sterowanie każdego z olbrzymich ramion kosmity, natomiast nogi obcego sterowane były za pomocą długich prętów. Osobna ekipa obsługiwała też wielki łeb potwora, który poruszał się dzięki kilku kierownicom umieszczonym na zewnętrznej stacji operatorskiej.

Dodatkowy ukłon należy się Cameronowi oraz operatorom kamer - jakimś cudem udało im się schować przed oczami widzów zwoje kabli, drutów i prętów, dzięki którym monstrualna kreatura mogła się poruszać.


Rekin ze „Szczęk”

Skoro wspomnieliśmy o monstrach, które jak na swój sędziwy wiek świetnie się trzymają, to dla równowagi trzeba też powiedzieć i o tych, które dziś budzą już tylko pobłażliwy uśmiech. Doskonałym przykładem jest tu rekin ze „Szczęk”, który razi swym nieporadnym wyglądem i zamiast straszyć, szczerze bawi.


Główny bohater filmu ciągle tonął — nie przeprowadzono testów na wodzie i jak się okazało po rozpoczęciu zdjęć, mechaniczny rekin miał spore kłopoty z wypornością. Potrzebna była więc pomoc nurków, którzy bestię z dna wyławiali. Za którymś razem rekwizyt zatonął na dobre i trzeba było zbudować nowego rekina. Jakby tego było mało, krwiożercza bestia cały czas się psuła, więc z wielu ujęć trzeba było zrezygnować. Ostatecznie lwią część budżetu pożarł rekin, a właściwie jego trzy kopie - każda kosztowała 250 tysięcy dolarów... Aż trudno uwierzyć, że ten gumowy żarłacz mógł kogokolwiek przestraszyć.


Tyranozaur z „Parku Jurajskiego”

Wcześniej pojawiła się wzmianka o „Parku Jurajskim”, przy którym pracował Stan Winston. Wprawdzie film ten był jedną z pierwszych produkcji, w których zdecydowano się skorzystać z komputerowych efektów specjalnych (i trzeba to powiedzieć - pomimo przeszło dwóch dekad na karku wielkie, animowane cyfrowo gady w ogóle się nie zestarzały!), ale mimo to nie zrezygnowano całkiem ze starych, sprawdzonych zabiegów animatronicznych.


Spielberg, zainspirowany dwunastometrowym gorylem, którego zbudowano na potrzeby remake'u „King Konga” w 1976 roku, postanowił zlecić skonstruowanie naturalnej wielkości tyranozaura.
Wielki gad ważył sześć ton i podłączony był do swej mniejszej, bo niespełna metrowej wersji - każdy nadany jej przez animatorów ruch powtarzany był w czasie rzeczywistym przez hydraulicznego tyranozaura. Dodatkowo dzieło Winstona zaopatrzone było również w możliwość wcześniejszego programowania poszczególnych akcji.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Oglądany: 102410x | Komentarzy: 37 | Okejek: 354 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.10

26.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało