Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dla jednych dziwne, dla innych zupełnie normalne. 7 ciekawostek o jedzeniu

58 085  
176   38  
Podobno jesteśmy tym, co jemy. W takim razie warto chyba dowiedzieć się, co właściwie jemy.

#1. Szarlotka po filipińsku

1891702a24464471.jpg

My, podobnie jak wiele innych narodów, mamy swoją szarlotkę. Amerykanie – apple pie. Niezależnie od nazwy czy technicznych szczegółów, rzecz za każdym razem sprowadza się do tego samego, a mianowicie słodkiego ciasta z jabłkami. Tego ciasta pozazdrościli reszcie świata Filipińczycy – najprawdopodobniej w osobie Soledad Pahud, pracującej w USA pokojówki, która po powrocie do ojczyzny postanowiła odtworzyć ulubiony przepis. Napotkała jednak na przeszkodę – cholerny brak jabłek. A jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie, co popadnie – i tak powstało buko pie, ciasto wzorowane na słynnych jabłecznikach, ale wypełnione kokosowym nadzieniem. Dzisiaj właśnie buko uważane jest za jedno z najbardziej tradycyjnych ciast na Filipinach.

PS Jak coś, to buko i ossobuco to dwie różne sprawy, pomyłka w zamówieniu mogłaby być bardzo rozczarowująca.

#2. Pistacji już nie zbiera się ręcznie

189170145a558ba2.jpg

Jedni za pistacjami przepadają, inni mają wobec nich mieszane uczucia. Niezależnie jednak od stosunku do ich smaku, warto je docenić. Przede wszystkim za walory zdrowotne, a w dalszej kolejności za wysiłek, jaki trzeba włożyć w ich pozyskanie. Tenże wysiłek przekłada się na ich wysoką cenę. Pierwsza przeszkoda – drzewa pistacji potrzebują dwudziestu lat na wydanie pierwszych owoców. Później owocują co drugi rok – i to niezbyt obficie.

Przez długi czas orzeszki pistacjowe zbierano ręcznie, co wymagało momentami niemal akrobatycznych popisów. Dzisiaj jest łatwej, bo na komercyjnych uprawach zadanie zbiorów przejęły maszyny. Jest tego dobra strona. Dawniej łupiny orzechów trafiających do sprzedaży sztucznie barwiono – na czerwono lub zielono – by zamaskować plamki powstałe wskutek dotyku palcami. Obecnie nie jest to już "potrzebne".

#3. Dokonania Johna Montagu

1891703db98dc6d3.jpg

John Montagu generalnie nie był człowiekiem wielkiego sukcesu. Wręcz przeciwnie. Studia ukończył, ale nie uzyskał tytułu naukowego, jego dokonania jako zarządcy brytyjskiej marynarki podsumowane zostały jako mierne, a przenoszenie ze stanowiska na stanowisko, po czym polityczna banicja mówią wiele o jego (nie)sprawności. Z jakiegoś powodu jednak Montagu zapisał się w historii – choć nie pod swoim nazwiskiem, a tytułem. Tytułem 4. hrabiego Sandwich, dodajmy.

To właśnie jemu przypisuje się wynalezienie sandwiczy – trójkątnych kanapek z kilku warstw miękkiego pieczywa, przełożonych nadzieniem. Co naprowadziło Montagu na ten genialny wynalazek? Ponownie historia nie jest dla hrabiego łaskawa. Jak głosi, hrabia Sandwich potrzebował przekąski, którą dałoby się wygodnie spożywać podczas... uprawiania hazardu. Ot i cały romantyzm.

#4. Krótka historia nachosów

18917048206d5244.jpg

Nachos to kolejna z przekąsek, które pokochał świat – przez wielu traktowana zresztą jako guilty pleasure, ale bardziej niż ze względu na same nachos, to na dodatki i okoliczności, w jakich "chrupki z tortilli" bywają konsumowane. Jak je wymyślono? Jak wiele potraw – w 1940 roku w meksykańskim Victory Club, tuż obok granicy z USA, będący na zmianie kucharz został poproszony o "przekąskę inną niż zwykle".

Ignacio Anaya, bo tak się nazywał, dostrzegł świeżo przygotowane tortille. Postanowił więc pokroić je w trójkąty, polać roztopionym serem i uzupełnić plasterkami jalapeño. Danie okazało się strzałem w dziesiątkę. A na pytanie, jak rzeczone się nazywa, Anaya odrzekł skromnie "nacho", co było powszechnie stosowanym zdrobnieniem imienia Ignacio. Hrabia Sandwich mógłby się uczyć (gdyby nie to, że żył dobre dwa stulecia wcześniej).

#5. Imbir (nie) łączy się z sushi

1891705cad2969b5.jpg

Sushi jest daniem mocno osobliwym, a i tak zdołało zrobić światową karierę, doczekawszy się przy tym wielu ciekawostek. Warto wiedzieć, że sushi nie jest wynalazkiem japońskim, a norweskim... No dobrze, wyłącznie jeśli chodzi o sushi z łososiem – ten pacyficzny, dostępny w Japonii, obarczony jest pasożytami, przez co nie zaleca się jego spożywania na surowo. Norwegowie potrzebowali jednak wykorzystać w jakiś sposób własne zapasy "zdrowszego" – przynajmniej w tym aspekcie – łososia atlantyckiego i zalali Japonię, a potem świat, własnym dodatkiem do sushi.

Ciekawie rzecz ma się również z marynowanym imbirem chętnie podawanym do sushi... ale bynajmniej nie po to, by je nim udekorować (co mogłoby nawet zostać odebrane jako afront wobec kucharza). Czemuż więc ma służyć? Oczyszczeniu kubków smakowych i odświeżeniu podniebienia pomiędzy kolejnymi porcjami właściwego dania. Ot, gratka dla tych, którzy z całego sushi najbardziej lubią właśnie imbir.

#6. Nomen omen, czyli hot dog

1891706da7284096.jpg

Bułka z parówką w środku i sosem lub nawet dwoma uratowała już życie niejednego imprezowicza czy wygłodniałego podróżnika, który w środku nocy zawitał na stację benzynową. Nie odstrasza nawet nazwa – hot dog – która w zasadzie powinna dać do myślenia. Dzisiaj na szczęście nie trzeba traktować jej dosłownie... ale nie zawsze tak było.

Gdzieś na początku XIX wieku termin "dog" – pies – zaczęto stosować jako synonim kiełbasy.
Zrazu złośliwie, przypisując niecne zamiary wędliniarzom i sugerując, że psim właśnie mięsem wypełniają swoje wyroby. Słowo ciałem się stało – stulecie później od spożywania tychże sympatycznych czworonogów nie stronili nawet Niemcy, a to stąd właśnie wywodziły się "wczesne" hot dogi. W legendzie mogło się więc znaleźć ziarnko, a nawet cała chrząstka prawdy. Dzisiaj na szczęście spośród wszystkich składników, jakich nie chcielibyśmy znaleźć w hot dogu, akurat psie mięso jest tym najmniej prawdopodobnym.

#7. Big nope

189170773acb6097.jpg

Każdy ma gdzie indziej położoną granicę wytrzymałości, jeśli chodzi o żywieniowe ekstrema. Wydawałoby się, że Azjaci mają ją przesuniętą najdalej. Na Tajwanie pewną popularnością cieszy się "Yin Yang fish", czyli ryba smażona w głębokim tłuszczu... ale tylko do głowy. Kiedy trafia do zamawiającego, niezanurzona w tłuszczu część pozostaje żywa... a przynajmniej półżywa. W Korei przysmakiem jest sannakji, czyli młoda ośmiornica pokrojona żywcem i podana natychmiast – jej odnóża poruszają się jeszcze na talerzu (lekką sprawiedliwość naturze oddaje fakt, że corocznie kilka osób ponosi śmierć, dusząc się podczas spożywania sannakji).

Ale w Europie też mamy swoje grzechy – jak ser z żywymi larwami czy la pagliata, klasyka kuchni rzymskiej. To nic innego jak jelita bardzo młodego cielęcia, serwowane wraz z "chymusem" (który nie ma niestety nic wspólnego z hummusem). Chymus czy też chym to półpłynna papka w połowie drogi z żołądka do... ujścia, będąca niczym innym niż częściowo przetrawioną żywnością. Smacznego!
4

Oglądany: 58085x | Komentarzy: 38 | Okejek: 176 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.10

19.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało