Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Awantura związana z realizacją „Powrotu do przyszłości II” zmieniła historię kina

66 197  
334   24  
Doprawdy, nie ma chyba drugiej takiej trylogii, która rozpalałaby serca kolejnych pokoleń widzów. Nazwanie „Powrotu do przyszłości” dziełem kultowym byłoby jawną oznaką braku szacunku dla serii, która przez wielu (w tym i przeze mnie) darzona jest niemalże religijną czcią. Filmy te nie tylko wprowadziły do kina przygodowego zupełnie nową jakość, ale i sama realizacja tych perełek kinematografii pełna jest bardzo zaskakujących „zwrotów akcji”.
Nie jest żadną tajemnicą, że już podczas prac nad pierwszą częścią filmu producenci musieli znacząco zwiększyć budżet, bo twórcy, kiedy już postępy były mocno zaawansowane, postanowili zwolnić aktora grającego główną rolę i zastąpić go innym artystą. To dlatego Marty McFly ma twarz Michaela J. Foxa, a nie Erica Stoltza.


Tymczasem kiedy cztery lata po premierze „Powrotu do przyszłości” przystąpiono do kręcenia sequela, okazało się, że Claudia Wells – aktorka, która wcześniej wcieliła się w postać Jennifer, dziewczyny głównego bohatera – odwiesiła aktorstwo na kołek po tym, jak u jej matki wykryto złośliwy nowotwór. Nie istniała żadna możliwość (a pewnie i też żadna odpowiednio wysoka suma), która sprawiłaby, że artystka zmieniłaby podjętą decyzję. W tej sytuacji na miejsce Wells podstawiono znaną z „Karate Kida” Elisabeth Shue, co – jak wiemy – było bardzo dobrą decyzją.


Jako że postać Jennifer nie miała większego znaczenia w pierwszej odsłonie trylogii, a na ekranie pojawiła się ona zaledwie kilka razy, to wiele osób nawet nie zwróciło uwagi, że artystka ją grająca została zamieniona na inną. Większym wyzwaniem było rozwiązanie gigantycznego kłopotu, którym ekipie sprawił Crispin Glover. Charyzmatyczny aktor, który wcześniej w wybitnym stylu sportretował George’a McFlya, kategorycznie odmówił dalszej współpracy. Zastąpienie tak charakterystycznego artysty kimś innym wydawało się zadaniem wręcz niewykonalnym. Decyzja, którą podjęto, była bardzo ryzykowna, i chociaż większość z nas nawet nie zarejestrowała przekrętu, jakim uraczyli nas filmowcy, zabieg, którego dokonano, mocno odbił się na kieszeniach producentów i śmiało można rzec, że zmienił historię kina!


Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj sprawa dotyczy hajsu. W tym wypadku – zarówno tego „filmowego”, o czym za chwilę, jak i gaży, jaką zaoferowano Gloverowi za powtórzenie roli. Aktor miał dostać połowę kwoty, jaką przeznaczono dla Lei Thompson oraz Toma Wilsona – aktorów, których występy miały zająć podobny do jego czas ekranowy. Ponadto Crispinowi bardzo nie podobało się zakończenie pierwszej części filmu, kiedy to na skutek „gmerania w kontinuum czasowym” jego bohater z zakompleksionego, ubogiego, wypalonego przegrywa staje się zamożnym nerdem, którego stać na zakup drogiego auta dla swojego syna. Glover twierdził, że takie zwieńczenie perypetii bohaterów jest pochwałą konsumpcjonizmu i morałem sugerującym, że pieniądze załatwiają każdy problem.
Aktor podobno bardzo pokłócił się z Bobem Gale’em – współscenarzystą i jednym z głównych producentów serii. Artysta uparł się, że za jego ewentualny występ należał mu się milion dolarów zapłaty. Bob stanowczo odmówił. Panowie tak mocno się poróżnili, że Glover do dziś chętnie wylewa w wywiadach żale, które nawet ćwierć wieku później w sobie nosi.

Zdjęcie z planu pierwszej części "Powrotu do przyszłości", jeszcze z okresu, kiedy główną rolę grał Eric Stoltz

Ekipa filmowa uznała, że mimo tej wielkiej straty projekt trzeba rozwijać i szukać kreatywnego naprawienia powstałego problemu. Można było na przykład wykorzystać część ujęć z pierwszego filmu. No, dobra – zawsze to jakieś rozwiązanie, ale jednak nadal niedostateczne. Przecież rola Glovera w drugiej odsłonie serii była dość ważna i wymagała dokręcenia przynajmniej kilku nowych scen. Wówczas to ktoś wpadł na szalony pomysł.
Cztery lata wcześniej, podczas prac nad pierwszym filmem, Crispin musiał grać zarówno ucznia liceum, jak i czterdziestoletniego mężczyznę. Aby realistycznie wypaść w tej ostatniej roli, gwiazdorowi nakładano specjalną charakteryzację, którą wcześniej szykowano na odlewie twarzy artysty. I tak się szczęśliwie złożyło, że zachowały się silikonowe formy, z których ów odlew wykonano!



Na bazie formy zdjętej w 1985 roku z oblicza Glovera wykonano kopię jego twarzy! Taką maskę nałożono następnie na facjatę Jeffreya Weissmana, aktora, który wzrostem i postawą bardzo przypominał Crispina. Mimo że finalny efekt nie powalał na kolana, reżyser Robert Zemeckis dwoił się i troił, aby widzowie nie zorientowali się, że George’a McFlya gra inny artysta.


W scenach, w których widzimy Weissmana z pełną charakteryzacją, zastosowano całą masę trików mających odwrócić uwagę od dość upiornej maski, którą ten miał na twarzy. Jedne ujęcia kręcone były z daleka, inne odpowiednio przycinano, a na innych aktor stoi na drugim planie i ostrość kamery nie skupia się na nim. W zasadzie dopiero w momencie, kiedy zdamy sobie sprawę z całego tego przekrętu, uda się nam wyłapać sceny z Jeffreyem. I to bez większego problemu.




Filmowcy robili dosłownie wszystko, aby widzowie mieli stuprocentową pewność, że w „Powrocie do przyszłości II” gra Glover. Niektóre z zabiegów były wręcz tak dziwaczne, że twórcom należą się brawa za kreatywność. Kiedy na przykład trzeba było pokazać ojca głównego bohatera w przyszłości, gdy George był już starcem, oprócz charakteryzacji, którą Weissmanowi nałożono, zdecydowano się przekręcić go do góry nogami. W filmie zabieg ten wytłumaczono kontuzją kręgosłupa mężczyzny i potrzebą przeprowadzenia tej przedziwnej formy rehabilitacji jego obolałych pleców. W rzeczywistości oczywiście chodziło o to, aby widzowie mieli utrudnione zadanie zorientowania się, że to nie Glover jest George’em!




Absencja Crispina na planie była nie tylko wielką przykrością dla samego zainteresowanego, ale także i dla młodych aktorów, z którymi artysta ten współpracował cztery lata wcześniej. Odbiło się to też trochę na Jeffreyu, którego traktowano dość oschle, a nawet zawracano się do niego per "Crispin". Szczególny chłód odczuł Weissman ze strony Lei Thompson, czyli swojej ekranowej dziewczyny, a później i żony. Ta ani razu nie zwróciła się do niego po imieniu, a zaprosiwszy na plan swoją mamę, przedstawiła jej Jeffreya jako „aktora, który gra Crispina”.
Innym razem plan odwiedził też jeden z producentów filmu. A był nim nie kto inny, jak sam Steven Spielberg. Słynny reżyser na widok ucharakteryzowanego artysty roześmiał się i krzyknął do niego: „Cześć, Crispin! Widzę, że dostałeś swój milion dolarów!”.


Z oczywistych powodów fakt podmienienia jednego z głównych bohaterów trzymany był w ścisłej tajemnicy, a nawet gdy produkcja trafiła do kin zarówno ekipa, jak i producenci starali się unikać tego tematu.
I kiedy już wydawać by się mogło, że filmowcom ten przekręt ujdzie na sucho, nieoczekiwanie do akcji wkroczył sam Crispin Glover! Aktor pozwał wytwórnię Universal Pictures, Amblin Entertainment oraz U-Drive Productions na kwotę miliona dolarów, czyli dokładnie taką, jaką pragnął zgarnąć za swój ewentualny udział w „Powrocie do przyszłości II”! Artysta, bardzo słusznie, uważał bowiem, że pogwałcone zostały jego prawa autorskie – i to te najbardziej prywatne, bo przecież chodziło o kopiowanie nie tylko jego stylu poruszania się i mówienia, ale i wyglądu całej twarzy! Prawnicy pozwanych szybko odbili piłeczkę i wystosowali pismo sprzeciwiające się roszczeniom aktora, broniąc się, że rozwiązania, których się chwycili konieczne były, aby móc rozwijać istotny wątek jednej z kluczowych dla filmu postaci.
W tej sytuacji sędzia zażądał, aby prawnicy obu stron przedyskutowali sprawę i spróbowali się dogadać. I tak też się stało. Ostatecznie Universal Pictures zgodziło się wypłacić Gloverowi odszkodowanie rzędu 760 tysięcy dolarów!



Sprawa ta nie skończyła się jednak na ugodzie. Wśród członków Gildii Aktorów wybuchła dyskusja na temat konieczności wprowadzenia nowych praw mających na celu chronić artystów przed przyszłymi próbami nieautoryzowanego wykorzystania ich wizerunku. Dziś, w czasach kiedy technologia Deep Fake rozwija się w najlepsze, a za pomocą CGI filmowcom udaje się wskrzesić zmarłych gwiazdorów kina, widzimy, jak bardzo posunięcie to było potrzebne. Glover i jego prawnik Doug Kari jeszcze w 1989 roku przekonywali sędziego: odpowiednie zakończenie tej sprawy może stanowić wyraźny sygnał dla innych filmowców, że próby dorobienia się na kopiowaniu wizerunku artystów są nie tylko moralnie niedopuszczalne, ale i stanowić mogą regularne pogwałcenie praw autorskich.



Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
5

Oglądany: 66197x | Komentarzy: 24 | Okejek: 334 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.05

13.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało