Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Te wojenne plakaty propagandowe wszyscy znacie. Najwyższy czas, abyście poznali ich pochodzenie!

31 828  
171   6  
Trudno powiedzieć co sprawia, że z dziesiątek tysięcy grafik drukowanych w formie plakatów, niektóre stają się szalenie popularne i wręcz na stałe zapisują się w popkulturze. Niektóre z prac powstałych nawet i wieki temu znane są dziś młodym internautom jako krążące po sieci memy. Warto jednak przed udostępnieniem kolejnego obrazka z napisem „Keep calm” poznać jego pierwotną funkcję.

„Keep calm”

Ta grafika została już przerobiona chyba w każdy możliwy sposób. W swej oryginalnej formie napis głosił: „Keep calm and carry on!”. Wystarczy jednak w miejsce „Carry on!” wstawić „Lep pierożki!” albo „Nie głosuj na Dudę!”, aby tchnąć w obrazek nową świeżość.
Plakat z tym hasłem zaprojektowany został przez pracowników Ministerstwa Informacji na zlecenie brytyjskiego rządu w roku 1939 i miał być formą podreperowania morale, przerażonych niemieckimi nalotami bombowymi, mieszkańców Londynu. Był to jeden z trzech opartych na tym samym projekcie graficznym materiałów propagandowych, które miały zawisnąć na londyńskich murach.



I chociaż sam plakat z napisem „Keep calm” został wydrukowany w 2 500 000 kopii, Brytyjczycy długo nie mieli jednak okazji zobaczyć tych słów pocieszenia i zachęty do wzięcia się w garść. Sporo czasu przeleżały one w magazynie czekając na swoją „premierę”. A ta nastąpić miała dopiero po jakimś szczególnie fatalnym w skutkach niemieckim nalocie. Niestety, w kwietniu 1940 roku większość tych plakatów została potraktowana jako zwykła makulatura. Był to bowiem okres kampanii oszczędzania papieru, a tego typu niepotrzebne „śmieci” zazwyczaj przerabiano na pulpę i ponownie wykorzystywano do produkcji innych, bardziej przydatnych materiałów.



Prawdopodobnie jakaś bardzo niewielka część tych plakatów trafiła na londyńskie ulice, ale nawet jeśli do tego doszło, to zrobiono to bez zgody wyższych instancji. Parę kartek z tą grafiką uchowało się jednak przed zniszczeniem. Jedna z lepiej zachowanych kopii znaleziona została w 2000 roku przez Stuarta Manleya – współwłaściciela antykwariatu w miejscowości Alnwick. Podobno plakat wciśnięty był gdzieś pomiędzy zakupionymi przez niego książkami z drugiej ręki. Mężczyzna oprawił swoje znalezisko w ramkę i powiesił w sklepie. Zauważywszy spore zainteresowanie klientów tym „trofeum”, Manley postanowił wykonać próbną partię reprodukcji grafiki z 1939 roku. Produkt ten sprzedał się momentalnie i wkrótce rynek zalany został przez ogromną ilość kopii plakatu „Keep calm”.

„Wuj Sam”

Wujek Sam to „produkt”, który swoją amerykańskością konkurować może jedynie z hamburgerami, pickupami i grubasami jeżdżącymi na elektrycznych wózkach. Trudno nie zauważyć, że groźny staruszek zachęcający młodych patriotów do zasilenia szeregów armii wzorowany jest na charakterystycznym wizerunku Abrahama Lincolna. Ciekawostką jest jednak to, że Wuj Sam naprawdę istniał. Takie przezwisko miał bowiem Samuel Wilson – masarz, który podczas wojny, którą od 1812 roku Stany Zjednoczone prowadziły z Wielką Brytanią, zaopatrywał amerykańską armię w beczkowaną wołowinę. Każda z takich beczek oznaczona była literkami U.S. Odbierający dostawę żołnierze żartowali sobie, że to skrót od Uncle Sam.



Warto też odnotować, że o ile fizjonomia Wujka to karykatura twarzy Lincolna, a swoje imię Sam zawdzięczał sprzedawcy mięsa, to już jego nieco obciachowe wdzianko zostało „zdjęte” z Brata Jonathana – reprezentującej kapitalizm, humorystycznej postaci, która na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiała się na łamach amerykańskich czasopism.



Wujek Sam, będący zlepkiem kilku różnych postaci, w swojej najbardziej znanej formie dał się poznać w 1917 roku, kiedy to jego wizerunek pojawił się na plakacie, który był masowo drukowany przez rząd USA tuż przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej.



I tym jednak razem twórcy grafiki nie popisali się kreatywnością, albowiem obrazek ten był bezczelną podróbką starszego o trzy lata materiału będącego częścią propagandy rekrutacyjnej z Wielkiej Brytanii. W tamtej jednak wersji mężczyzną zachęcającym młodzież do ginięcia na frontach krwawej wojny był nie kto inny, jak sam hrabia Horatio Kitchener!



„We Can Do It!”

II wojna światowa czasem określana jest mianem wojny totalnej, czyli takiego konfliktu, w którym aby pokonać wroga, trzeba zaangażować większą część krajowej populacji. Kiedy więc Stany Zjednoczone zdecydowały się włączyć do walki z siłami Państw Osi, do armii powołano 16 milionów osób, w większości mężczyzn. W efekcie zwolniło się mnóstwo miejsc pracy, bardzo często w zawodach powszechnie uważanych za mało „kobiece”. Nie było jednak wyjścia – panie, dla wspólnego dobra, musiały zakasać więc rękawy i zabrać się do roboty.



Wiele kobiet pracowało w kuchniach, pralniach i maglach, zostawiając dzieci pod opieką innych pracownic, które akurat nie miały zmiany. Aby spowodować, że gospodynie domowe odstawią purchlęta od piersi i porzucą gary na rzecz ciężkiej harówki w hucie, potrzebna była solidna akcja propagandowa. Amerykański rząd uruchomił cały szereg tego typu kampanii. Dziś niektóre z takich materiałów pewnie wywołałyby spore oburzenie. Na jednym z plakatów widzimy napis „Czy umiesz obsługiwać mikser? Jeśli tak, to poradzisz sobie i z wiertarką!”.

I tak też niemało przedstawicielek płci pięknej zatrudnionych zostało np. w wojskowych fabrykach bombowców B-17. Aby jednak wdrożyć kobiety do takich zawodów, potrzebna była nie tylko wspomniana akcja propagandowa, ale i odpowiednie kursy dla przełożonych, którzy mieli przeszkolić nowe pracownice. Jednym z takich warsztatów była nauka nitowania.
Operująca nitownicą umorusana dziewczyna o imieniu Rosie w 1942 roku stała się bohaterką popularnej piosenki pt. "Rosie the Riveter", która wykonywana była przez wielu różnych artystów. Legenda głosi, że autorzy tekstu tej kompozycji, Redd Evans i John Jacob Loeb, inspirowali się prawdziwą postacią Rosiny Bonavity – pracownicy fabryki samolotów w Kalifornii.



Dzięki tej popularnej kompozycji narodziła się postać silnej, patriotycznej Rosie, która to przez dużą część wojny była twarzą kampanii zachęcających panie do pracy w „męskich” zawodach. Dzielna Rózia Nitowniczka z całą pewnością pomogła w latach 1940-1944 zwiększyć ilość zatrudnionych Amerykanek z 12 milionów do 20 milionów.

Pracująca w pocie czoła babeczka stała się też bohaterką znanego dziś na całym świecie plakatu. I chociaż postać widoczna na stworzonym w 1942 roku przez J. Howarda Millera obrazku wcale nie musi być operatorką nitownicy, to dama zagrzewająca panie do pracy hasłem „We Can Do It!” od początku znana była jako „Rosie the Riveter”.
I tym razem artysta wzorował się na prawdziwej postaci. Była nią Naomi Parker (na zdjęciu poniżej) – bardzo ładna pracownica Alameda Naval Air Station.



Plakat ten wystawiono na pokaz w 1943 roku – zawisł on na ścianie fabryki podzespołów do samolotów Westinghouse Electric Corporation. Przez dwa tygodnie mógł on być podziwiany przez pracowników tego zakładu. Potem gdzieś zniknął. Na cztery długie dekady. Obrazek ten odnaleziony został dopiero w drugiej połowie lat 80. i szybko wrócił do łask. Tym jednak razem Rosie nie była już ratującą amerykański przemysł wojenny nitowniczką, ale twarzą tzw. trzeciej fali feminizmu.



Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
8

Oglądany: 31828x | Komentarzy: 6 | Okejek: 171 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

10.07

09.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało