Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Niektórzy turyści są niereformowalni - oto kilka typów, których spotkać można absolutnie wszędzie

58 537  
153   64  
A gdyby tak rzucić wszystko i pojechać gdzie bądź? Pewnie już sami wiecie, że łatwiej się gdyba niż faktycznie decyduje na podróż. Ostatecznie jednak wzięcie zadka w troki i ruszenie w poszukiwaniu przygody jest zawsze cholernie satysfakcjonującym doświadczeniem.


Trzeba jednak pamiętać, że oprócz fascynujących miejsc i przepięknych krajobrazów zawsze spotkamy na naszej drodze innych podróżników. A ci z jakiegoś powodu to cholerna armia klonów, której zachowanie jest niezwykle wręcz przewidywalne.

Obserwację ciekawego gatunku zaczynamy już na lotnisku

Jeszcze zanim wsiądziesz do luftzuga i opuścisz ojczyznę najukochańszą, dane ci będzie spotkać chyba najbardziej liczny gatunek podróżnika. To taki trochę gołąb wśród turystów. Łatwo go zlokalizować, bo występuje w dużych grupach. Aby rozpocząć obserwację musisz jednak najpierw odprawić się i przejść przez bramki, które robią pik (Zdejm buty! Muszę? Zdejm!). Zazwyczaj przezornie trafiasz na lotnisko przynajmniej te dwie godziny przed odlotem. Tak na wszelki wypadek. Rozsiadasz się przy swojej bramce, bierzesz książkę, gazetę... albo przestajesz udawać intelektualistę i ordynarnie nakurwiasz paluchami w komórkę. Możesz też szukać odpowiedzi na cholernie intrygujące pytanie: Czemu ten wielki tłum ludzi ustawia się w długiej na pisiont metrów kolejce, kiedy do otwarcia bramki jest jeszcze tyle czasu, że z palcem w nosie mógłbyś przeczytać przynajmniej jeden tom „Nad Niemnem”? Co oni chcą osiągnąć stercząc na baczność z tymi plecakami, gotowi, aby na odpowiedni sygnał rzucić się sprintem do samolotu? Może boją się, że ktoś ich tam podsiądzie i przez cały lot będą musieli stać?



Ci co mają w zwyczaju wysiadać z samolotu zanim ten na dobre wyląduje

Zawsze kiedy czuję to charakterystyczne szarpnięcie, gdzieś tam w środku cieszę się, że i tym razem samolot szczęśliwie doleciał, tam gdzie miał dolecieć, a nie zakończył swojej przeprawy gdzieś w Atlantyku. Moment lądowania zawsze jednak kojarzy mi się z kanonadą metalicznych dźwięków rozpinanych pasów. Klak, klak, klak, klak… Jeszcze zanim maszyna zatrzyma się, a obsługa lotniska przypnie do wyjścia rękaw, albo podstawi schody, większość podróżnych stać już będzie w korytarzu dzierżąc w łapkach swoje bagaże. Gdyby mogli, to pewnie powychodziliby oknami i utorowali sobie wyjście robiąc podkop w podłodze, byleby jak najprędzej dotknąć już trampkami ziemi.



Podróżny, który zabiera ze sobą cały dobytek i pakuje go do jebutnej walizki na kółkach

Trzy koszulki, gacie, skarpetki, bluza, coś przeciwdeszczowego, czapka i garść trytytek (to zawsze się przydaje!). Ręcznik wywalam. Wytrę się koszulką. Po co komu cokolwiek więcej, kiedy jedzie się w tropiki? Tym bardziej, że połączenie upału i ważącego pół tony plecaka jest kombinacją dość upierdliwą, szczególnie gdy zamierza się zetrzeć podeszwy trampek na intensywnym łażeniu.

Tymczasem okazuje się, że wielu podróżnych ma spory problem z rozsądnym podjęciem decyzji odnośnie rzeczy, które będą im na takim wyjeździe absolutnie niezbędne. Poważnie – są tacy, którzy jadąc w miejsca, gdzie zazwyczaj nie ma prądu, potrafią zabrać ze sobą suszarkę do włosów, buty na obcasach, żelazko, kulę do kręgli i rakietki do badmintona. Do tego zestaw ubrań na wypadek nagłego ochłodzenia się powietrza do temperatury, w której to Rosjanie zamykają lufciki w swoich łazienkach. Wszystko to upchnięte do potężnej walizki na kółeczkach i dociśnięte kolanem. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż widok jakiegoś germańskiego turysty walczącego z tym cholerstwem na pokrytej błotem ścieżce, gdzieś w jakimś zapomnianym przez świat buszmeńskim wypizdowie...



Hippis podróżny

A to już zupełnie inny przypadek, chociaż wbrew pozorom – jest to, szczególnie w Ameryce Południowej, dość licznie występujący gatunek. Hippis zazwyczaj nie ma ze sobą nic poza zarzyganym sweterkiem i podstawowym ekwipunkiem, który pozwala mu na zarobienie kilku groszy. Mówiąc o zarabianiu mam na myśli żebranie lub uliczne sępienie dublonów. Do tego służy zazwyczaj rozstrojona gitara albo pałeczki do żonglowania. Hippis handluje też czasem koralikami oraz, najczęściej podłej jakości, trawką wyhodowaną na własnej produkcji nawozie.



Na skupisko tego gatunku natknęliśmy się ostatnio w stolicy Boliwii, gdzie mój wewnętrzny Żyd, kazał mi pożałować kasy na droższy hotel i zameldowałem się w jakiejś taniej, udekorowanej malowniczym grzybem, dziurze. Okazało się, że byliśmy jedynymi, poza stadem naprutych hippisów, podróżnymi w tej melinie. Dzięki temu do piątej nad ranem słuchaliśmy gitarowej kakofonii, zachrypniętego skowytu, uderzających o kafelki pałek do żonglowania oraz dźwięku nie do końca sprawnej maszynki tatuatorskiej, za pomocą której jakaś nażarta kwasem niewiasta w dreadach aplikowała HIV-a omdlewającemu z odwodnienia suchoklatesowi.
Sam sobie jestem winien, wiem.

Ten obieżyświat, który za bardzo się przygotował

Okazuje się, że nocleg w hotelu często można sobie zaklepać, wchodząc do niego i otwierając dziób do pani recepcjonistki. Podobnie sprawa wygląda z atrakcjami turystycznymi i wycieczkami. Poważnie – nie zawsze trzeba robić to przez Internet pół roku wcześniej! Dostęp do takich narzędzi jak Booking.com mamy dopiero od kilku lat, a już zapomnieliśmy o tym, jak wiele tracimy odmawiając sobie starodawnego, „manualnego” sposobu załatwiania spraw za pomocą zwykłego kontaktu z drugą osobą, rozmowy, uśmiechu, targowania się i energicznego machania łapami. Poza ewidentnym przepłacaniem, pozbawiamy się prawdziwej przyjemności obcowania z ludźmi, zdobywania od nich ciekawych informacji, czy zyskiwania nowych przyjaźni. Stajemy się maszynami z opartym na Windowsie interfejsem zaopatrzonym w introwertyczny system omijania istot żywych. Trochę szkoda – w końcu to te drobne przyjemności są właśnie kwintesencją podróży w nieznane.



Selfisticzku na paticzku

Większość podróżnych ma ograniczony czas, więc zamiast odkrywać nowe miejsca, wolą odwiedzić lokacje sprawdzone. Dokładnie te, które znaleźć można w każdym przewodniku. To całkowicie zrozumiałe. Decydując się jednak na tego typu wyprawę, trzeba pamiętać o tym, że do takiego na przykład Machu Picchu codziennie trafia ponad 3000 osób! I przynajmniej połowa z nich uzbrojona jest w kamery i aparaty, aby za pomocą tego sprzętu wykonać serię zdjęć w najbardziej rozpoznawalnych miejscach. Do leniwie żującej trawę lamy, co to stoi na górce, z której widać całą panoramę inkaskich ruin ustawiają się długie na dziesiątki metrów kolejki. Każdy chce strzelić fotkę z tym zblazowanym, kopytnym stworzonkiem!

Pół jednak biedy z samą lamą. Ci ludzie koniecznie chcą również być na zdjęciu. Zawsze więc, gdy przychodzi do fotografowania majestatycznych krajobrazów, w ruch idą selfiesticki. No, bo przecież nie ma nic lepszego niż pradawne ruiny zasłonięte czerwonym od słońca łbem właściciela aparatu.



Inną kategorią fotografujących są osoby, które silą się na jakąś efektowną (acz do bólu ograną) pozę. W boliwijskim Salar de Uyuni przez trzy godziny miałem przyjemność obserwować „sesję zdjęciową” grupy dziewcząt stających na rękach, rozpościerających szeroko ramiona, uprawiających jogę, podskakujących i chodzących na rzęsach. Sporo przy tym przegapiły, bo za ich plecami odbijające się na przypominającej lustro tafli, prawie kompletnie wyschniętego, słonego jeziora, odbijało się krwistoczerwone, powoli chylące się ku zachodowi słońce. Aby doświadczyć tego jedynego w swym rodzaju widoku wystarczyłoby schować aparat, usiąść i po prostu patrzeć zapisując w pamięci ten przepiękny spektakl.