Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rotoskopia - licząca sobie prawie 100 lat technika animacji, która stosowana jest do dziś

96 890  
464   36  
Od momentu powstania kina filmowcy stają na głowie, aby skutecznie nas oszukać i sprawić, abyśmy uwierzyli w magię prezentowaną na ekranie.

Wśród całej gamy prehistorycznych technik, z których korzystali realizatorzy naszych ulubionych filmów, jedna ma się całkiem dobrze po dziś dzień. Mowa tu o rotoskopii.

Za nazwą, która budzi skojarzenia z jakąś niezbyt przyjemną procedurą medyczną, stoi jeden z największych wynalazków w historii kina. To tak zwany rotoskop. W 1915 roku, czyli w czasach, kiedy przemysł filmowy nieśmiało jeszcze raczkował, dwóch braci - Maxi i Dave Fleischer - opracowało proste urządzenie, dzięki któremu można było zobaczyć każdą klatkę wcześniej zarejestrowanego filmu, a następnie odrysować dowolny, pojawiający się na niej element.


W praktyce wyglądało to tak, że aktor odgrywał swoją rolę, a następnie na bazie jego ruchów tworzono animację. Była to wybitnie mozolna robota – klatka po klatce, każdy ruch musiał zostać skopiowany. Nakręcenie krótkiej, prostej graficznie scenki zajmowało długie godziny bardzo nudnej i wymagającej dokładności pracy. Dave w tamtym czasie dorabiał sobie jako klaun, więc jego brat uznał, że artystyczna, przesadna ekspresja tej postaci idealnie nada się do stworzenia bohatera kreskówki. W ten sposób w 1919 roku narodził się Koko the Clown, bohater serii „Out of the Inkwell”. Widzowie byli zachwyceni.


Tę samą technologię bracia Fleischer wykorzystali animując inne postaci, które podbiły serca małoletnich kinomanów. To prawdziwi aktorzy stali za wprawianiem w ruch takich bohaterów jak Popeye, Betty Boop, czy na przykład powstały na początku lat 40. serial o Supermanie. Studio Fleischerów zapisało się też w historii kina z innego powodu – to Max i Dave po raz pierwszy wprowadzili do świata animacji muzykę i dialogi.




Pomysłowi bracia mieli potężną konkurencję w osobie Walta Disneya. Dzieła powstające w jego studiu co i rusz wprowadzały do świata animacji nowe, rewolucyjne technologie. Jedną z nich było na przykład rejestrowanie obrazów utrwalonych na kilku płaszczyznach – taki zabieg dawał efekt trójwymiaru. Słynny twórca Myszki Miki nie mógł przejść obojętnie obok rotoskopii i również postanowił wykorzystać dobrodziejstwa wynalazku Fleischerów. Disney posługiwał się tym urządzeniem podczas kręcenia scen, w których zależało mu na możliwie jak najdokładniejszym odwzorowaniu naturalnego ruchu postaci. Dzięki rotoskopowi w 1937 roku powstała ekranizacja baśni o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach – pierwszy pełnometrażowy film animowany i prawdziwy kamień milowy w historii kina. Aby stworzyć coś tak monumentalnego, trzeba było zaprząc do roboty 600 artystów, którzy stworzyli przeszło 1,5 miliona rysunków!


Przy okazji taka mała ciekawostka – Disney uparł się, aby zrobić oddzielne ścieżki dźwiękowe dla wszystkich obcojęzycznych krajów, w których film miał być wyświetlany. W polskiej wersji językowej królewicz przemawia głosem samego Adolfa Dymszy!
Wróćmy jednak do rotoskopii. Królewna Śnieżka swe zwiewne ruchy zawdzięcza tancerce - Marge Champion.


Szkice animacji z jej udziałem po latach poddane zostały recyclingowi i przerobiono je na animację postaci w filmie „Robin Hood” w 1974 roku.
Z czasem bracia Fleischer połączyli swoje siły z Waltem Disneyem i wspólnie zaczęli angażować się w filmowe projekty.
Tymczasem rotoskop miał coraz szersze zastosowanie w przemyśle filmowym. Dzięki wykorzystaniu tego leciwego już wynalazku można było na przykład umieścić żywego aktora w świecie wykreowanym przez rysowników. Taki zabieg pozwolił stworzyć kilka efektownych sekwencji w filmie „Song of the South” z 1946 roku. Powstał on dokładnie 42 lata przed słynnym „Kto wrobił królika Rogera”, a rezultat romansu realnych bohaterów z kreskówką jest nie mniej przekonujący.


Jeszcze dalej poszli zatrudnieni przez Disneya filmowcy, którzy pracowali nad filmem „Marry Poppins”. Tam, oprócz łączenia animacji z „żywym” filmem rotoskop posłużył też do np. maskowania linek w scenach, w których bohaterowie latają.
W latach 70. liczący sobie ponad pół wieku rotoskop ciągle miał się dobrze. Za jego pomocą tworzono zarówno kreskówki (np. „Władca Pierścieni” z 1978 roku czy serial o przygodach He-Mana), jak i umieszczano animowane efekty wizualne do aktorskich dzieł.


Jedna z najbardziej kultowych broni, czyli miecz świetlny z „Gwiezdnych Wojen” jest niczym innym, jak dodanym w postprodukcji animowanym elementem nałożonym na filmowy rekwizyt. Podobnie sytuacja wyglądała z niektórymi ujęciami w filmie „Ptaki” Alfreda Hitchcocka, gdzie niektóre z atakujących ptaszysk "sztucznie" wklejono w obraz.


W latach 80. rotoskop nadal był regularnie używanym przez filmowców narzędziem. Podczas gdy na MTV wesoło sobie hulał zrealizowany tą właśnie techniką teledysk A-Ha pt. „Takie on me”, urządzeniem tym zainteresowali się twórcy gier komputerowych. Jordan Mechner eksperymentował z rotoskopem podczas realizacji wydanej w 1984 roku i skierowanej na 8-bitowe platformy gry pt. „Karateka”.


Pięć lat później światło dzienne ujrzało znacznie odważniejsze dzieło, w którym ruchy bohaterów były dosłownym przeniesieniem ruchów żywych aktorów. Oczywiście mowa tu o „Prince of Persia”. Grzechem by było pominąć „Another World” - grę, której całkiem niedawno stuknęło 25 lat na karku.


Czy w dobie animacji komputerowej ta licząca sobie prawie sto lat metoda nie powinna już przejść do lamusa? Ależ w żadnym wypadku. W 1997 roku amerykański programista i reżyser filmowy Bob Sabiston opracował program o nazwie „Rotoshop”. Dzięki niemu żmudna, manualna praca została przeniesiona do świata cyfrowego, a obróbką poszczególnych sekwencji zajmują się teraz komputerowi graficy. Program ten posłużył m.in. do animowania bohaterów produkcji pt. „Scanner Darkly”.


Także i w filmach, gdzie bohaterowie są generowani komputerowo, starodawna, kopalna wręcz technologia (a właściwie to już sam jej zamysł) w dalszym ciągu się sprawdza. Całkiem niedawno mogliśmy podziwiać Rocketa - jednego z bohaterów "Strażników Galaktyki". Ten niewielki wzrostem (ale olbrzymi charakterem) bohater został, oczywiście za pomocą cyfrowego rotoskopu, częściowo wymodelowany z żywego szopa.


A na koniec fragment powstałego w 1981 roku filmu „American Pop”.

https://www.youtube.com/watch?v=OxnRq8yUQNY

2

Oglądany: 96890x | Komentarzy: 36 | Okejek: 464 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

08.12

07.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało