Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Trekking w dżungli w Malezji z bojownikiem Joe Monstera

39 515  
189   51  
Lithlad pisze: Wraz z połowicą wybraliśmy się na małą podróż po Malezji (to tam, gdzie biznesmeni częściej gubią samoloty niż ja rękawiczki). Spędziliśmy parę dni w Kuala Lumpur i po nasyceniu się kosmopolitycznym miastem zapragnęliśmy powrotu do natury - najlepiej do dżungli, choćby sztucznej. Niestety, trafiliśmy na prawdziwą.


Rano nasz gospodarz Puay podrzucił nas na stację metra, a stamtąd dostaliśmy się na najbardziej wysunięty na północ dworzec KL - Pekeliling Bus Station. Ta część miasta wygląda zupełnie inaczej niż centrum czy dzielnica, w której mieszkał host. Był to pierwszy kontakt z azjatyckim syficzkem, kilkupiętrowymi, niskimi blokami, mocno podłymi knajpkami z pysznym żarciem i... brakiem bankomatu. Na tego typu prowincjonalnych malezyjskich dworcach należy wpierw dowiedzieć się, w którym okienku istnieje możliwość kupna biletu na pożądany kurs, gdyż poszczególni kasjerzy są ściśle wyspecjalizowani w konkretnych kursach. Co później okazało się standardem - do pierwszego autobusu jadącego do celu nie udało nam się wsiąść. Czemu? Z braku miejsca, co w Malezji oznacza brak przestrzeni aby choćby usiąść na schodkach. Po ponad godzinie czekania, w następnym busie, zdobyliśmy nawet własne fotele.

Autobusy w Malezji są zwykle przepełnione, zazwyczaj niestare i prawie zawsze wyposażone w klimatyzację - przed którą należy bezwzględnie się bronić! Troskliwi kierowcy za punkt honoru biorą sobie ustawienie jej tak, aby pasażerom na pewno nie dokuczał upał. Czyli na maksa. Chusta na szyję obowiązkowa.

Trasy nie pamiętam, gdyż ją przespaliśmy z powodu krótkiej nocy. Wrył mi się natomiast w pamięć obraz międzycelu - " metropolii" Jerantut! Maksymalnie 3-piętrowe, obrzydliwe bloki, ogromny plac z barami, w których prawdę mówiąc obawiałem się choćby spojrzeć na jedzenie, byle jakie stoiska z podrobioną odzieżą, markety odkopujące swoim wyglądem wspomnienia o sklepach Społem z lat 90. No i ogromny napis a'la Hollywood obwieszczający podróżnym przekroczenie granic miasta. Po posiłku, znacznie lepszym niż wygląd knajpy, w której się go zakupiło, wróciliśmy na dworzec w celu poszukiwania środka lokomocji do miejscowości Kuala Tahan. Niestety, autobus odwiedza ją maksymalnie cztery razy dziennie, ale zwykle tylko dwukrotnie. Legenda głosi, że za odkrycie schematu, według którego kierowca busa decyduje się na ilość kursów gwarantuje się Nobla, królestwo i pół królewny. Kurs kosztuje bodajże 8 zł, jednak my musieliśmy skorzystać z bardziej upadlającej formy transportu - turysto-taksówki. Kosztowała bodajże 20 zł za łebka, ale cóż zrobić. Zabawnym było, że aby wybrać się w podróż nieumarłym vanem należało pójść do biura turystycznego i sporządzić umowę. W czasie jej podpisywania trochę się bałem, że właśnie sprzedaję nerkę w zamian za miskę ryżu z kurczakiem.

Wraz z nami jechało czworo innych ludzi - w tym wspaniała parka ze Słowacji. Świetni, wyluzowani, szaleni ludzie. On - programista dorabiający w czasie podróży pisaniem stron WWW, odwiedził m.in. Iran, który polecał zobaczyć ze względu na gościnność mieszkańców oraz architekturę. Ona - nie udało jej się za długo zabawić na żadnej posadzie, studia służyły jej jako źródło wypadów na Erasmusa, w czasie wakacji do USA czy Izraela do pracy, w podróże, i na wolontariaty. Do Malezji przybyli z Nepalu, gdzie spędzali 5 miesięcy na wolontariacie opłacanym przez Unię Europejską. Po pewnym czasie tak się na nim nudzili, że poszli na 3-tygodniowy trekking po górach... Stamtąd udali się do KL, gdzie przez 2 miesiące pracowali w zamian za utrzymanie w hostelu. W Azji siedzą do dziś, tzn do 16.12.14 kombinując kasę, poznając ludzi i nowe miejsca. Kiedy stamtąd wrócą? Pewnie sami nie wiedzą... Można żyć spokojnie? Mieć wy*ebane na wszystko? Żyć, aby codziennie spotkać kogoś inspirującego, odkrywać piękno świata? Jak widać można... Ale łatwiej utonąć w szarzyźnie dnia codziennego, zasłaniając się misją wychowania nowego podatnika i tworzenia wielkich projektów biznesowych niemających większego sensu, najbardziej rozwijających sadło.

Po przybyciu krętą, wijącą się drogą pośród plantacji palm kokosowych, skierowaliśmy swe kroki do hostelu kosztującego aż 10 zł za nocleg. I była w nim nawet woda i prąd! Co prawda woda tylko zimna, jednak malezyjskie temperatury sprawiają, iż nie jest to żadną wadą. Hostel znajduje się tuż przy rzece, będącej wrotami do dżungli.


W biurze turystycznym ostrzegano nas, że nie należy się w nią zapuszczać bez przewodnika dalej niż na około 3 km od wejścia. Przedstawiono nam również szeroką ofertą sposobów, na które mogliśmy podzielić się z miejscową ludnością naszymi zaskórniakami - to miłe. Przede wszystkim poczęstowano nas mapą dżungli - co w zupełności wystarczało nam do osiągnięcia pełni satysfakcji z odwiedzin biura IT.

Aby dostać się do dżungli, należy przepłynąć za złotówkę łódką na drugi brzeg rzeki. Nie są to stałe kursy, lokalsi czekają na potencjalnych klientów na obu brzegach, jednak zwijają interes około 22:00. Jakoś po 19:00 udaliśmy się na szokujący spacer po dżungli. Nasze zdumienie wzbudziło, że pierwsza część owego lasku jest... wyłożona szerokimi pomostami tworzącymi gęsty graf. Nie da się potknąć, zgubić, nadepnąć na jadowitą żmiję.


Niesmak został zmyty potęgą otaczającej nas roślinności, niesamowicie natrętnym odgłosem cykad oraz nocnymi dźwiękami dżungli. Oczywiście, cała moja odwaga została skumulowana w Zuzannie, która to nie potrafi odczuwać lęku przed niczym, czego nie stworzył człowiek. Niestety było wstydem stchórzyć przy kobiecie, więc razem pokonywaliśmy autostrady pomostów podziwiając ogromne liście, nieskończenie wysokie drzewa, co rusz spotykając jakieś małe zwierzątko bądź ogromnego robala.


Szkoda tylko, że nie natknęliśmy się na żadnego słodziaka typu tapir, włochaty pająk czy wielki wąż. Ponieważ nikt inny tego dnia nie wpadł na pomysł wędrowania po dżungli po zmroku, byliśmy tam zupełnie sami. Niemożliwe do zapomnienia jest uczucie penetrowania tego typu miejsca w nocy.



03.09.14

Mając na uwadze poprzedni wieczór i noc spędzoną w przytłaczającej, choć cywilizowanej dżungli, nie spieszyliśmy się zbytnio z pobudką. Na podstawie otrzymanej mapki wiedzieliśmy, iż do przejścia jest jedynie koło 22-24 km, czyli idealnie na cały dzień marszu średnim tempem. W centrum Kuala Tahan zjedliśmy śniadanio-obiad w cenie koło 5 zł za łebka, kupiliśmy również zawinięte w duży liść zapasy ryżu z mięskiem - wierzę, że kurczakiem. No dobra - nie wierzę w to. Dozbroiwszy się w 3 litry wody wyruszyliśmy.

Najpierw udaliśmy się na podobno najdłuższe na świecie Canopy Walkaway - mostki wykonane ze sznurka i drewna rozwieszone wśród konarów drzew. Nie jest to powalająca rozrywka, jednak daje obraz dżungli widzianej z perspektywy małpy, jedną zresztą po drodze spotkaliśmy.


Następnie raźno ruszyliśmy przejść zaplanowaną 22-kilometrową pętlę po lesie. Wartymi odnotowania są mijani przez nas, jeszcze na obszarze, gdzie szlaki są utwardzane, młodzi ludzie. Część wydawała się być przerażona, inni wyglądali na śmiertelnie zmęczonych, część bała się za przewodnikiem [sic!] opuścić choć na kawałek przygotowane trasy i zapuścić się w gąszcz. Przerażającym jest, że byli w wieku około 20 lat. Zachodnia cywilizacja...

Po około 3 kilometrach osiągnęliśmy miejsce, gdzie kończyły się autostrady, a zaczynała nie zawsze dobrze widoczna ścieżka. Pełni szacunku do przygotowanych dla mniej samodzielnych turystów ostrzeżeń przekroczyliśmy magiczny punkt.


Mimo iż szlak nie zawsze prowadził w sposób jednoznaczny, nie można się było zgubić z powodu wystarczająco często przybitych do drzew odblasków wyznaczających drogę. Poza tym szliśmy w pobliżu rzeki, więc póki ją widzieliśmy po prawej stronie wiedzieliśmy, iż zmierzamy w poprawnym kierunku. Problemem stanowiło za to tempo. Nigdy nie szedłem tak wolno przez żaden las czy górski szlak jak tego dnia przez dżunglę. Na drodze często spotykaliśmy powalone drzewa, błoto czy zwisające gałęzie skutecznie nas spowalniające. Niespodziewanie często szło się mocno pod górę, by za chwilę schodzić ostro w dół. W kilku miejscach na podróżników czekają przymocowane do drzew liny pomagające w pokonaniu trudniejszych kawałków. Przydawały się zwłaszcza gdy problem, oprócz stromizny, stanowiło śliskie błoto.

Napotkaliśmy również co najmniej 3 wąskie strumyki (około metra szerokości, 3 metry błota wokół). Mimo ich płycizny i niewielkiej szerokości pozostawiały pamiątki w postaci pijawek. Wystarczało przejść po błocie, aby któraś przyczepiła się do buta, a następnie wyruszała na własną wędrówkę uwieńczoną konsumpcją. Gdy w pierwszym ze strumyków podziwialiśmy krewetki, dobrało się do nas całe stadko oślizgłych krwiopijców - zapewne kreweta została przez nie wysłana jako wabik. Ich ugryzienia na szczęście nie bolą, wyciąganie również, jednak są bardzo nieprzyjemne w dotyku (coś jak miś haribo polany lubrykantem), a po usunięciu krew leje się jeszcze przez kilka godzin. To zaś skutecznie przyciąga następne pijawki i komary.

Najbardziej wyczerpujące ogniwo w symfonii ślamazarzenia się stanowiła jednak para: upał i wilgotność. Zmuszały one do bardzo częstego picia wody, przez co nasze zapasy kurczyły się w niepokojącym tempie. Mieliśmy obawy przed piciem ze strumyków. Biorąc pod uwagę mnogość ich fauny, zapewne wesoło hasało w nich również sporo mikroorganizmów, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego. Obaw nie mieliśmy jednak przed spróbowaniem owoców kuszących z co poniektórych drzew. Tworząc ludzką drabinę, czyli podnosząc Zuzkę stojącą mi na ramionach, upolowaliśmy jeden z nich, aby przekonać się, że smakuje obleśnie.


Ciuchy kleiły się do ciała, co chwilę ścierałem pot lejący się do oczu. W takich warunkach nie chce się jeść, spożyliśmy część zapasów bardziej z obawy przed ich zepsuciem się z powodu gorąca niż z głodu. Lekko przestraszyłem się, gdy w pewnym momencie do rzeki rzuciło się w panicznej ucieczce bardzo duże zwierzę, waran bądź krokodyl.


Ponieważ mocno zwolniliśmy w pewnym momencie dogoniło nas dwóch facetów - Francuz i Kanadyjczyk. Szliśmy więc w czwórkę, zazdrośnie nie dzieląc się żadnymi zapasami i mając nadzieję, że któryś padnie i zdobędziemy na nim wodę. Za to sporo rozmawialiśmy, okazało się, że Francuz wziął 5-miesięczny urlop, w czasie którego zwiedzał świat, zaś Kanadyjczyk rzucił robotę w Nowej Zelandii i przed powrotem do kraju kręci się tu i tam. Można żyć bez spiny i cieszyć się wolnością? Można.

Doszliśmy do wniosku, że nie ma najmniejszych szans na powrót przed nocą do Kuala Tahan. Pierwszą wioskę, jaką minęliśmy, zamieszkiwali rdzenni Malajowie i co ważniejsze, znajdowała się ona po drugiej stronie rzeki. Nie wiedzieliśmy jak daleko jeszcze musimy iść do następnej.


Zuza udała się nad rzekę na zwiady, próbując łapać na stopa jedną z licznie przepływających łódek, jednak szybko się zniechęciła. Dopiero później powiedziała mi, że zwątpiła, gdy zobaczyła przy rzece jamę o średnicy metra. Ponieważ nie wiedzieliśmy jak daleko jesteśmy od Kuala Tahan, postanowiliśmy uderzać na drugą wioskę i stamtąd szukać transportu rzecznego z powrotem. Punkt kulminacyjny stanowił napotkany most, dzięki któremu wiedzieliśmy, że do celu dojdziemy w około pół godziny. Było jakoś przed piątą, więc uznaliśmy, że bez problemu złapiemy rejs do głównej metropolii regionu. Życie znów zweryfikowało nasz optymizm.


Wioskę zamieszkiwały w najlepszym przypadku duchy i upiory. W najgorszym warany, małpy i krokodyle. W podpowiadanym przez wyobraźnię - zombie. Tak naprawdę był to opuszczony ośrodek wczasowy, około 30, 40 zrujnowanych i zdewastowanych domków bez drzwi i okien. Biorąc pod uwagę, że w każdym znajdowały się resztki prysznica i toalety ich standard, jak na panujące warunki, musiał być kiedyś bardzo wysoki. Problemem jest jednak dojazd, aby dostać się do wioski należy zrobić całodzienną pieszą wyprawę z Kuala Tahan bądź wynająć łódź płynącą około 40 minut - innych możliwości nie ma. Tuż przy rzece znajdował się jedyny w miarę sensownie zachowany domek, zaś obok niego zbudowano podest dla łódek. Po około 30 minutach oczekiwania w czwórkę na cud w postaci azjatyckich modelek topless bujających się sportową motorówką bądź chociaż wioskowego żula w przeciekającej krypie z kijem, doczekaliśmy się przybycia pracownika agencji (turystycznej) płynącego w celu odebrania turystów z przewodnikiem. Zażądał po 25 ringitów (złotych) od łebka, a ja - debil - dla ratowania honoru próbowałem zbić cenę do 20, co skończyło się poinformowaniem nas, że w sumie jest już za dużo ludzi na łódce, więc mamy pecha. Następnie odpłynął...


Nasi przypadkowo napotkani towarzysze postanowili skorzystać z oddalonego o około 1,5 km schroniska, będącego podobno zaledwie blaszaną budą z pryczami, o ile w ogóle istniało. Nie mając wody, śpiworów, namiotu, środka lokomocji oraz PlayStation postanowiliśmy włamać się do jedynego sensownie wyglądającego domku, aby tam spędzić noc. Uszczegóławiając, Zuza postanowiła, gdyż ja się bałem.


To ona wyczaiła w jaki najbardziej nieinwazyjny sposób wślizgnąć się do środka - wystarczyło odpowiednio podważyć gwóźdź przytrzymujący blachę wstawioną zamiast okna. W tym momencie włączyła się moja męska duma. Nigdy wcześniej nawet nie podejrzewałem, iż urodziła się wraz ze mną. Wparowawszy do środka, otworzywszy wszystkie szafki i zajrzawszy we wszystkie kąty i pod łóżka oświadczyłem, iż w domku nie czatuje Yeti tudzież Kupaczabra.

Poczułem się jak bohater survival horroru - myszkowałem po starych, brudnych szafkach, pod łóżkiem znalazłem kuchenkę turystyczną, koło okna kartusz gazowy. Po 2-minutowym spuszczaniu wody z kranu przestał lecieć płyn o głębokim, żółtym kolorze rzeki, a zaczęło coś, wyglądające na zdatne do picia. Zacząłem ją gotować, w międzyczasie wybierając najlepszą pryczę. Biorąc pod uwagę wyposażenie, buda musiała raz na jakiś czas służyć miejscowym rybakom. Wszędzie walało się martwe robactwo, zapewne częstowane raz na jakiś czas trucizną znalezioną pod zlewem.

Niestety, sytuacja została uratowana przez kolesia, wyglądającego jak prezydent kalifatu islamskiego, przepływającego swą łajbą. Zatrzymała go Zuzka, w czasie gdy ja buszowałem po domku. Za jakieś grosze wróciliśmy już po zmroku do Kuala Tahan, wesoło machając do siedzącego przy brzegu pracownika biura, który nie chciał nas zabrać.

O znalezieniu w naszej chatce z piernika martwego skropiona odwaga poinformowała mnie, gdy już znaleźliśmy się w hostelu.

....chcecie ciąg dalszy?
13

Oglądany: 39515x | Komentarzy: 51 | Okejek: 189 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.01

19.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało