Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wielka księga zabaw traumatycznych CLVII

30 732  
79   7  
Kliknij i zobacz więcej!Jeśli szukasz tu czegoś z czego można się pośmiać zrywając boki - zawiedziesz się. Natomiast jeśli trafiłeś tu szukając ludzi, którzy niemalże trafili do księgi Darwina - zapraszam. Dzisiejszym bohaterom w komplecie udało się przeżyć, choć były i złamania i zranienia...

Nie powtarzajmy tego! Nigdy! Osobom, których psychika nie jest wypaczona stanowczo odradzamy lekturę, pozostałych zapraszamy, im i tak jest wszystko jedno...

MASAKRA PRZED ZAKRĘTEM

Kiedyś, dość dawno temu, udałem się z kumplami z bloku na wycieczkę rowerową. Oczywiście nie wolno nam było wyjeżdżać poza osiedle (najstarszy z nas miał wtedy chyba 8-9 lat), więc pierwszym kierunkiem jaki obraliśmy były trzy wysokie, niebieskie budynki, widoczne z dość daleka - chcieliśmy je zobaczyć z bliska (jak się później dowiedziałem były to akademiki). Posiadałem rower marki bliżej nieznanej, aczkolwiek wszyscy mówili na to ’kolarzówka’, z niedziałającymi (no, prawie) przerzutkami, więc jechało się trochę ciężko. Rower był trochę stary, o czym przekonałem się na własnej skórze (a raczej jej braku w kilku miejscach).
Dość długi, stromy zjazd żwirowaną drogą, na końcu dość ostry zakręt w lewo (ok 90 stopni). Pędzę jak szalony, ale wypadałoby jednak troszkę przyhamować przed wejściem w zakręt. Tak też zrobiłem, tyle że trochę mi nie wyszło. Albo wyszło aż za dobrze - złamaną rączkę od tylnego hamulca (nie miałem w rowerze znanej wszystkim ’kontry’, tylko hamulce ręczne) do dziś trzymam jako pamiątkę po tym co się wydarzyło parę sekund później.
Nie wiem jak to się stało, ale ów wspomniany uchwyt od hamulca po prostu się złamał. 10 metrów do zakrętu, mam tylko przedni hamulec (dość mocny, kilka osób uczyło się już na moim rowerku latać), na drodze 3 drzewa, które zapewne poznam bliżej jadąc z tą prędkością. Po krótkim namyśle stwierdziłem że na bliskie spotkanie z drzewami większej ochoty nie mam, użyłem więc owego nieszczęsnego hamulca przedniego...
Lot był nawet przyjemny, gorzej z lądowaniem... Żwirowa droga, ja miałem na sobie tylko krótkie spodenki... I do tego jeszcze własny rower po mnie przejechał. No, ciężko to przejechaniem nazwać, przyjmijmy ze mnie stratował i zatrzymał się na wspomnianych wcześniej drzewach. Jakoś się pozbierałem, podniosłem rower, a właściwie coś co kiedyś rowerem było i jako że krwawiłem z różnych miejsc udałem się do domu (ok. 2 km). Jedyne co byli w stanie wydusić z siebie pobladli koledzy to żebym nikomu nie mówił z kim i gdzie byłem. Do domu jakoś doszedłem, tylko ludzie się na mnie jakoś tak dziwnie patrzyli po drodze. Jak mnie matka zobaczyła to prawie zemdlała, a ja bojąc się o losy pewnej tylnej części mojego ciała w progu oznajmiłem: "Mamo, zepsułem rower".
Przygoda skończyła się w szpitalu, musiałem wyglądać bardzo kiepsko, bo nawet ludzie nas (mnie z moja mamą) w kolejce przepuścili. Miesiąc wakacji miałem z głowy. Prawa ręka złamana w dwóch miejscach, skóra na prawym kolanie zdarta do kości, złamany łuk brwiowy (to by wyjaśniało denerwujący fakt ze w drodze powrotnej krew zalewała mi prawe oko i ciągle musiałem je przecierać żeby coś widzieć), brak skóry na prawej części klatki piersiowej (do dziś mam bliznę przez 6 żeber, jakby mnie ktoś nożem potraktował) i na prawym ramieniu. Strupa na kolanie miałem wielkości drugiego kolana, śmiesznie to wyglądało, ale nogą przez to zbytnio ruszać nie mogłem. A najdziwniejsze było to, że nie bolało. Do czasu aż mi rękę nastawiali.
Roweru nie udało się odratować, więc rodzice kupili mi rower górski, ale o tym kiedy indziej.

by Milky

* * * * *

ZJECHAŁA

Mając lat 15, przesiadując na ławce przy placu zabaw, widząc wielką metalową ślizgawkę zapragnęłam z niej zjechać. Był deszczowy dzień więc wszystko było wilgotne. Ślizgawka też, więc chciałam zjechać "na kucka", na butach (adidasy z gumowymi podeszwami). Zaczęłam zjeżdżać, niestety zjechałam tylko kilka centymetrów, po czym buty zatrzymały się, a ja przechyliłam się do przodu, lecąc na twarz na dół ślizgawki, której koniec znajdował się jakieś pół metra od ziemi. Próbowałam złapać się rękami tego końca ślizgawki co jeszcze spotęgowało uderzenie twarzą o beton (przejechałam jeszcze trochę twarzą po ziemi). Ponad tydzień wyglądałam jakby mnie ktoś pobił.

by Mihahaha @

* * * * *

POPRAWKA

Był piękny słoneczny dzień i jako dziecko (7-8 lat) poszedłem bawić się na plac zabaw. Zobaczyłem dwie puste metalowe huśtawki, więc poszedłem do nich i wpadłem na pomysł, że rozhuśtam (nie siedząc na niej tylko, stojąc przed) jedną z nich. Huśtawka osiągnęła maksymalny stan huśtający się. Pech chciał, że tata szedł (po mojej prawej) ze sklepu i zawołał mnie. Ja się obróciłem do niego i wtedy dostałem huśtawką w luk brwiowy. Przygłuszyło mnie i rozłożyło na łopatki, ale pech chciał jeszcze więcej. Mama z balkonu (po mojej lewej) zawołała mnie martwiącym się głosem (nie wiem co wołała) i wtedy wstałem obracając się w lewo. Jako, że huśtawka się nie zatrzymała po pierwszym uderzeniu dostałem w drugi łuk brwiowy. Dalej nic nie pamiętam. Cena = dwie blizny na obu łukach brwiowych. Nadają mi męskości.

by Souldarkness @

* * * * *

AKROBATKA

Słodkim (hie hie) dziecięciem będąc, namiętnie uwielbiałam wszelkie trzepaki, drabinki i tego typu niebezpieczne wynalazki. Przedszkole, do którego chodziłam, miało doskonale jak na owe czasy wyposażony plac zabaw, w skład tego wyposażenia wchodziła zaś wieża z drabinek, która z jednej strony miała tylko pojedynczy drążek na wysokości może 1,60 (wtedy wysokość astronomiczna). Któregoś dnia Mama przyszła po mnie akurat w czasie, gdy dzieciarnia bawiła się na świeżym powietrzu, a ja odważnie postanowiłam pokazać jej, że potrafię zrobić fikołka na tym najwyższym drążku. Cóż, fikołka zrobiłam, ale chyba troszeczkę spanikowałam, bo puściłam się ciut za wcześnie. I teraz mała zagadka: pod wieżą znajdował się w ziemi 1 (słownie jeden) kamień - na co trafiłam nosem? Na szczęście skończyło się na potężnym krwotoku i jeszcze potężniejszym ryku, na moją późniejszą urodę ani umiłowanie do drabinek wpływu to nie miało.

KARUZELA, KARUZELA...

Jako dziecko uwielbiałam też karuzele (to także zostało mi do dziś), mało tego, uchodziłam za jedną z najlepiej rozkręcających osób w towarzystwie. Na koloniach w Rytrze (ile ja mogłam mieć lat - 11 chyba) mieliśmy nieopodal ośrodka plac zabaw, a na nim wspaniałą wielką karuzelę. Jako że niewygodnie było mi kręcić trzymając za siodełka, przeniosłam się bliżej środka. I wszystko byłoby dobrze, gdybym, jak zwykle, uwiesiła się potem na jednym z ramion przyrządu, ale nie, postanowiłam szybciutko uciec i przyglądać się swemu dziełu z pewnej odległości. Następne, co pamiętam, to głuche łupnięcie w plecy i lądowanie jakieś 5 metrów za karuzelą. O dziwo po raz kolejny nic mi się nie stało, skończyło się na otarciach, zdaje się, że złego naprawdę licho nie weźmie.

BIWAK

Działo się to całkiem niedawno, na obowiązkowym w programie studiów obozie (brrr...). Mieliśmy właśnie jechać na mały biwak z dala od głównego obozowiska, ja, nie chcąc nikomu przeszkadzać, przysiadłam sobie na ławce. Pech chciał, że ławka stanowiła jedność z drewnianym stołem. Gdy próbowałam wstać, zaczepiłam nogą o spojenie i wróciłam po pozycji siedzącej w tempie ekspresowym. Z ciemności wywołał mnie głos koleżanki: "Rany, żyjesz?". Odpowiedziałam uprzejmie, że jeszcze nie wiem, ale wzrok zaczął mi powoli wracać. Jako że na spodniach nie było śladu czerwieni, uznałam, że skończy się na sińcu na udzie. Dopiero po aktywnie spędzonej nocy, gdy miałam już wsiadać do kajaka, by płynąć z powrotem, inna koleżanka, z miną pełną zgrozy, spytała, co mi się stało. Na udzie ujrzałam olbrzymią nabitą gulę we wszystkich kolorach tęczy. Do samego odpłynięcia chodziłam w polarze naciągniętym do kolan, bo nagle mój uraz zauważyli wszyscy, ale na tym krwiaku się skończyło.

SZKODLIWOŚĆ KSIĄŻEK

Mam niesamowity talent do uszkadzania się w sytuacjach najprostszych i najnormalniejszych. Po tygodniowym rajdzie narciarskim wróciłam bez najmniejszych kontuzji i zaraz pierwszego wieczoru, w przypływie energii i chęci do działania, postanowiłam uporządkować książki na najwyższej z półek w moim pokoju. Już prawie skończyłam, gdy nagle poczułam, że pod moją prawą stopą, na którą właśnie przeniosłam ciężar ciała, zabrakło biurka, po czym zsunęłam się pionowo w dół, waląc po drodze piszczelami w krawędź wspomnianego biurka, by na koniec miękko (no, względnie miękko) osiąść na krześle, które przy tym biurku stało. Na moje szczęście spadło też parę książek, więc gdy Tata i Brat przybiegli spytać, co się stało, mogłam powiedzieć, że to one spowodowały hałas, słyszalny w całym domu. Co do urazów, skończyło się na sińcach, które dało się zwalić na rajd.

by Solaya

* * * * *

PIĘKNY ŚWIAT

Piękny Świat to kraina z mojego dzieciństwa, gdy jeździłem z kumplami rowerami po okolicznych polnych drogach (na asfaltowe rodzice nam nie pozwalali). Wiesz jak to chłopaki z jednej ulicy wszędzie razem, tu komuś czereśnie podwędziliśmy, tam żaby strzykawką napompowało się, ba nawet nazwaliśmy się gangiem rowerowym. No normalnie jak Ci ze stanów Harley’owcy tyle, że zamiast Chopper’ów mieliśmy rowery marki "Wigry 3", zamiast piwa piło się oranżadę, a zamiast lasek... Jakich lasek wtedy nikt o bezfiutkowcach nie myślał. No i tak szwendaliśmy się bez celu całymi dniami, aż pewnego dnia odkryliśmy prze piękną okolicę, którą właśnie później okrzyknęliśmy Pięknym Światem. I od tej pory gdy jakiś rodzic spytał gdzie idziemy, już nie usłyszał, że na rower tylko na "Piękny Świat". Wtedy nie wiedziałem czemu zdaniu "No dobra idź" zawsze towarzyszył tajemniczy uśmieszek. Dziś już wiem, że oni wiedzieli, że nasz Piękny Świat to nasza okolica tylko zobaczona z szerszej perspektywy. Koniec końców jeździliśmy tam codziennie (no chyba, że padało) i urządzaliśmy my zawody kto w krótszym czasie zjedzie z pagórka. Takie skromne początki trial’u rowerowego bo droga była polna, nierówna i najeżona kamieniami. Liderem był mój młodszy brat wtedy zdawało nam się że ma najlepszy rower, a dziś wiem że to dlatego że miał słabe hamulce a z racji wieku jeszcze nie zdawał sobie do końca sprawy z konsekwencji jaki może mieć taki zjazd. Po którymś zjeździe, miażdżącym konkurencje, niejaki Grześ wykrzyknął, że gdyby on miał taki rower to też by tak a nawet szybciej zjeżdżał. Krótka piłka - masz i pokaż.
No i pokazał. Mniej więcej w połowie górki dało się już zauważyć, że hamulce są naprawdę słabe. A z każdy metrem jego panika narastała. Oczywiście skończyło i się to glebą, ale to potężną. Popędziliśmy w dół by udzielić mu pomocy. Ale gdy już zbliżaliśmy się do niego to on się już otrzepywał. Będąc jakieś dwa metry od niego zauważyliśmy że z jego nosa zwisa gigantyczny smark. A w smarku tym było wszystko od kurzu i ziarenek piasku aż po mech. Ktoś krzyknął:
- Grzesiek!!!
(Charakterystyczny dźwięk wciąganego powietrza przez nos).
- Coo?!?

by P19koz

Traumatycy i wszyscy inni przeżywające mrożące krew w żyłach przygody! To seria o Was i dla Was! Klikaj w ten linek i pisz! Opisz naprawdę traumatyczną historię, która zagości na stronie głównej i którą przeczytają tysiące ludzi! W tytule maila wpisz WKZT, to mi bardzo ułatwi zbieranie opowiadań.

UWAGA! Znaczek @ występuje przy nickach osób, które nie założyły sobie (jeszcze) konta na najlepszej stronie z humorem na świecie!

Oglądany: 30732x | Komentarzy: 7 | Okejek: 79 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.01

26.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało