Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Małżeński kryzys, szycie maseczek i inne anonimowe opowieści

56 664  
232   51  
Dziś przeczytacie także m.in. o chłopaku, który nie chciał grzeszyć, fascynacji Harrym Potterem i trudach radzenia sobie w czasie pandemii.


#1.

Jako że przechodzimy z moim mężem przez poważny małżeński kryzys, zapisaliśmy się do pani psycholog - wyspecjalizowana w reperowaniu relacji w związkach. Każda wizyta to spory wydatek, ale głęboko wierzyliśmy, że dzięki tym spotkaniom uda się nam na nowo wypracować zdrowe relacje.
Wczoraj zadzwoniła do mnie nasza specjalistka, aby odwołać najbliższą wizytę. Powód? Właśnie się rozwodzi…

#2.

Byłam kiedyś z chłopakiem, który był mocno wierzący. Mieliśmy wtedy po 20+ lat i studiowaliśmy razem. Tak się złożyło, że po kilku miesiącach każde z nasz szukało nowego mieszkania, więc wynajęliśmy wspólnie pokój. Żyliśmy sobie kilka lat razem i było coś, co mnie dziwiło, ale zwalałam to na zmęczenie. Jak ja inicjowałam seks, to było normalnie, jednak jego "zachęcanie" wyglądało tak: idziemy spać, przytulamy się i czuję, jak "coś" wbija mi się w plecy. Jak zaczynam przysypiać, to niby się dobiera, ale zaraz przestaje. No i tak w kółko, przysypiam i budzi mnie delikatne "dobieranie się". Zazwyczaj kończyło się tym, że przejmowałam inicjatywę, bo w sumie już chciałam iść spać...
Dopiero po czasie zrozumiałam czemu on niczego nie inicjuje. Bo przecież seks przedmałżeński to grzech, a on nie chciał doprowadzać grzechu. Byłam bardzo zdenerwowana, bo nigdy nie mówił, że chce czekać, a jak ja zaczynałam, to się nie opierał, a nawet był bardzo chętny... Zwyczajnie nie chciał być "winny".

Nie potępiam ludzi za ich wierzenia, bo jak ktoś chce czekać do ślubu, to proszę bardzo. On jednak chciał "zwalić winę na mnie", przynajmniej w jego głowie było "ja nie robię nic złego, bo to ona zaczyna".

Rozstaliśmy się (akurat nie z tego powodu), a ja mam uraz do ludzi mocno wierzących.

#3.

Swego czasu mój małoletni syn miał zajawkę na Harry’ego Pottera. Przeczytał wszystkie książki, przeszedł wszystkie gry i zebrał chyba wszystkie figurki z tej serii. Jego fascynacja przygodami słynnego czarodzieja poszła jednak znacznie dalej.

Otóż odkryłem, że moje dziecko pozmieniało nazwy kontaktów w swoim telefonie. I tak nasza córka wpisana została jako „Hermiona”, najmłodszy syn figurował jako „Ron”, moja żona nazwana została „profesor McGonagall”, natomiast mój brat zwał się „Hagridem”. Długo szukałem siebie, aż w końcu znalazłem. Mój najdroższy syn, pociecha moja, pacholę najwspanialsze nazwało mnie „Voldemortem”.

#4.

Jakoś rok temu w maju byłem świadkiem pewnej ciekawej rozmowy o miłości.
Siedziałem na ławce w parku, robiąc sobie przerwę podczas wycieczki rowerowej, ale też trochę porozkoszować się przyrodą. W parku było spacerowało kilka osób, ale ogólnie dużo osób nie było.

W pewnym momencie zauważyłem parę mężczyzn idących za rękę i rozmawiających, a gdy przechodzili tuż obok mnie, to mijała ich pewna kobieta z około 6-letnim synkiem i wywiązała się z tego taka rozmowa między synkiem, a jego matką:

- Mamo, dlaczego ci panowie trzymają się za ręce?
- Bo zapewne się kochają.
- Ale jak to? To pan może kochać innego pana???
- Każdy może kochać kogo tylko chce i ty też możesz kochać kogo tylko chcesz.
- Mamooo, a czy to znaczy, że mogę kochać ciastka?
- Tak, to znaczy, że możesz kochać ciastka...

I odeszli w głąb parku, a ja z łezką w oku pomyślałem, że dobrze, że są na świecie jeszcze ludzie, którzy umieją przekazać dzieciom prawdziwe wartości.

#5.

Jakiś czas temu odkryłam w moim telefonie możliwość ustawienia automatycznego wysyłania SMS-ów. Pomyślałam sobie, że milutkie będzie zaprogramowanie dostarczania wiadomości do mojego chłopaka. Codziennie o 23 odczytywał SMS o treści „Dobranoc, kochanie :* Słodkich snów”.

Moja miłość zerwała ze mną tydzień temu. Wiadomości dostaje cały czas, bo za cholerę nie mogę dojść do tego, jak tę usługę się wyłącza.

#6.

Po 5 latach pracy i znoszenia kolejnych szefów-idiotów postanowiłem spróbować swoich sił w biznesie. Od gimnazjum marzyłem, by zostać szefem kuchni i właścicielem restauracji. Marzenie spełniłem.

Na koniec 2019 roku otworzyłem swoją małą, pierwszą restaurację. Nie mam żony i dzieci, więc praktycznie zamieszkałem w niej, oddając się temu w całości. To był najszczęśliwszy czas w moim życiu.

Już teraz wiem, że jestem skończony, zainwestowałem w to mnóstwo pieniędzy, musiałem też wziąć sporo kredytu (który spłaciłbym bez problemu w normalnych warunkach), podpisać umowy najmu, leasing niektórych sprzętów (nie BMW za pół bańki, żeby się pokazać, co to, to nie) oraz zatrudnić pracowników, wszyscy to byli wspaniali ludzie z pasją, których znałem z poprzednich lat.

Wszystko przepadło. Uwierzcie mi, to nie jest takie proste zacząć od zera i od razu być zmuszonym do zamknięcia...
Koronawirus mnie zabił. Nie bezpośrednio, nie choruję na COVID-19, ale zabił we mnie człowieka i skazał na śmierć zawodową i biznesową. Nie odnajdę w sobie sił, by próbować ponownie. Wiem, że nie jestem jedyny, że ludzie umierają, a biznesy upadają, wiem i dobija mnie to jeszcze bardziej niż gdybym tylko ja upadł. Restauracja to całe moje życie, a teraz umarło na moich rękach.

#7.

Jak byłam mała, wmówiłam młodszemu bratu, że jak skończy 6 lat, to odpadnie mu siusiak i zamieni się w dziewczynkę i że ja i moje siostry też kiedyś byłyśmy chłopcami. Gówniarz w to uwierzył i płakał przez kilka dni.

#8.

Czuję się okropnym rodzicem.

Mam syna szesnaście lat, straszny leń, ale inteligentny i pomysłowy, oraz czteroletnią córkę, która jest małym, okropnym atencjuszem.

Kiedy zamknęli przedszkola i szkoły, przez dwa tygodnie zostawałem w domu, potem moja partnerka, ale nie możemy sobie pozwolić na takie opuszczanie pracy, zwłaszcza w dobie kryzysu (istnieje spore ryzyko nieprzedłużenia umowy dla nas obojga).
Syn zaproponował się, że będzie siedział z małą. Lekko mówiąc nie byłem do tego pomysłu przekonany, bo córka jak już mówiłem jest strasznym atencjuszem (nawet jak na swój wiek) i non stop wymaga uwagi. No, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Mieszkam w domu segmentowanym, w drugim segmencie mieszka moja rodzicielka (mamy wewnętrzne schody), więc razem z żoną uznaliśmy, że jakby co, młody nie jest z dzieckiem zupełnie sam (poza tym chłopak ma zrobione kursy z pierwszej pomocy i wie co robić w sytuacjach krytycznych, co już kilka razy udowodnił).
W każdym razie, na wszelki wielki i tak zamontowaliśmy małą kamerkę w salonie (taką jak do obserwacji niemowlaków), bo tam głównie siedzą.

Przez pierwsze dni sprawdzaliśmy ją regularnie z partnerką, potem ponieważ nic się nie działo, przestaliśmy. Syn o niej wiedział.

Teraz kiedy wracam do domu zauważam z przerażeniem jak wszystko się zmienia.

Młody dalej jest taki sam, głównie nic nie robi, czyta książki i gra w gry, ale moja córka zmieniła się pod jego opieką nie do poznania.
Tak jak kiedyś, co wydawało mi się poniekąd naturalne, dużo rzeczy trzeba było robić za nią albo jej w nich pomagać, tak teraz potrafi zrobić sama prawie wszystko.

Sama się ubiera, sama jest w stanie sobie zrobić picie (syn wziął baniak po soku, nalał do niego wody i zamontował w nim pompkę, aby sama mogła sobie wszystko nalewać), sama organizuje sobie zabawę, a nawet jest w stanie włączyć telewizor i wybrać sobie kanał, albo wybrać i puścić bajkę na DVD (ja sam uczyłem się obsługi tego cholerstwa przez trzy tygodnie).

Wczoraj jednak wszystko przeszło moje oczekiwania, bo kiedy piłem sobie herbatę po pracy, mała przyszła do mnie do kuchni, otworzyła lodówkę, wyjęła składniki i zaczęła robić sobie kanapki.
Kiedy ją zapytałem skąd to umie, to było oczywiście "Mati mi pokazał!".
Dopiero wtedy zauważyłem, że większość produktów w mojej własnej lodówce została przeniesiona na dolne półki.

Wiem, że to brzmi głupio, moja partnerka tak tego nie odczuwa, ale ja czuję, że zawaliłem jako rodzic w stosunku do małej. Nie byłem w stanie pokazać i nauczyć mojego własnego dziecka takich, w gruncie, prostych, podstawowych rzeczy.

Czuję się winny, bo mam wrażenie, że robiłem z niej jakąś amebę, traktowałem jak jajko.

#9.

Drażni mnie podejście niektórych osób.

Od około miesiąca obserwuję na Facebooku pewne zjawisko. Ktoś wystawia maseczki, ceny są przeróżne, od 3 zł za sztukę do nawet 20 zł. Pod większością ofert maseczek znajdą się komentarze typu: "Rozdaj za darmo", "Daj za darmo do szpitala", "Żerujesz na ludzkiej krzywdzie, hieno". I wiele wiele innych tego typu.
Chciałabym wyjaśnić pewną rzecz, być może obecnym tu autorom podobnych komentarzy.

Otóż wyobraź sobie sytuację, że masz działalność rękodzielniczą i to jest twoje jedyne źródło dochodu - szyjesz jakieś rzeczy typu wyprawki dla dzieci, ubrania, torebki czy inne. Przychodzi koronawirus, a z nim kryzys gospodarczy. Ludzie przestają kupować twoje wyroby z różnych powodów. Z dnia na dzień tracisz dochód, nie masz z czego opłacić rachunków, kupić jedzenia, nakarmić zwierząt, pokryć kosztów prowadzenia działalności czy wypłat dla pracowników, jeśli ich masz. Nad firmą wisi widmo bankructwa z komornikiem na czele. Robisz wszystko, by sprzedać swoje rękodzieło, wkładasz w to wszelkie siły, nie śpisz po nocach, żyjesz w stresie, ale jak wcześniej sprzedawało się coś codziennie za spore kwoty, tak teraz sprzeda się coś może raz na trzy dni, może rzadziej, i to za niewielkie kwoty, a to zdecydowanie za mało, żeby z tego przeżyć. Pracy nie możesz znaleźć, bo skoro jest kryzys i ludzie jeszcze pracę tracą, to nie jest to takie proste. A jeść trzeba. Niektórzy pewnie zamkną firmy i będą liczyć na to, że pracę znajdą albo właściciele mieszkań się zlitują i odroczą czynsz. Ale są też tacy, którzy będą próbowali ratować swoje biznesy, bo włożyli w to kilka lat życia, wiele nieprzespanych nocy i wyrzeczeń, nie chcą tego teraz stracić, zwolnić pracowników i zostawić ich na lodzie bez pracy i dochodu.

Wyobraź sobie, że to jesteś właśnie ty.

Bierzesz się więc za szycie maseczek, bo to jedyny sposób, by utrzymać działalność, pracowników i siebie. Czyli to, na co jest teraz zapotrzebowanie. Wcześniej było duże zapotrzebowanie na kocyki dla dzieci, damskie torebki, maskotki, teraz go prawie nie ma, jest zapotrzebowanie na maski.
Kupujesz materiały, które teraz kosztują niemało, bo część fabryk od długiego czasu stoi, a te, które funkcjonują, drastycznie podnoszą ceny i tak jak kiedyś można było kupić metr bawełny za 7-12 zł, tak teraz jest od 13-25 zł za metr. Inwestujesz pieniądze, swój czas, siły. Szyjesz, wystawiasz na FB, bo sporo osób tam teraz siedzi, więc łatwiej dotrzeć do klientów.
Masz nadzieję, że ktoś coś kupi i będziesz mieć z czego nakarmić dzieci, zapłacić rachunki, wypłacić pensje pracownikom, żeby też mogli nakarmić swoje dzieci.
W odpowiedzi czytasz "daj za darmo", "hieno, żerujesz na krzywdzie" i temu podobne...

Nie musisz kupować maseczek jeśli nie chcesz, możesz je zrobić sam, ale proszę, nie hejtuj osoby, która właśnie tonie.

<<< W poprzednim odcinku m.in. fajne balony i dziwny zapaszek

15

Oglądany: 56664x | Komentarzy: 51 | Okejek: 232 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.06

15.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało