Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dach świata pokryty g*wnem, czyli ciemna strona turystyki

122 500  
450   63  
Liczne przykłady dobitnie pokazują, że największą krzywdą, jaką można wyrządzić miejscu, jest wysłanie do niego turystów.

Piękne, kolorowe obrazki w folderach biur podróży. Obietnica czystej, nietkniętej przez człowieka przyrody. Albo - wręcz przeciwnie - doskonale zachowanych dzieł ludzkich rąk, niemal zupełnie tak, jakby stworzono je dzień wcześniej. Reklamowa fikcja mocno rozmija się jednak z turystyczną rzeczywistością.

Dach świata pokryty gównem


Mount Everest - mekka wspinaczy z całego świata. Góra nie najtrudniejsza do zdobycia, ale pod względem wysokości rekordowa - i z tego powodu lgną do niej tłumy zarówno zaawansowanych wspinaczy, jak i bogatych amatorów. Dzisiaj wystarczy kilkadziesiąt tysięcy dolarów, by wyspecjalizowana firma zaciągnęła kompletnego laika na sam szczyt Everestu. Niektórzy zresztą pomijają nawet etap wspinaczki, na szczycie lądując helikopterem. I ci ostatni stanowią akurat mniejszy problem.

Ścieżka na Mount Everest została już solidnie wydeptana, złośliwi mówią o niej autostrada. Nie znaczy to oczywiście, że stała się bezpieczna. Przypominają o tym leżące przy drodze zamarznięte zwłoki wspinaczy, którym zabrakło szczęścia. Zwłoki, po które nikt nie wraca. Leżą w śniegu przez kilkadziesiąt lat, stając się - jakkolwiek brutalnie to zabrzmi - swoistymi punktami orientacyjnymi w drodze na szczyt. Nie mają imion, nie mają nazwisk. Zmarłych identyfikuje się po charakterystycznych elementach odzieży, na przykład po zielonych butach. Nie przeszkadzają kolejnym wspinaczom. Nowi przechodzą obojętnie obok.


Ale droga na Mount Everest to nie tylko jedno z najbardziej specyficznych cmentarzysk świata. To również, za przeproszeniem, wielki kibel. Co zapamiętują himalaiści z drogi na najwyższą górę świata? Gówno. I gówno na gównie, niemal na każdym kroku, a najwięcej wokół baz, w których spędza się nocleg. Symboliczna trasa stała się karykaturą samej siebie. Skeczem, którego nie wymyśliłby nawet najbardziej prymitywny kabaret.


Dopiero teraz, po wielu latach, pojawiają się głosy, że „gówniany problem” trzeba jakoś rozwiązać. Po kilkudziesięciu latach zorientowano się, że odchody nie rozpływają się magicznie w powietrzu. Przeciwnie - ujemna temperatura konserwuje je jak zamrażarka. Ale czy upstrzenie szlaku na najwyżej sięgającą górę Ziemi plastikowymi toi toiami to właściwe rozwiązanie? Tak źle i tak niedobrze.

Jaskiniowcy w Lascaux


Lascaux to położona w południowo-zachodniej Francji jaskinia krasowa, w której dokonano jedynego w swoim rodzaju odkrycia. Tzw. malowidła z Lascaux to wykonane w paleolicie rysunki naścienne przedstawiające głównie zwierzęta. Na 150 metrach korytarzy znajduje się ponad 150 odrębnych malowideł i ponad 15 tysięcy rytów skalnych. Wśród nich jelenie, byki, konie, żubry. Rysunki różnią się zaawansowaniem, można zaobserwować jak te powstałe później zawierają więcej szczegółów, są wierniejsze naturze. Wspaniałe odkrycie, nieprawdaż?

Dwadzieścia lat wystarczyło, by naukowcy odpowiedzialni za jaskinię doszli do wniosku, że nie wpuszczą do środka ani jednego turysty więcej. Para wodna, dwutlenek węgla, odciski palców, „poprawki” rysunków - wszystkie te czynniki razem niemal zrujnowały malowidła. Pojawiła się pleśń, ciemne plamy, przez co rysunki z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej odbiegały od pozostawionych paleolitycznych oryginałów. Nie mając innego wyjścia, jaskinię zamknięto zarówno dla turystów, jak i dla większości naukowców - wstęp do środka ma zaledwie kilku badaczy rocznie.


Wykonano jednak i udostępniono zwiedzającym kopię - dzisiaj każdy może obejrzeć sobie makietę malowideł z Lascaux. Wiernie odwzorowaną, ale jednak tylko makietę. Oryginał pozostaje ściśle chroniony, zbyt cenny, by narażać go na zetknięcie z ludźmi.

Dworzec Wenecja


Tłum, krzyk, smród. To nie miejsce wypadku. To wenecka codzienność, która trapi to specyficzne włoskie miasto odkąd tylko upowszechniła się turystyka. Dzisiaj mało kto, przyjeżdżając do Wenecji, jest w stanie faktycznie ją obejrzeć. Wrzeszczący turyści robiący zdjęcia na każdym kroku, wyjący wniebogłosy gondolierzy szukający zarobku, portowy smród potęgowany porozrzucanymi wszędzie śmieciami, bo w takim nawale turystów nie ma jak posprzątać. Tu nie istnieją godziny otwarcia i zamknięcia. Wenecja czynna jest non stop. Pieniądze z turystyki płyną szerokim strumieniem, ale miasto - wbrew pozorom - stopniowo staje się coraz bardziej wymarłe. Coraz mniej osób chce tu mieszkać.


Wenecja w ciągu ostatnich 30 lat straciła niemal połowę swoich stałych mieszkańców. Uznali, że w piekle na wodzie nie da się dłużej żyć. Wenecja została sparaliżowana. Jedyny ruch to masy turystów przesuwające się błędnie, podążając za kolorową parasolką próbującego przekrzyczeć tłum przewodnika. Nikt, kto raz był w Wenecji, nie chce do niej powrócić. Ten, kto w niej mieszka, marzy, by wyjechać. Na nic niepowtarzalny urok, na nic wspaniałe zabytki, na nic jedyny w swoim rodzaju klimat. Turystyka zabiła wszystko.

*

Z jakiegoś powodu sama atrakcja turystyczna zeszła na dalszy plan. Liczyć się zaczęło wszystko co wokół - nie samo zobaczenie Machu Picchu, tylko możliwość zamówienia frytek po drodze. Nie obcowanie z piramidami w Gizie, tylko możliwość kupienia pamiątek. Nie wczucie się w klimat starożytnych włoskich miasteczek, a selfie w głupawej pozie.


Świat zmienia się na naszych oczach, choć zawsze za późno się w tym orientujemy. Wielki Mur Chiński sypie się coraz bardziej pod naporem nie dzikich plemion z północy, a turystów z całego świata. Koloseum, niegdyś arena walk gladiatorów, staje się składowiskiem śmieci pozostawianych w każdym kącie. Nawet nasz Bałtyk to jedno wielkie stoisko reklamowe. Wystarczy podjechać do dowolnej bardziej znanej nadmorskiej miejscowości i podejść do plaży. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to… wielki banner reklamowy zasłaniający morze. I smutne to, i straszne. A jeśli skuteczne, to tym gorzej dla nas.


Turystyka sama siebie zapędziła w kozi róg, a sytuacja wielu światowej sławy obiektów jest dzisiaj opłakana. Winne jest złe zarządzanie, bezrefleksyjna pogoń za pieniądzem i brak perspektywicznego myślenia. Niedługo wszystkie większe atrakcje oglądać będziemy jedynie na ekranach komputerów - i trudno będzie powiedzieć, że cokolwiek w ten sposób tracimy.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
6

Oglądany: 122500x | Komentarzy: 63 | Okejek: 450 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

07.05

06.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało