Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Chciała udowodnić, że wystarczy bardzo chcieć - kanadyjska bizneswoman, która zginęła podczas zdobywania Mount Everest

81 094  
240   90  
Mount Everest jeszcze kilkadziesiąt lat temu sprawiał wrażenie miejsca niemalże z innej planety. Mityczne (i zarazem mistyczne) 8848 metrów nad poziomem morza rozbudzało wyobraźnię i pożerało kolejne ofiary. Sir Edmund Hillary po raz pierwszy postawił stopę na szczycie w 1953 roku, jednak na pierwsze zimowe wejście trzeba było czekać jeszcze prawie 27 lat, a tego osiągnięcia dokonali nasi rodacy – Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy.
W dzisiejszych realiach romantyczny duch wspinaczki nierzadko spychany jest na boczny tor, a do zostania „himalaistą” często wystarczą (niemałe) pieniądze. Co, jak nietrudno się domyślić, stanowi kuszącą perspektywę dla wszelkiego rodzaju hochsztaplerów, a finał takich przedsięwzięć często bywa opłakany...

Adam Bielecki w świetnej książce „Spod zamarzniętych powiek” przywoływał przykład Barry'ego Bishopa, doświadczonego alpinisty i fotografa, który podczas wyprawy w 1963 roku odczuwał „klaustrofobiczny lęk, nie rozpoznawał swojego partnera, czuł, że jest aniołem, i wsłuchiwał się w odgłosy wiatru, które układały się w różne słowa lub przypominały dźwięk dzwonu”. O mającej miejsce w 1996 roku tragedii, kiedy to na najwyższej górze Himalajów zginęło 8 osób, pisał John Krakauer, zresztą naoczny świadek tamtych wydarzeń. O tej wyprawie opowiadał także film Baltasara Kormákura zatytułowany po prostu „Everest”. Trudno traktować to inaczej niż jako oczywiste przestrogi przed porywaniem się na wyzwanie, jakim jest wejście na wierzchołek globu. Pragnący znaleźć się jak najbliżej Słońca ludzie jednak nie zwracają uwagi na ograniczenia, a nawet ryzyko śmierci bywa niczym wobec możliwości choćby kilkuminutowego rozgoszczenia się na dachu świata, kuszącego zwodniczo niczym śpiew syren – w samym 2019 roku na Czomolungmie zginęło już ponad 10 osób.



Shriya Shah-Klorfine to postać całkowicie anonimowa, dlatego łatwiej jest się z nią utożsamiać każdej osobie, która chciałaby spełnić swoje marzenia – nawet te wydające się niemożliwe czy irracjonalne. Urodzona w 1979 roku w nepalskim Katmandu w młodości przeniosła się z rodziną do Indii. Już jako dziewięcioletnie dziecko poczuła smak wysokogórskich emocji – ojciec zabrał ją na przelot helikopterem nad Himalajami, i to właśnie wtedy w jej głowie zakiełkowało pragnienie zdobycia szczytu świata. Gdy dorosła, rozpoczęła pracę na statku, a podczas jednego z rejsów poznała przyszłego męża – okrętowego muzykanta z Kanady – i zamieszkała z nim w Toronto. Shriya także w życiu zawodowym dość szybko zaczęła dążyć do szczytów – bez wątpienia była kobietą sukcesu, młodą wilczycą – choć miała 33 lata, w swojej nowej ojczyźnie prowadziła już firmę importująca indyjskie potrawy. Zaangażowała się w też politykę – została członkinią prorodzinnej Paramount Canadians Party wspierającej prawa imigrantów. Ważnym aspektem jej wyprawy na Mount Everest miał też być wymiar charytatywny – Shah-Klorifne liczyła na zdobycie funduszy dla Szpitala Dla Chorych Dzieci w Toronto, co jednak już na starcie okazało się trudnością nie do przejścia.

Wiele razy słyszeliśmy o mało profesjonalnych czy nastawionych na nieuczciwy zarobek biurach podróży, które wykorzystują naiwność czy łatwowierność klientów. I rzeczywiście, ukryte dopłaty do pobytu, zakwaterowanie w beznadziejnych warunkach czy nawet pozostanie na lotnisku w Egipcie bez możliwości powrotu to często konsekwencje wykupowania wakacji u oszustów. Zatrudniona przez Klorfine firma Utmost Adventure Trekking brak odpowiedzialności wniosła jednak na zupełnie inny poziom. Zerowa rozpoznawalność na rynku, zatrudnienie amatorskiej ekipy, nieprzystosowanie przygotowań do braku umiejętności Kanadyjki – trzeba było naprawdę dużo naiwnej nadziei, żeby wieszczyć sukces tej ekspedycji. Równie smutno co absurdalnie wygląda dziś fotomontaż, na którym Shirya przebrana (bo to słowo jest najbardziej adekwatne) w pełen górski – wypożyczony – rynsztunek pozuje na tle wklejonego miejsca swojej przyszłej śmierci.


Klorfine nie miała kompletnie żadnego górskiego doświadczenia, jednak mocno wierzyła w siebie i była niesamowicie zdeterminowana w osiągnięciu „marzenia swojego życia”, którym było wejście na Mount Everest. Do tego stopnia, że koszty wyprawy – a była to niebanalna sumka; w informacjach prasowych najczęściej można znaleźć kwotę oscylującą w granicach czterdziestu tysięcy dolarów (choć inne źródła mówią nawet o dwukrotnie wyższej cenie „wycieczki”) – pokryła z kredytu hipotecznego. Decyzję o zdobyciu szczytu świata podjęła zaledwie niecały rok przed planowaną wyprawą, choć już wcześniej doskonale wiedziała, co chce osiągnąć. Arkanów sztuki alpinistycznej miała uczyć się na miejscu, a jeszcze przed wylotem na wymarzoną wyprawę trenowała w pobliżu domu, spacerując z dwudziestokilogramowym plecakiem i uczęszczając na kursy wspinaczkowe. Swoje wysokogórskie doświadczenia chciała wykorzystać również jako element motywacyjnych wystąpień, które już układała sobie w głowie. „Pogoń za marzeniami”, „mamy tylko jedno życie” – te wypowiadane przez Klorfine teksty, pojawiające się na samym początku filmu dokumentalnego „Mount Everest: Into the Death Zone”, brzmią niczym slogany żywcem wyjęte z taniego coachingowego podręcznika.

https://www.youtube.com/watch?v=QEcHBFs-qME
Dokument o tragicznej wyprawie

2012 nie był dobrym rokiem, jeśli chodzi o podkręcanie himalajskich statystyk i rekordów. Russell Brice, wysokogórski rutyniarz od wielu lat prowadzący firmę Himalayan Experience Ltd., w wymienionym wcześniej dokumencie wyliczał błędy prowadzące do nieszczęścia, podkreślając między innymi trudności związane z lodowatym wiatrem czy zagrożenie ze strony ogromnych lodowych seraków, które niedługo wcześniej zrównały z ziemią obozowisko jego firmy – wtedy jednak, szczęśliwie, nikt nie zginął. Aż nadszedł 19 maja: to miała być dla Shah-Klorfine data triumfu i udowodnienia wszystkim swojej racji.

Shriya opuściła najbliższy szczytu czwarty obóz jako jedna z ostatnich. Krok, odpoczynek, krok, odpoczynek; i tak godzina za godziną – rytm wspinaczki był ustalany przez brak kondycji i doświadczenia. Grayson Schaffer, podróżnik i dziennikarz publikujący w słynnym magazynie Outside, powiedział wprost o „przepisie na katastrofę”. Najbardziej doświadczony szerpa zatrudniony przez Utmost Adventure Trekking odradzał Kanadyjce kontynuowanie wyprawy, roztaczając katastroficzne wizje: „Zginiesz, a my razem z tobą”. Właściciel firmy, Ganesh Thakuri, poszedł jednak po linii najmniejszego oporu – postanowił samodzielnie zdobyć szczyt, podczas gdy Shriyą „zaopiekowali” się niedoświadczeni opiekunowie. Thakuri, który mijał Klorfine kierując się zarówno w stronę wierzchołka, jak i w drodze powrotnej, zapewnia, że przekonywał ją do odwrotu. Jak deklaruje, nie mógł zrobić nic więcej – dał jej więc ostatnią butlę tlenu, po czym skierował się w kierunku bazy, pozostawiając wciąż zdeterminowaną i marzącą o wetknięciu flagi na szczycie kobietę oraz opiekujących się nią dwóch szerpów. Czy było to skazanie swojej klientki na pewną śmierć? Z jednej strony – bez wątpienia, jednak tak naprawdę w jaki sposób przewodnicy bohaterki tego tekstu mogli przekonać ją do odwrócenia się plecami do szczytu? Ta niezwykle delikatna kwestia tyczy się też wielu innych adeptów himalaizmu płacących krocie za spełnienie marzenia i pokazuje rzeczywiste ryzyko himalajskich wypraw w wykonaniu nieprzygotowanych turystów.

33-latka, prowadzona siłą ambicji i irracjonalnego pragnienia, znajdowała się już w pobliżu wierzchołka – na miejscu zwanym Balkonem na wysokości 8400 metrów – gdy usłyszała głosy przewodników przekonujące do odwrotu. Jak jednak zrezygnować z marzenia, gdy ma się je, i to niemalże dosłownie, na wyciągniecie ręki? Podróż na szczyt nie miała sensownej strategii – nawet w przypadku udanego wejścia, prawie 20 godzin bezustannej wspinaczki i bezlitośnie upływający czas skazywałby nieznającą wysokogórskich realiów kobietę na powrót w ciemnościach. To jednak było za mało, żeby powstrzymać tak mocną determinację. Około godziny 14:30 Klorfine pokonała słabości, spełniła swoje marzenie i stanęła w najwyższym punkcie globu, gdzie spędziła około trzydziestu minut. Wciąż, hurraoptymistycznie wierzyła w sukces misji, albo – co bardziej prawdopodobne – nie chciała uświadomić sobie, że prawdziwa walka dopiero się rozpoczyna, choć jej los miał być już dawno przyklepany.

Po kilku godzinach schodzenia wyczerpana wysokością i pogarszającymi się warunkami pogodowymi (temperatura sięgała -40 stopni) Shriya zemdlała. Uratujcie mnie... dramatyczna prośba skierowana w stronę szerpów została jednak wypowiedziana zbyt późno – kobieta nie była w stanie nawet samodzielnie utrzymać się na nogach. Brak tlenu to przecież zasadniczy problem, którego nie da się obejść na wysokości ośmiu tysięcy metrów. Swoje zrobił też tłum kłębiący się w pobliżu szczytu niczym na bożonarodzeniowych promocjach, który sprawił, że Shriya zbyt długo znajdowała się w strefie śmierci. Russell Brice przyznał, że nie miała wystarczająco tlenu, żeby bezpiecznie zejść ze szczytu. W tym samym czasie na Mount Evereście oprócz Kanadyjki zginęło zresztą jeszcze pięć osób.

Kilkanaście godzin bezustannej wspinaczki to wysiłek morderczy nawet dla doświadczonego sportowca, a 33-latka zbyt późno zdała sobie sprawę ze swojego nieprzygotowania. Wtedy było już po wszystkim – po godzinie 22 nazywana przez przewodników po nepalsku „dużą siostrą” Shryia przestała się ruszać. Została wówczas zabezpieczona przez szerpów, którym pozostało jedynie ratowanie siebie i zejście w dół. Jej pozbawione życia ciało było, niczym dziesiątki lodowych szczątków innych himalaistów, mijane przez kolejnych wspinaczy. Pemba, jeden z autochtonów, miał być świadkiem ostatniego tchnienia, które niedługi czas później wydała z siebie Klorfine. Wymarzona wyprawa miała tragiczny finał, a kolejne dziesiątki tysięcy dolarów kosztowało sprowadzenie ziemskich pozostałości kobiety do obozu 2, skąd jej zwłoki zostały przetransportowane helikopterem do rodzinnego Katmandu, gdzie miał miejsce tradycyjny rytuał kremacji.


Jednym z najważniejszych czynników pchającym w wysokie góry osoby takie jak Shriya jest ego i chęć dokonania niemożliwego. Bruce Klorfine, mąż tragicznie zmarłej niedoświadczonej himalaistki, bezskutecznie próbujący odwieść ją od szalonego pomysłu, kilka miesięcy po jej śmierci opisał swoje emocje, ekspresyjnie doceniając wyczyn zmarłej żony: „zdobyła szczyt Mount Pierdolonego Everest”.

Przecenienie swoich możliwości? Nieracjonalne poczucie nieśmiertelności? Brak fachowej pomocy? Błędy w przygotowaniu do wyprawy? Powodów najbardziej kosztownej porażki można znaleźć wiele. Ludzie często nie chcą pamiętać, że to wciąż najwyższy szczyt na świecie i, choć doświadczeni himalaiści twierdzą inaczej, ekstremalnie trudna góra. Mount Everest z pewnością z roku na rok będzie dopisywać kolejne krzyżyki na swojej czarnej liście. „Niesamowita determinacja, ale całkowicie głupia” – Russell Brice, który w 2012 odwołał prowadzoną przez siebie wyprawę, mówiąc o porażce Klorfine nie szukał epitetów. Komercjalizacja himalaizmu i moda na ośmiotysięczniki niesie przecież zagrożenie życia dla siebie i innych wspinaczy – co doskonale widać na filmie nagranym przez Adama Bieleckiego u szczytu K2.

https://www.youtube.com/watch?v=EmfPDen-EpA
5

Oglądany: 81094x | Komentarzy: 90 | Okejek: 240 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.10

16.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało