Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Żywot człowieka szczęśliwego – raport na roczek trzeźwości

71 284  
676   185  
Witajcie, kochani! Dziś mam mały powód do świętowania – 25 kwietnia ubiegłego roku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów alko-liczydło wskazało 0.00 ‰, i z takim dziwnym wynikiem rozpocząłem swój gorzycki turnus. Roczek pięknego, świadomego, satysfakcjonującego, nowego życia!

Cudownie jest znowu żyć jak normalny człowiek, pomimo tego (a może właśnie dlatego), żem wariat, bo przecież odwyk odbył się w szpitalu psychiatrycznym. Zgadzam się z tą diagnozą w 100 procentach, bo kto normalny pije prawie bez ustanku, mimo świadomości, że tak naprawdę to kopie sobie grób?

Koniec smęcenia. Chciałem wszystkim Wam serdecznie podziękować za wsparcie, za dobre słowa, oraz za to, że nie ukamienowaliście odmieńca. Wasza hmmm.... ciekawość? zainteresowanie? tym moim skromnym procesem trzeźwienia od samego początku dały mi mocnego, motywującego i pozytywnego kopa, by nawet nie myśleć o popełnianiu żadnych głupot! Bardzo cieszy również fakt, że w ciągu tego roczku aż czterech kumpli też skorzystało z terapii w Gorzycach, z czego trzech miałem przyjemność samemu tam zawieźć i odwiedzać później czasami... (Pozdro P., A., S., S.)

Oczywiście, nie zawsze jest całkiem idealnie – np. nieraz śnią się pijackie imprezy, po czym budzisz się wystraszony i z ulgą uświadamiasz sobie, że to już tylko zły sen; tzw. suche kace też się sporadycznie zdarzają, choć po rzuceniu papierosów jakby to ustało. Tak, po 18 latach palenia z fajek też zrezygnowałem ponad 6 miesięcy temu, bo w sytuacji, gdy widmo śmierci na marskość wątroby zostało trochę rozwiane, zejście z tego świata na raka płuc byłoby po prostu nieprzyzwoicie głupie. Nawet jak na mnie.

Fajki rzuciłem trochę przypadkowo, bo miałem w planie kupić jakieś tabletko-wspomagacze i podjąć próbę 25 października – na 6. miesięcznicę niepicia. Cóż... przypadek chciał, że ostatniego papierosa spaliłem kilka tygodni wcześniej – przy zamykaniu ulubionej knajpki. Impreza trwała do 5 nad ranem i byłem już tymi fajkami przepalony i zatruty, więc następnego dnia postanowiłem, że spróbuję nie palić przez godzinę, później jeszcze jedną, i jeszcze... I z godzin zaczęły robić się pełne dni, tygodnie, miesiące... Kolejny mały powód do radości.

Aha, no właśnie... Nie wszystko robię na terapeutyczną modłę – dalej zdarzało się stać za barem, montować jakieś imprezki, koncerciki. Z Woodstocku też nie zrezygnowałem, bo tłumaczyłem sobie to tak, że bardziej groźne dla mojej trzeźwości może być smutne patrzenie na relację stamtąd w domu, podczas gdy wszyscy znajomi tam pojechali i świetnie się bawią... Tak, alkoholicy są mistrzami w interpretowaniu faktów tak, żeby im one pasowały.


Woodstock (Pol'and'Rock) był przeżyciem przepięknym, z tą tylko drobną różnicą, że wszystko pamiętam i, w końcu, pozwiedzałem tam wszystko, co odwiedzić chciałem. Spotkałem też Jurka Górskiego – ogromnie inspirującego człowieka, bohatera książki i filmu „Najlepszy". Pogadaliśmy chwilę, podpisał mi książkę, jest pamiątkowe foto... Mega gość!



Tę sielankową, woodstockową atmosferę próbował popsuć mi jakiś złodziej, który przywłaszczył sobie całe moje pieniądze, ale stwierdziłem, że jednemu głupowi nie uda się wyprowadzić mnie z równowagi czy spowodować jakąś załamkę, więc bawiłem się dalej w najlepsze. „Poskarżyłem” się też o wszystkim w konkursie i wygrałem dysk wart tyle, ile mi ukradziono. Karma?


Były zloty motorowe, były koncerty, był beerfest, była praca za barem... Było zaliczonych pełno miejsc, w których niby być nie powinienem, jednak przekornie chciałem popatrzeć na to wszystko trzeźwiejącym okiem i wyszło na to, że przepięknie się bawiłem, a niektóre imprezy przeistaczały się w jakieś nocne rozmowy o chlaniu. Albo, na Przystanku Żory, zmontowaliśmy „Strefę Uśmiechu" i rozdawaliśmy dzieciakom maskotki, a one w zamian rysowały laurki dla chorych dziewczynek znajomych... Wspólnie z brygadą wspaniałych znajomych stworzyliśmy kolejny finał Wielkiej Orkiestry... Działo się, i to dużo!!!
Ale nie samymi baletami człowiek żyje. Zapytacie może: jak to możliwe, że taki alkus do tej pory nie zapił, mimo tylu niebezpieczeństw? Sam nie wiem, moja metoda jest taka, żeby nie chować się w piwnicy, uciekać przed światem. Alkohol zawsze był i będzie, a jak będę wypierał jego istnienie, wtedy gnój może zaatakować znienacka i w najbardziej nieprzewidzianej porze. Idąc też na przykład do knajpy, patrzę na miejsca, gdzie kiedyś spałem, rzygałem czy co tam jeszcze, i to mam zawsze na uwadze – jeden kieliszek i z powrotem jestem na dnie, a to już przerabiałem i, w ogólnym rozrachunku, było to całkiem do dupy. Swoją drogą to pobyt w knajpie na dłużej jest już bezcelowy, nudny po prostu.
Bardzo pożyteczny przy trzeźwieniu jest też program HALT. To chyba wymyślili amerykańscy naukowcy, a chodzi tu o to, żeby starać się nie doprowadzać do sytuacji, w których będzie ryzyko zapicia, więc lepiej nie być:
- HungryWęgrem - głodnym;
- Angry – zdenerwowanym;
- Lonely – samotnym;
- Tired – zanadto przemęczonym.

W sumie to program ten jest wart realizowania przez wszystkich – zdrowych również, bo poprawia poziom optymizmu pod deklem.
Ja sobie jeszcze ubzdurałem, że nie będę pił napojów, którymi wcześniej koloryzowałem wódę, więc od roku nie tknąłem coli ani niczego o smaku jabłko-mięta; a właściwie to chyba z energy drinków też już nie korzystam, całkiem możliwe, że też już pełny rok. Natomiast woda mineralna jest ze mną na każdym kroku, bo gadali, żeby się nią ochlać w razie ataku alko-głodu.

Przez prawie cały czas uczęszczałem na poniedziałkowe mitingi Anonimowych Alkoholików do szpitala, gdzie byłem; często odwiedzałem tam znajomych. To daje taki spokój wewnętrzny, takie 2-godzinne ładowanie bateryjek jest świetną sprawą, nawet gdy weekend był nie wiadomo jak głośny, to tam wszystko się stabilizuje. Teraz z moimi Alkusami pozostał mi już tylko kontakt telefoniczny i internetowy. A dlaczego?

W chwili obecnej, już od ponad miesiąca, „porzuciłem" fizyczny udział na mitingach, a jedynym powodem tego jest fakt, że piszę do Was z Holandii, gdzie, z niemałymi obawami, wróciłem. Bałem się tylko jednego – żeby nie pójść znowu w to cholerne, wódczane tornado, bo różnie to tu drzewiej bywało. Okazało się jednak, że to chyba ja tu zawsze byłem tym złym, który każdego namawiał do szmacenia się alkoholem, tak żeby zagłuszyć wyrzuty resztek sumienia. Teraz, po prostu, od razu powiedziałem chłopakom na mieszkaniu, żeby nie byli zdziwieni, jak w weekend nie siądziemy do wspólnej flaszki, bo jestem jaki jestem, i tyle. Fajnie, że to uszanowali. Jeden z Holendrów w pracy też chciał wyskoczyć na jakieś piwo po robocie, to też mu o wszystkim powiedziałem i teraz woła na mnie per „Polish Superman". Ogólnie to zauważyłem, że dużo łatwiej jest, kiedy ludzie wokół wiedzą co i jak – wtedy jest mniejsze prawdopodobieństwo, że wyniknie jakaś niezręczna sytuacja. Bez strachu wsiadam za kółko firmowego samochodu, w drużynie robię też trochę jakby za tłumacza, pracujemy sobie w zieleni miejskiej i upiększamy ten – i tak już ładny – kraj. I za taką nieskomplikowaną pracę dostajemy godziwe pieniądze, które będą z przeznaczeniem na kupno używanego, funkcjonalnego mikro-kampera, którego zawsze chciałem mieć, a całkiem realne, że będzie mój jeszcze pod koniec tego roku... I coś czuję po kościach, że Polska będzie coraz rzadziej przeze mnie odwiedzana...

Jeszcze jednym, wielkim plusem życia za granicą jest częściowe odcięcie się od informacji o nieustannych walkach kogucików w polskim (nie)rządzie i od całego tego cyrku. Tutaj ludzie nie frustrują się takimi smętami, tu w sobotę cała Holandia z radością ubierze się w pomarańczowe barwy i wspólnie będziemy świętować Dzień Króla. A nie jakiegoś prezesa. Sorry za uszczypliwość, ale dla alkoholika ważną sprawą jest pogoda ducha, więc już więcej nie poruszę tematu polskiego polit-pierdolnika. W ogólnym rozrachunku – powrót na niderlandzki grunt, mimo obaw, dał mi dużo satysfakcji, na tyle dużo, że (o ile nie wyniknie nic, na co nie mam wpływu) pewnie widzimy się w Polsce dopiero na Woodstocku.

Z planów naprawy całej wioski, otwierania klubu abstynenta itp. nie wyszło absolutnie nic, ale lepiej mieć za dużo planów niż żadnego.

Takie wzniosłe pomysły wchodzą podczas tzw. miesiąca miodowego, kiedy mózg nowo trzeźwiejącego – zdziwiony brakiem alkoholu w organizmie – produkuje chyba nadmiar czegoś tam, i delikwent taki jest jakby na takim optymistycznym haju, przez ładnych kilka tygodni działa jakby w ekstazie. To z czasem mija, bo poziom czegoś-tam się normuje, ale nie zmienia to faktu, że ten piękny czas jest jednym z najfajniejszych okresów mojego średniego życia i takim fajnym wstępem do - już bardziej stabilnego, przez co ani trochę mniej nudnego – ŻYCIA!

Godnego życia, o którego istnieniu dawniej całkowicie zapomniałem... Kochani!!! Pogubić się jest bardzo prosto, i to wcale nie musi być akurat wóda! Dragi, pracoholizm, seksoholizm, siedzenie w necie bez opamiętania, hazard, zakupoholizm i wiele innych -izmów, które powodują, że, czasem bezwiednie, tracimy swój czas, zdrowie, pieniądze i rodziny - na głupoty, na niby niegroźne, drobne sprawy, które po czasie puchną do rozmiarów dużego problemu. Warto się czasem zatrzymać na chwilkę, wziąć głęboki oddech, rozejrzeć się wokoło i zastanowić, czy to co robię jest przeze mnie robione tak, że wieczorem pójdę spać z (w miarę) czystym sumieniem?

Temu światu bardzo dużo brakuje do bycia idealnym, ale ja założyłem sobie, że choć czasem jest źle, to będę się starał, żeby przeze mnie nie było jeszcze gorzej. Nigdy więcej. I trzeba dbać, żeby poziom optymizmu był ponad normę, nauczyć się wyłuskiwać mikroskopijne radości spośród tony plew, i z tych drobinek sklejać coraz większe kulki pozytywnej energii („bo choćbyś był po kark zakopany w gównie, to ciesz się, że tylko pod kark!”). I lepiej nie czekać, aż sięgnie się dna, chociaż z drugiej strony, to wtedy każdy mały kroczek w górę cieszy po stokroć bardziej. Sprawdzone organoleptycznie!

I tak to wygląda, kochani. Cieszę się z każdego nowego dnia, jednak nie dziękuję za trzeźwość żadnym bóstwom. Choć nie powiem – próbowałem z ciekawości odkryć ten fenomen wiary w Boga, byłem nawet parę razy w kościele, jednak chyba nie dane mi to, póki co... Wolę jednak nie skłaniać się na siłę ku żadnej z opcji i móc sobie np. iść odwiedzić na Woodstocku Przystanek Jezus, by po chwili - bez żadnych wyrzutów sumienia – iść i pomedytować sobie w Wiosce Kryszny... Jedno, co się zmieniło w aspekcie wiary, to że już nie jestem nastawiony mega- anty- kościelnie, co więcej – nawet podoba mi się ta instytucja, bo niektórym ludziom wiara serio ratuje życie! Zamiast iść do baru idą do kościoła – i to akurat jest godne poszanowania.

Już tylko ostatnia sprawa, ale bardzo ważna: jeżeli wiecie, że ktoś jest alkoholikiem, to nigdy, ale to NIGDY nie proponujcie takiemu człowiekowi alkoholu! Weźmy sytuację czysto teoretyczną, ale jak najbardziej możliwą: taki ktoś ci odmówi, ale coś w nim pęknie i pójdzie kupić alkohol. Jako że będzie mu wstyd przed światem, to pewnie zaszyje się sam w jakiejś norze, żeby nikt mu nie psuł komfortu picia, dostanie taki padaczki alkoholowej albo innego szoku i po człowieku... Serio, nie warto.

Dobra, kończę już te wypociny... Życzę Wam wszystkim siły w przeskakiwaniu różnych przeszkód, pozytywnego nastawienia, ale i szczypty ostrożności, bo skórki od banana leżą na każdym kroku.

...i jeszcze tylko parę bonusów:
- najmądrzejszy tekst, jaki poznałem:


- przecudny, pozytywny kawałek muzyczny:

https://youtu.be/ItxQgdSzdNw

- i jakiś pysk, ogorzały już nie od gorzały, tylko smagany holenderskim wiatrem


(Nie wiem, czy to wskazane, żeby taki roczny berbeć się obżerał, ale pewnie kupię sobie dziś coś nieprzyzwoicie słodkiego).

Wszystkiego pozytywnego i 24h (dla kumatych)!!!
Marek

OD REDAKCJI:
Kurde, jak nam serce rośnie jak czytamy takie listy od zadowolonych bojowników, którzy się odnaleźli. Prawdę mówiąc, z twojej opowieści sprzed roku bił tak wielki "natchniony optymizm", że baliśmy się, że szybko popłyniesz, że jak tylko zderzysz się z rzeczywistością to ci siądzie wszystko, ale jednak jakoś dałeś radę i wyszedłeś po tej kolizji jeszcze trzeźwiejszy. Super! I tych dobrych wyborów i tej pogody ducha ci życzymy, piona!