Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Codzienność pracowników marketów

78 864  
283   69  
Ze znanych wszem i wobec przyczyn markety i dyskonty w Polsce wyrastają jak grzyby po deszczu, spychając powoli osiedlowe sklepiki na dalszy plan. Z tego też powodu w takich miejscach pracuje coraz więcej Polaków. Jak wygląda ich codzienność oraz relacje z klientami?

Przyjęło się, że najtrudniejszymi zawodami są te, które wymagają wieloletniego szkolenia, pracy typowo umysłowej i odpowiedzialności za zdrowie i życie ludzi czy też zwierząt. To jest prawda, bo taki np. lekarz łatwej profesji nie ma, a pracownik biurowy, szczególnie po studiach i na wysokim stanowisku, musi mieć złotą głowę do myślenia, a i często złoty tyłek do siedzenia.

Jednak często bagatelizowany pracownik marketu, mimo pracy pozornie prostej, musi mieć złote praktycznie wszystko. Umiejętności personalne do kontaktu z klientami, silną psychikę do znoszenia tych co bardziej chamskich osobników, jak również niekończących się kolejek, zdrowych nóg i kręgosłupów do spędzania całych zmian w biegu, znajomości sprzedawanego przez siebie asortymentu, skrupulatności w przestrzeganiu zasad FIFO i pilnowania przydatności do spożycia wszystkich towarów, za które są odpowiedzialni.

Często też, mimo powtarzanej przez przez kierownictwo zasady, żeby pracownicy, szczególnie kobiety na działach mięsnych, nie dźwigały więcej niż jest to prawnie unormowane, nie ma możliwości, żeby znaleźć kogoś do pomocy, bo nikt nie ma na to czasu.
No właśnie - czas. Ja jako były pracownik działu mięsnego, czyli taki, który musi i obsłużyć klienta, i zająć się towarem, zazwyczaj miałam do zrobienia 10 lub więcej rzeczy jednocześnie.

Niektórzy myślą, że jeśli mają przez parę dni deadline w pracy, to im ciężko. Pracownicy marketów mają deadline cały czas. Dołożyć mięso, garmaż, wędliny, dokroić plastry - to wszystko na przynajmniej 10-metrowej ladzie i najlepiej w jednej chwili, bo szef ocenia. Bo lada przede wszystkim musi wyglądać, musi reklamować. Do tego dochodzi sprawdzanie terminów, przygotowywanie druków przecenowych, zaktualizowanie cenówek na czas (z powodu nieprawidłowej ceny można nawet zapłacić karę), usunięcie produktów nienadających się do sprzedaży, bieżące utrzymywanie porządku... A przy tym obsługa klientów, która właściwie jest ostatnią rzeczą, o której się myśli. Chociaż kupujący często są zdania, że pracownik jest tylko po to, żeby go obsłużyć, a innymi rzeczami zajmuje się z nudów albo dlatego, że kombinuje, żeby nic nie robić.

Fakt, takie zajęcie generuje stres. Trochę czasu wymaga, żeby przyzwyczaić się i podchodzić do wszystkiego na luzie i suszyć zęby do klientów bez względu na to, jak się do człowieka odnoszą. Powiecie: źle ci w takiej pracy, znajdź inną. Tylko nie można zapomnieć o bezrobociu. Gdzieś pracować trzeba, a w sumie każdy zawód ma swoje jasne i ciemne strony. Fakt, że nawet i w omawianym przeze mnie można znaleźć ciekawe smaczki.
Był taki czas, że robiłam w jednym markecie za tzw. serwisanta, tzn. zajmowałam się wykładaniem towaru tylko danej firmy. Mianowicie wykładałam chipsy. I naprawdę nie mogę nadziwić się, co klienci potrafili zostawiać na "moich" półkach, może to z powodu lenistwa, może wstydu, bo trudno się przyznać, że się zrezygnowało z kupna np. jakiejś wędliny luzowej, i zanieść ją z powrotem na ladę - więc lepiej położyć ją byle gdzie. Przecież pracownicy sklepu od tego są, żeby domyślić się, że zaistniała taka sytuacja, oderwać się od swojego zajęcia i odnieść osierocony produkt na pierwotne miejsce. Z oczywistych względów dzieje się to stanowczo za późno albo wcale.

Otóż co ja znajdowałam w chipsach:
- kawałki bułek (prawdopodobnie nadjedzonych przez dzieci i ostatecznie nieopłaconych przy kasie)
- opakowania po wszelkiej maści napojach i słodyczach (jeden numerant wrzucił papierek po batoniku bezpośrednio do kartonu, z którego wyciągałam w tamtej chwili chrupki)
- najróżniejszy towar, którego dokładnego umiejscowienia w sklepie nie znałam (pracownicy zajmują się określonymi działami i innych zazwyczaj nie ogarniają)
- produkty "lodówkowe", już ciepłe, a co za tym idzie, niezdatne do dalszej sprzedaży, m.in.:
- świńską nóżkę zagrzebaną głęboko w półce-koszu z Chitosami
- mrożone filety rybne, w tamtym momencie już rozmrożone, przez które dział przez tydzień śmierdział, jak to określiła jedna klientka, zgniłymi jajami
- broszkę z ludzikiem F*k Yeah
- plastikowy katolicki krzyż
- a bonusowo chipsy szeroko otwarte i skierowanie prosto na "częstuj się, kolego".

Inna ciekawostka, a zarazem i rada: zakup towarów przecenionych z rozerwanymi opakowaniami lepiej dokładnie przemyśleć. Raz zdarzyła mi się sytuacja, że w nieprawidłowy sposób chwyciłam jedną paczkę chrupek, a nie zauważyłam, że była otwarta, i jej zawartość wysypała się na podłogę. Pozbierałam to (razem z jakimś włosem) i zaniosłam do magazynu na regał strat, żeby odpowiednia osoba to zutylizowała. Następnego dnia zobaczyłam, że rzeczona paczka jest zaklejona, przeceniona i właśnie kupowana...

Dodam, że towar porzucony na losowym regale z powodu braku czasu często pozostaje niezauważony, tym bardziej że niektórzy delikwenci potrafią je dobrze schować, nie zostaje kupiony przez innych, bo po prostu nie jest szukany w tym miejscu. A to powoduje straty dla sklepu, które natomiast wliczane są w ceny towarów. Co za tym idzie - im więcej objawów takiego wandalizmu, tym wszystko jest droższe.

Spotkałam się także z wyciąganiem dodatków typu zabawka np. z opakowań Danonków, przez babcie i w obecności ich wnucząt, rozrywaniem dużych paczek psich karm, chyba żeby spróbować, czy pupilowi posmakuje. Powszechne także w marketach pewnej sieci było chowanie towarów z krótkim terminem ważności przez tzw. piątaków, którzy w odpowiednim czasie po nie wracali i pokazywali je w punkcie obsługi, aby w zamian dostać bony na 5 zł. Skąd o tym wiem? Bo w pozornie nienaruszonych kartonach z chipsami, gdzie oczywiście wszystkie paczki powinny mieć taką samą datę przydatności do spożycia, znajdowałam pojedyncze egzemplarze już po terminie albo tuż przed jego upłynięciem.
Ale chciałabym opowiedzieć jeszcze o kilku doświadczeniach związanych z obsługą klientów. Bywali różni. Najczęściej mili, grzeczni i współpracujący, jednak nie zawsze. Przykładowe wypowiedzi i pytania, które od nich usłyszałam to:

1. Standardowo:
- Czy te żeberka to bez kości?
- Czy ta wędlina to świeża? (wskazując na najświeższe, zaledwie kilkuminutowe, plastry na ladzie)
- Poproszę 5 ćwiartek - nałożyłam, podaję, klient patrzy. - Ale ja chciałem 5 kilo!

2. Mniej standardowo.

Dialog:
- Poproszę parówki - mówi klientka, po czym kieruje się w stronę sera.
- Które parówki?
Klientka zaskoczona, wraca:
- Drobiowe - znowu zmierza w stronę sera.
- Ale które drobiowe? Mamy kilka rodzajów.
Znowu zaskoczona, wraca:
- Te za 9 złotych - po raz kolejny odchodzi. Dobra, teraz już z górki, ale pozostaje jedna sprawa:
- Ile ich ma być?
Ta sama sytuacja. W końcu mówi, ile chce, cel osiągnięty, chwilowa ulga. Chwilowa, bo to powtórzyło się ze wszystkim, co kupiła. Dosłownie.

3. Międzynarodowo:
Jako że sklep usytuowany jest na drodze dojazdowej Rosja-Niemcy, często odwiedzają go goście z kraju Putina, prawdopodobnie by kupić coś tanio u nas i sprzedać drogo na zachodzie. Przyjeżdżają całymi autokarami, więc market przeżywa prawdziwe oblężenie. Raz jedna Rosjanka wykupiła ponad 100 kilo mięsa i wędlin, pozostawiając ladę świecącą pustkami, a mnie z bananem na twarzy.
Zdarzało się też, że pojawiali się i Azjaci. Na początku wprawiali mnie w konsternację, bo nie wiedziałam, w jaki sposób się z nimi dogadam. Zwykle zaskakiwali mnie jednak doskonałą polszczyzną, gdzie nawet Słowianie z sąsiedniego kraju się nią nie posługiwali, o innych narodowościach nie wspominając.

4. Pozytywnie:
Ogólnie myśli się, że osoby z wadą wymowy - jąkające się, sepleniące - często mówią niezrozumiale. Tak nie jest. Osobiście uważam, że takich klientów obsługiwało mi się z przyjemnością, bo bardzo starali się wysławiać wyraźnie. W przeciwieństwie do tych, którzy uważali, że nie mają z tym problemu, a często mówili tak cicho i niejasno, że nie szło domyślić się, o co im chodzi.

5. Negatywnie:
Zdarza się, że dany chodliwy towar skończy się i do następnej dostawy jest po prostu niedostępny. Jednym z nich jest filet śledziowy a la Matjas. Raz zdarzyło się, że z powodu zapytania pewnej klientki poszłam przetrząsnąć chłodnię w poszukiwaniu ww. filetu i niestety go nie znalazłam. Pół godziny później przyszła kolejna klientka i wywiązał się taki dialog:
- Czy są Matjasy?
- Niestety się skończyły.
- Ale sprawdzi pani na magazynie, bo może jednak są.
- Już patrzyłam, nie ma.
- No jak to nie ma, sprawdzi pani dokładnie, muszą być.
- Nie ma, szukałam już dla poprzedniej klientki i nie znalazłam (zrobiłabym kurs do chłodni na odczepnego, ale, jak zwykle, nie miałam na to czasu).
- To nie może tak być, jak pani może nie sprawdzić, ja pójdę z tym do kierownika!
Odpowiedziałam, że proszę bardzo, niech pójdzie. Nie poszła.
Na zakończenie napiszę, że wiem, że w społeczeństwie pokutuje pogląd żywcem wzięty z artykułów w tabloidach, że markety celowo trują klientów nieświeżą żywnością i w ogólnym zarysie działają im na szkodę. Stąd pewnie wynikają niektóre działania wymienione przeze mnie powyżej. Nikt nie bierze jednak pod uwagę faktu, że taki szary pracownik wcale nie znajduje dzikiej radości w obciążaniu swojego sumienia, a także psucia dobrego imienia swojej firmy i narażania się na zwolnienie. Mimo wszystko ludzie to nie tylko chamy bez zasad.

Oglądany: 78864x | Komentarzy: 69 | Okejek: 283 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.07

16.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało