Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tymi figurkami bawiliśmy się chyba wszyscy. W pierwotnej wersji wyglądały one zupełnie inaczej!

47 128  
130   32  
Panie, kiedyś to było. Wchodziłeś do sklepu z zabawkami, a tam nie licząc tandetnych, gumowych figurek Dartha Vadera i radzieckich, nakręcanych samochodzików, świeciło pustkami. Jakoś tak na początku lat 90. polski rynek zalał produkt, który swoją jakością bił na głowę wszystkie inne dziecięce gadżety. To ludzik G.I. Joe!

Nie wiem jak wy, ale ja i moi rówieśnicy najwięcej frajdy czerpaliśmy z wysadzania tych figurek za pomocą petard. Chociaż wydaje mi się, że ofiarą ładunków wybuchowych częściej jednak padały podróbki – kilkukrotnie tańsze i znacznie słabiej wykonane ludziki z serii The Corps!.
Tak czy inaczej – zabawki G.I. Joe były kiedyś dla małolatów tym, czym Barbie dla dziewczynek.

Lalka, ale taka dla chłopców

No właśnie – lalka Barbie. Wprowadzona na rynek w 1959 roku zabawka szybko podbiła serca żeńskiej części dzieciarni na całym świecie. Cztery lata po sukcesie słynnej blondyny Stanley Weston, projektant zabawek, wpadł na pomysł stworzenia analogicznej wersji lalki, której odbiorcami mieliby być chłopcy. Tworząc szkic takiej figurki, wzorował się na charakterystycznych, drewnianych manekinach, z których korzystają osoby uczące się sztuki rysowania.


Lalka Westona posiadała aż 21 ruchomych elementów, dzięki czemu dzieciaki mogły dowolnie ją modelować. Swój pomysł Stanley zaprezentował ludziom z fabryki zabawek Hassenfeld Brothers (później firma przemianowana została na Hasbro). Ci, po szybkiej naradzie, zgodzili się odkupić projekt zabawki za cenę 100 tysięcy dolarów. Szybko przekonał się, że popełnił największy błąd swojego życia.


Czterech patriotów

Zanim słynne figurki przybrały formę, którą wszyscy znamy, bardziej przypominały one wspomnianą lalkę Barbie niż małego żołnierzyka. Zabawki były bardzo duże – mierzyły 30 centymetrów. W 1964 roku pojawiły się na rynku w czterech wersjach – mieliśmy żołnierza, komandosa, marynarza i pilota.


Serię nazwano G.I. Joe. Literki „G.I.” nawiązują do wyrazów „Government Issue”, którymi to znakowano wszelkie produkty dystrybuowane przez amerykański rząd – w szczególności te, które skierowane były na potrzeby armii. Twórcy figurek nie popisali się szczególną oryginalnością, bo nazwa, którą opatrzyli swoje zabawki została żywcem zerżnięta z wojennego filmu pt. „The Story of G.I. Joe” nakręconego w 1945 roku.


Aby nie nazywać żołnierzyków ordynarnym, zarezerwowanym dla dziewczęcych zabaweczek wyrazem „lalka”, ich twórcy uznali, że znacznie bardziej „męsko” brzmieć będzie „action figure”.
Jako że ludzka postać nie może podlegać prawom autorskim, panowie z Hasbro naznaczyli swoje figurki charakterystycznymi elementami – blizną na prawym policzku oraz datą wykonania zabawki wybitą na… dupie każdego z żołnierzy.


Seria promowana była w modny wówczas, pompatyczny, przesiąknięty patriotyzmem sposób. Reklamy zachęcające do bawienia się figurkami amerykańskich bohaterów walczących za swoją ojczyznę szybko zaowocowały sukcesem – lalki G.I. Joe stały się wielkim hitem wśród dzieciaków.

Niech dziewczynki też się bawią!

Trzy lata po premierze G.I. Joe twórcy figurek postanowili skusić swoimi produktami także i dziewczynki. Nikt nie oczekiwał, że małolaty będą bawić się w zabijanie wrogów, ale przecież mogły leczyć rannych wojaków! Taka idea przyświecała pojawieniu się na rynku lalki G.I. Nurse. Zamiast karabinu miała inwalidzkie kule, zamiast pistoletu stetoskop, a zamiast granatów strzykawkę i bandaże.


Dziewczynki pozostały lojalne swojej ukochanej lalce Barbie i nawet nie chciały myśleć o dołączeniu do chłopięcych zabaw w wojnę. Nieszczęsna pielęgniarka okazała się spektakularną wtopą, kurząc się na półkach sklepów z zabawkami.

Ciężkie czasy dla wojaków

Druga połowa lat 60. i początek kolejnej dekady mocno zmieniły podejście Amerykanów do tematyki wojennej. Gloryfikowana przez dwie wcześniejsze dekady wizja patriotycznego żołnierza broniącego swojej ojczyzny poprzez walkę na frontach konfliktów zbrojnych, gdzieś daleko za oceanem, nagle przystała być „fajna”. Kiedy tysiące młodych ludzi wysyłanych do Wietnamu wracało do domu w czarnych workach, społeczeństwo zaczęło piętnować utrwalane wcześniej postawy i coraz bardziej skłaniało się ku pacyfizmowi.


Przed siedzibą Hasbro coraz częściej gromadziły się tłumy, aby wziąć udział w protestach przeciw „wojennej” polityce firmy. Potrzebna była zmiana wizerunku zabawek. I to szybko. Twardziele G.I. Joe zamienili mundury na wymięte koszule i zapuścili brody. Nie byli już żołnierzami, ale jak sama nazwa nowej serii wskazuje (G.I. Joe Adventure Team) - poszukiwaczami przygód. Placem ich zabaw nie był już wojenny front, ale tropikalne dżungle i rozpalone słońcem pustynie.


Mimo nowego pomysłu na trafienie do portfeli klientów, niegdyś bardzo popularna seria zabawek Hasbro przeżywała ciężki okres. W okresie kryzysu naftowego w latach 70. koszt wyprodukowania 30-centymetrowej, plastikowej lalki znacząco wzrósł. A zainteresowanie tymi zabawkami ciągle malało... Na szczęście na horyzoncie pojawiła się nowa nadzieja.

„Nowa nadzieja”

Nie jest żadną tajemnicą fakt, że George Lucas tworząc swoje gwiezdnowojenne imperium miał pomysł na rozkręcenie wielobranżowego marketingu wokół swoich filmów. Istotną częścią tego biznesu była sprzedaż zabawek. Kiedy więc w 1977 roku do kin wchodziła „Nowa nadzieja”, na półkach sklepów z zabawkami stały już opakowania z małymi, bo mierzącymi zaledwie 9,5 centymetra, figurkami przedstawiającymi bohaterów kinowego hitu. W przeciwieństwie do lalek, ludziki te wykonane były z plastiku (nie mówimy tu oczywiście o popularnych w schyłkowym PRL-u podróbkach, które zrobiono z tandetnej gumy).


W 1979 roku, zachęcony sukcesem zabawek ze świata „Gwiezdnych wojen”, Bob Prupis, ówczesny szef działu zabawek dla chłopców w Hasbro, wpadł na pomysł, jak tchnąć w G.I. Joe nowe życie. Dwa lata zajęło mu przekonywanie dyrekcji do pomysłu zminiaturyzowania lalek. Figurki powinny mieć po 9,5 centymetra, a elementem wyróżniającym je na tle produktów konkurencji miało być zachowanie dużej ilości ruchomych elementów.
W 1981 roku CEO Hasbro, Stephen Hassenfeld, podczas pewnej imprezy charytatywnej spotkał Jima Galtona – prezesa wydawnictwa komiksowego Marvel. Po krótkiej rozmowie Jim zaproponował, że naradzi się ze swoimi ludźmi, w jaki sposób można by odświeżyć zakurzoną markę zabawek. Rozwiązaniem okazała się seria komiksów o perypetiach ekipy zabijaków. Premiera nowych figurek Hasbro zbiegła się z premierą ich papierowych przygód. Dzieciaki pokochały G.I. Joe na nowo!


Szefostwo Hasbro spodziewało się, że wypuszczenie na rynek serii nazwanej „G.I. Joe: A Real American Hero”, składającej się z 15 figurek i 7 pojazdów, przyniesie zysk w okolicach 12-15 milionów dolarów. Tymczasem po roku sprzedaży firma zarobiła 50 milionów dolców!

Różne kraje, różne nazwy

Figurki podbiły świat. Interesujące jest to, że nie w każdym kraju pacholęta znały tę serie jako G.I. Joe. W Hiszpanii na półkach w sklepie można było podziwiać „Geypermana”, w krajach azjatyckich figurki te przemianowano na „Combat Man”, w Brazylii sprzedawano je jako „Comandos em Acao”, w Argentynie jako „Joe Super Temerario”, a Meksyku dzieciaki dostawały zabawki z serii „Hombres de accion”, cabron!


Większość figurek z tamtej epoki posiadała sporo powtarzających się elementów. W ten sposób oszczędzano na tworzeniu nowych odlewów. Czasem nawet zabawki różniły się tylko głowami i kolorem ubrania. Mimo to takie „oszczędne” podejście nie zniechęciło młodzieży do kupowania kolejnych kolekcji słynnej serii.

Prawdziwi bohaterowie

Na koniec zostawiamy mały smaczek dotyczący starszej generacji słynnych figurek. Po olbrzymim sukcesie pierwszych czterech prototypów, Hasbro produkowało kolejne serie dzielnych wojaków. Po latach wznowiono produkcję tych klasycznych lalek. Niektóre z nich były zabawkową wersją prawdziwych osób – od bohaterów wojennych, przez polityków czy nawet aktorów komediowych! Taki zaszczyt kopnął na przykład Buzza Aldrina, Dwighta D. Eisenhowera, a nawet Johna F. Keneddy'ego.


W połowie lat 80. Hasbro rozpoczęło rozmowy z Sylvestrem Stallone i sztabem osób odpowiedzialnych za wykorzystywanie jego wizerunku. Firma chciała, aby postać słynnego boksera Rocky’ego zagościła na łamach komiksów „G.I. Joe” oraz idąc za tym ciosem – doczekała się swej zabawkowej wersji.


Wszystko wskazywało na to, że strony doszłyby do porozumienia. Szefowie Hasbro, nie czekając na oficjalne podpisanie kontraktu, dali wydawnictwu Marvel zielone światło – filmowy pięściarz miał stać się członkiem komiksowej ekipy. I tak też się stało.


Gotowy był tez projekt produkcji figurek. Ba, Rocky miał nawet swojego oficjalnego przeciwnika – członka wrogiej grupy Cobra, o ksywce... Big Boa.


Nieoczekiwanie strona reprezentująca aktora zrezygnowała ze współpracy. Powód był prosty – Stallone podpisał kontrakt z firmą zabawkarską Coleco, która miała wypuścić na rynek serię figurek nawiązującą do postaci Johna Rambo.


Oznaczało to, że ani Hasbro, ani Marvel nie miały prawa do korzystania z wizerunku Sylvestra. W tej sytuacji wydawnictwo komiksowe musiało ratować swój tyłek i wystosować odpowiednią „erratę”.


Rocky Balboa (pseudonim operacyjny ROCKY) został błędnie wymieniony jako członek G.I. Joe na łamach komiksu „G.I. Joe: Order of Battle”, zeszyt 2, strona 10. Rocky nie jest ani nie był członkiem G.I. Joe.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10