Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"Gwiazdy Śmierci", czyli ziemskie zabójcze bronie, które okazały się wielkimi niewypałami

100 988  
299   34  
Nie tylko Gwiazda Śmierci zdawała się być niemożliwa do pokonania, by w jednej chwili ulec całkowitemu zniszczeniu. Historia zna wiele przykładów, kiedy potężne środki bojowe zawiodły na całej linii.

Zamek nie do zdobycia


Zamek Chateau Gaillard, którego ruiny wciąż stoją we Francji, był pomysłem Ryszarda Lwie Serce, króla Anglii. Chciał stworzyć fortecę nie do pokonania.
Zamek budowało sześć tysięcy osób, dlatego ukończono go w 1197 roku, zaledwie rok po rozpoczęciu prac. Ryszard nazwał go Gaillard, co w tłumaczeniu oznacza „dobrze zbudowany”. Gdyby ktoś miał wątpliwości. Ściany budowli były szerokie na trzy metry, a sam zamek stanął na klifie, pozostawiając tylko jedną drogę dostania się do środka. Wejście, jak przystało na porządny średniowieczny zamek, było poprzedzone głęboką fosą. Niepożądani goście otrzymywali przeszywający zestaw powitalnych strzał. Król Ryszard był przekonany, że nikt nie zdobędzie jego zamku. Przynajmniej nie za jego życia. A to się udało. Umarł rok później, a zamek przejął jego brat, król Jan bez Ziemi. Nowy władca musiał być bardzo uduchowiony, ponieważ kazał wybudować w kaplicy świątynię dumania. Jednak nieprzemyślanym krokiem była rynna na nieczystości, która wychodziła poza mury zamku.
Filip II, król Francji, uznał, że to jest odpowiedni czas na przejęcie władzy nad Normandią. Jednak armia króla Jana była dobrze przygotowana na tę okoliczność, nie tylko militarnie - mogli przeżyć rok w zamknięciu, zanim ktoś nie przybyłby z odsieczą. Żołnierze Filipa przez kilka miesięcy dwoili się i troili próbując przebić się do środka, jednak bez efektu. Dopiero jeden z żołnierzy, który został wysłany, żeby zanalizować wszelkie możliwe słabości fortecy, dostrzegł wychodzący z zamku spust toaletowy, wystarczająco szeroki, żeby mógł tam zmieścić się człowiek. Mężczyzna miał cojones ze stali - razem z niewielką grupą zdecydował się przejść przez dziewięciometrową rurę pełną rzeczy, których nikt nie powinien wąchać z tak bliska. Jednak poświęcenie żołnierzy nie poszło na marne - mimo ciągnącego się za nimi fetoru, zdołali przejść do bram, pokonując po drodze osłabionych szkorbutem przeciwników, i je otworzyć, pozwalając armii Filipa II przejąć zamek.

Granat, który miał czepiać wroga


W latach trzydziestych dwudziestego wieku generał armii brytyjskiej razem z dwoma profesorami Cambridge opracowywał granat przeciwpancerny. Planowali, żeby granat w prosty sposób siał zniszczenie - po rzuceniu nim w czołg, zamiast się odbić, miał przylepiać się do metalowej powierzchni i wybuchać. Przeprowadzane testy nie nastrajały twórców pozytywnie, bo granat nie chciał się lepić, ale kiedy wybuchła II Wojna Światowa, trzeba było opracowywanie broni przyspieszyć. W końcu udało się otrzymać kilogramowy granat zawierający szklany pojemnik z nitrogliceryną. Był on owinięty wełną i nasączony lepką substancją. Wszystko to pokrywała metalowa otoczka, odpadająca przy wyciąganiu zawleczki. Osoba dysponująca granatem miała pięć sekund, zanim sama wybuchła.
Prawdziwe testowanie broni odbyło się w akcji i okazało się, że mimo zamierzeń, granat potrafił przykleić się do każdej powierzchni, nie tylko metalowej. Jeśli zahaczył o stojące zbyt blisko drzewo, w najlepszym razie wybuchał za daleko od czołgu. Trudno o precyzję chirurga podczas wojny, więc kiedy żołnierz nie był wystarczająco ostrożny, granat przyczepiał się do jego ubrań i wybuchał razem z nim. Żeby zbyt często takie rzeczy się nie zdarzały, trzeba było podbiegać do czołgu
i przylepiać granat osobiście, co wcale nie było bezpieczniejszym wyjściem.
Postanowiono nie dawać już tych granatów swoim żołnierzom. A ponieważ brytyjska uprzejmość nie zna granic, podarowano je w prezencie francuskiemu ruchowi oporu.

Za duże błoto


Helepolis, „niszczyciel miast”, to ruchoma wieża powstała w starożytności, służąca do zrównywania z ziemią wszystkiego, co stanie na jej drodze, a w szczególności fortyfikacji nieprzyjaciół. Była największą konstrukcją oblężniczą w starożytności, mierzyła czterdzieści jeden metrów wysokości i dwadzieścia szerokości. Dla lepszej wizualizacji - to mniej więcej trzynaście naszych pięter.
Za każdym oknem wieży znajdowała się katapulta z ciężkim pociskiem, który był w stanie sprasować człowieka w mgnieniu oka. Na pierwszej kondygnacji stały dwie katapulty, które wyrzucały osiemdziesięciokilogramowe kamienie, na następnej dwudziestosiedmiokilogramowe, a na trzeciej tylko czternastokilogramowe. Pozostałe piętra, aż do dziewiątego, zajmowali łucznicy. Z przodu wieży zamontowane były metalowe płyty. Oczywiście ktoś to ustrojstwo musiał ciągnąć. Dwieście osób przesuwało wieżę od środka, a trzy tysiące dwieście pchało.
Helepolis został użyty w 305 roku p.n.e. przez Demetriusza Poliorketesa, „tego, który oblega miasta”, do osaczenia Rodos. W tej sytuacji zostały dwie możliwości – albo Rodos upadnie, zanim zdąży się zorientować, że coś się dzieje, albo przerośnięte ego Demetriusza bezlitośnie go zmiażdży. Nie jest niespodzianką, że tego dnia nikt niczego nie podbił.
Ze względu na swój rozmiar wieża mogła mieć problemy z przemieszczaniem się po mniej ubitych drogach. A jeśli coś może pójść nie tak, to pójdzie. Rodyjczycy nie zamierzali zbierać szczęk z podłogi i czekać na pewną śmierć. Zanalizowali, z której strony bojowy kloc nadejdzie, po czym przekierowali przepływ wody i ścieków tak, żeby utworzyć wielkie błoto.
Zakończenie niestety nie jest tak spektakularne, jak sama budowla. Wieża utknęła w aromatycznym bajorze, a wojownicy, kiedy tylko zorientowali się, że przegrali, zniknęli w mgnieniu oka. Rodyjczycy zajęli się rozbiórką Helepolis, tworząc z jej dóbr Kolosa Rodyjskiego, posąg Heliosa, mający upamiętnić spektakularną porażkę Demetriusza.

Świeżo malowane


Każdy moment jest dobry, żeby Francja i Anglia mogły ze sobą powalczyć. Dlatego pod koniec XVIII wieku, kiedy Napoleon wyprawił się do Egiptu, rozegrała się między nimi bitwa w zatoce Abukir, nazywana też bitwą u ujścia Nilu. Wziął w niej udział wielki, studwudziestodziałowy okręt liniowy “L’Orient”. Jego załoga liczyła tysiąc osób, a żagle składały się z ponad trzech tysięcy metrów płótna. “L’Orient” był okrętem stworzonym do wygrywania bitew. Żeby podkreślić majestat statku i pokonać Brytyjczyków już na etapie porównywania sprzętu, postanowiono go odmalować. Niestety pozostawiono na pokładzie sporo terpentyny.
I tak ośmioletni żywot okrętu zakończył się właśnie w 1798 roku, podczas bitwy
u ujścia Nilu. Floty spotkały się w zatoce wieczorem 1 sierpnia i rozpoczęły przygotowania do wzajemnego naparzania. Brytyjczycy już od początku mieli przewagę, kiedy zaskoczyli Francuzów, atakując ich jeszcze przed świtem.
Mimo że okręty brytyjskie nie były tak przerażające, to kiedy odpaliły swoje armaty i trafiły w “L’Orient”, stało się coś nieoczekiwanego. Połączenie łatwopalnej terpentyny i prochu mającego zasilić sto dwadzieścia dział spowodowało, że “L’Orient” wybuchł tak głośno, że Brytyjczycy myśleli, że trafili samych siebie. Okręt spłonął od razu. Łącznie zginęło tysiąc siedmiuset marynarzy francuskich, a kilka tysięcy było rannych. W tym samym czasie ich przeciwnicy stracili dwieście osiemnaście osób (i siedmiuset rannych).
Brytyjczycy zabrali maszt francuskiego okrętu i zrobili z niego trumnę, którą dostał w prezencie za zasługi Horatio Nelson, dowodzący brytyjską flotą.

Źródło foto: 1, 2, 3, 4.

Oglądany: 100988x | Komentarzy: 34 | Okejek: 299 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

10.12

09.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało