Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
KoX Superbojownik od 5 listopada 2001
2006-03-23 03:33:07 Zgłoś
Dawno nic nie wrzucałem.
Oto część większej rzeczy, nad którą pracuję od pewnego czasu - fragment ze środka początku.
Czytajcie, komentujcie. Czy na podstawie tej próbki można powiedzieć, że coś ewentualnie z pewnymi założeniami w sprzyjających warunkach ma choćby nikłą szansę z tego być?

Na wypadek, gdyby jednak coś z tego wynikło, małe zastrzeżenie:
Przedstawiony fragment może ulec zmianie do chwili opublikowania całości. Niekoniecznie reprezentuje jakość końcowych wypocin.



Wnętrze zaskoczyło Pierwszego. Wkraczając głową do przodu, oświetlając swe pole widzenia sprzężonymi z hełmem reflektorami, natknął się jedynie na trzy osoby. Spodziewając się całej obsady naukowej placówki (w tym jednego denata) zgłupiał, gdy dziewięć z dwunastu foteli okazało się pustych. Podłoga kapsuły znajdowała się nad jego głową, on zaś, trzymając się drabinki, ponownie obrócił się wokół licząc postaci pod ścianą. Samotnie siedzący człowiek, odziany w pełen skafander próżniowy, naprzeciw niego dwójka, przy czym jedna osoba bez hełmu, z głową swobodnie opadłą na gwint kołnierza. Ten facet oddychał, był jedynie nieprzytomny, jego hełm dryfował obok głowy Kirtegaarda, który dopiero w momencie zderzenia swojej szyby z tamtą zorientował się, że z porzuconego hełmu wylewają się ohydne wymiociny. Pchnął lekko tamten za siebie, pospiesznie odbezpieczając i zdejmując swój, nim naleśniki zdecydują się ostatecznie powrócić drogą, którą przeszły. Odór uderzył go, lecz Peter stłumił odruch i uwolnił z hełmu sąsiednią osobę. Była to kobieta, również nieprzytomna. Wisząc do góry nogami Kirtegaard nie mógł ocenić, czy miała ładną twarz. Być może urwał jej się film, nim cała trójka doświadczyła karuzeli wywołującej torsje, jej towarzysz zachował przytomność na tyle długo, by zerwać osłonę twarzy w momencie, gdy zwymiotował.
Spokojny o tę dwójkę obrócił się ku trzeciemu skafandrowi. Gdy chwycił oburącz za hełm, cały czas wisząc głową ku podłodze kapsuły, postać złapała go za ręce tak gwałtownie, że ze strachu ugryzł się w okaleczoną dolną wargę, którą ssał cały czas. Jego gwałtowne ruchy, kiedy szamotał się przez chwilę z tamtym, zaniepokoiły Pike’a.
– Peter! Peter! Potrzebujesz pomocy? – doszło z wnętrza odrzuconego hełmu.
– Zostaw! – Pierwszy plunął krwawą śliną na szybę przybyłego. – Już dobrze.
Człowiek w skafandrze samodzielnie zdjął swój hełm, dołączył on do trzech obijających się w przestrzeni kapsuły. Spocona młoda twarz spojrzała na dowódcę misji ewakuacyjnej
Kirtegaard miał ochotę wypytać go o to i owo, wiedział jednak dobrze, że to nie czas i miejsce. – Jesteś cały? – zapytał, na co tamten tylko pokiwał głową.
– Joshua Parkes, Josh – wykrztusił po chwili. – Ty jesteś Kirtegaard?
– Tak – Pierwszy skojarzył sobie, że Pike majaczył coś o jakimś Josh’u. Oczywiście przypadek. Rozejrzał się wokół raz jeszcze i powrócił wzrokiem do Parkesa. – Zostań tu Josh, zajmiemy się najpierw tamtymi, może być?
– Dobra – młodzik spojrzał na nieprzytomną parę jakby dopiero teraz ich zauważył. – Czy oni...?
– Żyją – uspokoił go Kirtegaard. Wisiał przed nim nadal głową ku podłodze. – Nie wstawaj – przypomniał, – ja sobie poradzę.
Chwycił najpierw kobietę, bo tak było mu wygodniej. Odpiął jej pasy i bardzo powoli wyciągał za kołnierz, bezwładną jak szmaciana lala, lecz pojął wnet, że lepiej będzie skorzystać z pomocy.
– Pike!!! – ryknął w stronę porzuconego hełmu cofając się. – Cho no tu! – i nie czekając na kompana wsunął się energicznie do wnętrza kapsuły, a następnie przekręcił ostrożnie, cały czas znajdując oparcie w drabince, by stać nogami na podłodze. Słyszał, jak Ben otwiera drzwi śluzy po swojej stronie robiąc z niej korytarz na przestrzał. W nowej pozycji łatwiej było manipulować oklapłym ciałem nieprzytomnej.
– Pani do ambulatorium – rzucił do Pike’a i podał mu poszkodowaną przez właz. – Ułóż ją ładnie i wracaj.
Drugi pilot zniknął, zaś Peter począł wyciągać nieprzytomnego faceta. Josh siedział grzecznie na swoim miejscu i milcząc przyglądał się tej akcji. Patrzał, jak Kirtegaard manipuluje tamtym i ustawia go wzdłuż siebie, aby odepchnąć się i wystrzelić świecą w przejście nad głową. Pierwszy trzymał omdlałego lewą ręką, prawą odpychał się ścian, hamował na sufitach, które okazywały się podłogami, czasem pomógł sobie nogą, zważając nieustannie, by swobodne członki holowanego, bujające się jak u pajaca, nie zahaczyły o żadną krawędź. W windzie wparło ich delikatnie w sufit, a po chwili przerzuciło na podłogę – jej przyspieszenia specjalnie nie były znaczne. Przemierzając puste korytarze twarzą w twarz z tym mężczyzną Kirtegaard żałował szczerze, iż nie jego oddał Pike’owi. Jakże przyjemniej byłoby szybować bez wysiłku z kobietą, którą nie tylko manewrowałoby się lżej z racji mniejszej masy, nie tylko przyjemniej z powodu urody, lecz przede wszystkim taką, która nie śmierdzi wymiotami.
Tuż przed ambulatorium zobaczył Drugiego, który ledwo umocował był swą podopieczną na medycznym stole.
– Weź i tego – nakazał mu. – Ja wracam po trzeciego – odbił się wstecz. – Aha, Ben, bądź gotów na mały ciąg za chwilę.
W kapsule Parkes siedział, jak miał przykazane, nie odpiął się nawet z pasów.
– Chodźmy – Kirtegaard gestem wskazał mu światło włazu. – Mamy nieważkość. Jesteś w stanie lecieć o własnych siłach? – automatycznie mówił doń na „ty”, może dlatego, iż tamten przedstawił się zdrobnieniem, a może z tego powodu, że chłopak wyglądał na nastolatka.
– Tak myślę – Josh poderwał się. Ostrożnie wypełzł z kapsuły i pofrunął przez korytarz.
– Tylko nie szarżuj chłopcze – dowódca zawołał za nim, a gdy młodzik zatrzymał się przy najbliższych drzwiach, Pierwszy miał ochotę stuknąć się w czoło. Gościnność gościnnością, ale skąd on ma wiedzieć, gdzie się udać? Wyprzedził zatem chłopaka i pociągnął w drogę do strefy medycznej.
Wlecieli do sporego pomieszczenia, gdzie dwójka nieprzytomnych leżała uwiązana do łóżek. Pike przyjrzał się młodemu, którego oczy, żywe teraz i bystre, zdradzały, że przyszedł już do siebie.
– To drugi pilot Beniamin Pike – Kirtegaard przedstawił towarzysza.
– Josh Parkes – chłopak skłonił się głęboko. Latali wszyscy trzej; brak punktu oparcia sprawił, że złożył się przy tym i rozłożył jak scyzoryk.
– Komputer! – wywołał Pierwszy, – daj cztery procent g, ale pilnuj orbity.
– Zrozumiałem – maszyna była nauczona znaczenia ostatniego zwrotu.
– Ben, zbadajmy tę dwójkę.
Obaj piloci chwycili wpierw mężczyznę i umieścili go na specjalnej ławie zaawansowanego tomografu sprzężonego z kilkoma innymi cudami medycznej techniki. Poziome to leże przechodziło przez światło półtorametrowego pierścienia, niczym spłaszczony palec przez obrączkę. Pike pomanipulował przy panelu i ława wraz z badanym przesunęła się przez obręcz tam i nazad. Po chwili otrzymali diagnozę – nic poważnego. Następnie wykonali badanie z kobietą, a potem ponownie obojgu po kolei, lecz bez skafandrów. Wszystko okazało się w porządku.
Joshua cały czas się przyglądał.
– Co z pozostałymi? – to Pike zadał nieuchronnie nadchodzące pytanie, lecz nim przybyły odpowiedział, dowódca pohamował go.
– Jedna rzecz na raz. Najpierw zbadamy jeszcze chłopaka. Rozbierz się i wskakuj tu – wskazał. Joshua pokornie usłuchał. Gdy podskakiwał pod sufit przy ściąganiu skafandra, Pierwszy zwrócił się do Pike’a. – Wszystko w swoim czasie, Ben. Ciekawość to drugi stopień do piekła.
Kirtegaard miał nadzieję, że to chłopak wyrwie się przed Pike’iem, jednakże on albo zwietrzył podstęp, albo nie chciał odzywać się niepytany. Być może znał ten stary haczyk. Za to Pike łyknął przynętę.
– To co jest pierwszym? – zapytał zdziwiony.
– Nie wiem – z miną niewiniątka odparł Peter, – ale ty jesteś nadal na drugim. Ty mi powiedz, co jest pierwszym.
Parkes sadowił się na blacie śmiejąc się półgębkiem. Drugi docenił dowcip i wtórował dowódcy w pełnym uśmiechu. Za moment przekonali się, że i młodzikowi nic nie dolega.
– No dobrze – spoważniał Kirtegaard. Jego zastępca, jak gdyby cień dowódcy, również przybrał neutralną minę. – To co z pozostałymi, panie Parkes? Nie przeszkodzi, jeśli nagramy całą naszą rozmowę?
– Nie.
– Komputer, rejestruj wszystko, co dzieje się w tym pomieszczeniu, do odwołania. Wszystkie manipulacje na zarejestrowanych danych będą wymagać mojej autoryzacji.
– Rozumiem.
Kirtegaard spojrzał pytająco na Josh’a. Tamten westchnął. Spojrzał na nieprzytomną parę i odetchnął głęboko jeszcze raz.
– Oni myślą, że to Zajcew zabił profesora Globerta – zaczął.
– Zabili Zajcewa? – wyrwał się Pike.
– Cicho, Ben – skarcił go Pierwszy. – Niech opowiada.
– Jones wierzy Zajcewowi... – podjął Parkes.
– Po kolei – przerwał mu Kirtegaard. – Znam waszą ekipę tylko z nazwisk. Wiem, że jesteś praktykantem. A oni to kto? – wskazał ruchem głowy pozostałą dwójkę nie zauważając, że wtrąca się tak samo, jak Drugi przed chwilą. Nie uszło to uwagi Bena, który spojrzał jedynie w wyrzutem na dowodzącego; to wymowne spojrzenie pozostało zupełnie niezauważone przez Kirtegaarda.
– Svenson. Małżeństwo. Martha i eee... Steven.
– OK, myślą, że to Zajcew. A ty jak myślisz?
– Nie wiem – chłopak zawahał się. – Pan pozwoli mi opowiedzieć.
– Właśnie, Peter – poparł go Pike.
– Mów.
– Oni myślą, że Zajcew zabił. Właściwie to pani Svenson jest pewna i przeciąga męża na swoją stronę. Jones, najstarszy naukowiec, wierzy Zajcewowi, a Weberowie... sam nie wiem. Nie oskarżają, ale pewni nie są. Pozostali chyba też mu wierzą.
– A ty? – znów zaczął Kirtegaard.
– Nie wiem... Dowodów nie mam żadnych...
– Ale?
– No... Myślę, że byłby do tego zdolny. Tylko tyle – zdecydował się Parkes.
– Dobra, mów dalej.
– Generalnie pani Svenson nie ufa nikomu, tylko mężowi, i nie chciała lecieć z mordercą. Czy mogę się ubrać? – Josh niespodziewanie zmienił temat.
Zaskoczeni piloci zorientowali się, iż przesłuchują półnagiego. Pike pańskim gestem wskazał kupkę jego ubrań.
– Ale tobie ufa, skoro wzięła cię ze sobą – Kirtegaard sam dziwił się sobie, w jak oskarżycielski ton wpada raz za razem.
– To nie tak – z godnością stwierdził chłopak ostrożnie wciągając spodnie. Starał się nie wzlecieć do sufitu, stracił równowagę i majestatycznie walił się na nos. Niezrażony powolnym upadaniem wciągał gacie aż do ostatniej chwili, kiedy energicznie odepchnął się od podłoża. Kręcąc się jak fryga wystrzelił w górę i wyrżnął potylicą w strop.
– Auć – podpowiedział Ben Pike.
– Auć – Josh opadł trzymając się za głowę. – Podsłuchałem ich rozmowę, że chcą sami odlecieć. Przypadkiem usłyszałem. No i gdy zrealizowali swój plan, ja już siedziałem w rakiecie. Nie mieli wyboru.
– Pięknie – przyznał Kirtegaard. – Zamiast donieść o spisku...
– Chciałem – jęknął Joshua Parkes.
Josh zaczął mówić, jak to siedział samotnie w pomieszczeniu kontrolnym reaktora. Obsługa urządzenia była całkowicie automatyczna i mogła być równie dobrze prowadzona z dowolnego terminala komputerowego na terenie bazy, lub zlecona głównemu komputerowi. Lecz praktykant lubił raz na jakiś czas przyjść do centrum sterowania osobiście, choćby po to, aby przypatrzeć się dziesiątkom wskaźników w tej ciszy i spokoju, w samotności, chłodzie słabo ogrzewanego poziomu zakopanego, jak cały reaktor, kilkanaście metrów pod powierzchnią gruntu. Atmosfera tego miejsca nastrajała go filozoficznie; pokój kontroli reaktora miał dla Josha coś z sanktuarium, w którym można kontemplować istotę wszechrzeczy. W obawie, iż natchnięty aurą tego miejsca spędzi tu na medytacjach długie godziny (tak się już zdarzało), chłopak przychodził bez swetra, by wyjść w momencie, gdy panujący chłód okaże się trudny do dalszego zniesienia.
Zasiadł na centralnym fotelu – w myślach zawsze nazywał go tronem głównego nadzorcy – i ogarnął wzrokiem całą ścianę przed nim. To było teraz jego królestwo, jego imperium, dominium... Stąd mógł bez trudu pozbawić stację zasilania na chwilę, wyłączając prądnice, na godziny, stopując cały reaktor, lub na zawsze, gdyby tylko obszedł procedury bezpieczeństwa i doprowadził do niekontrolowanego stopienia rdzenia; wiedział, jak to zrobić.
– Nadzorowałeś reaktor jądrowy? – zdziwił się Pike. – Praktykant?
– Normalka – uśmiechnął się chłopak. Widać było, że cieszy się z wywartego wrażenia.
Gdy tak siedział na tronie, uwagę jego przykuł wskaźnik ogólnego obciążenia układu. Reaktor pracował z mocą wyższą niż zazwyczaj. Żadne wartości graniczne nie zostały przekroczone i nie sama moc wzbudziła jego obawę. Gdyby miast niego był tu ktoś inny, niechybnie nie spostrzegłby w tym niczego niepokojącego, lecz Joshua Parkes bywał tu na tyle często, przesiadywał tak długo, iż wiedział, że takie obciążenie nigdy się jeszcze nie zdarzyło. Podjechał wraz z tronem do pulpitu i przyjrzał się dokładnie cyfrowemu wskaźnikowi, jak gdyby to w nim leżał powód takiego stanu reaktora. Zaraz obok tkwił indykator analogowy, którego wskazanie ściśle korespondowało z podanym przez sąsiada. Josh postukał delikatnie w jego szkiełko, które teoretycznie mogło zblokować cieniutką igłę na jej drodze po półokrągłej skali, lecz przyrząd ani drgnął. Chłopak popukał również w cyfrowy wyświetlacz, co prawdę powiedziawszy nie miało żadnego sensu.
Wskazania utrzymywały się na stałym poziomie. Przekonany już o ich poprawności praktykant przeniósł wzrok na tablicę rozrządu mocy. To tutaj wskazywany był każdy kilodżul pochłonięty przez dowolną podsieć energetyczną w ciągu poprzednich dwudziestu czterech godzin, a także każdy wat, jaki karmił dowolną z tych sieci teraz lub w innym momencie minionej doby (choć planeta miała własny cykl dobowy, tradycyjnie używano ziemskich jednostek). Ze zdziwieniem skonstatował, że przyczyną tak widocznego wzrostu mocy reaktora nie było obciążenie energetycznej sieci samej stacji, ani w zakresie urządzeń codziennego użytku, ani z powodu laboratorium, które miało osobną gałąź elektryki; również ogólne układy podtrzymywania życia, czyli ogrzewanie, uzdatnianie powietrza i recykling odpadów nie żarły więcej prądu niż zazwyczaj. Szklarni nie był pewien i postanowił wrócić do niej w sytuacji, gdy nie znajdzie źródła anomalii gdzie indziej. Martwe człony bazy zostały fizycznie odcięte od sieci energetycznej w obawie, być może nieco na wyrost, iż niekonserwowana tam instalacja spowoduje zwarcie jakie, czy inny problem, który zagrozi bezpieczeństwu energetycznemu zamieszkałej części kompleksu, toteż wystarczył jeden rzut oka na martwe wskaźniki, by stwierdzić, że nie tam skrywało się rozwiązanie intrygującej zagadki. Dopiero na końcu przyjrzał się kontrolkom odpowiedzialnym za kosmodrom, jego oświetlenie, windy, agregaty grzewcze i pompy paliwowe. Aparatura wykazała, że od siedmiu minut pracują nagrzewnice paliwa zmagazynowanego w zbiornikach, a przed chwilą włączyły się pompy przynależne do wyrzutni numer dwa.
Josh wiedział, że tam właśnie stoi rakieta mająca wynieść ich wszystkich na spotkanie z pojazdem ewakuacyjnym, Zajcew bowiem ogłosił wszystkim plan działania, gdy tylko skończył rozmowę z Kirtegaardem. Według tych wytycznych należało czekać na następny kontakt z pilotami promu, zaś jeśli nawet dowodzący zdecydował się na zatankowanie rakiety już teraz, ogrzewanie paliwa powinno trwać co najmniej pół godziny, nim zacznie się je tłoczyć w górę do drugiego stopnia rakiety, inaczej nie dość, że zamorduje się pompy, to paliwo zmarznie w oczekiwaniu na start dostatecznie, by w kluczowej chwili utracić płynność i zamiast być zbawieniem pchającym drugi stopień wraz z kapsułą załogową ku czekającym ich na orbicie ludziom, stanie się jedynie balastem. Chyba że...
Chyba że zaszło coś nieoczekiwanego i konieczny jest natychmiastowy start. Tylko w takiej sytuacji sens miało tłoczenie ledwo płynnego paliwa w zbiorniki drugiego członu rakiety. W chwili, gdy doszedł do takiego wniosku, Josh cofnął rękę sięgającą w stronę terminala, który mógł posłużyć za telefon. Chciał wypytać kogokolwiek, o co chodzi, wtem zrozumiał, że jeśli rzeczywiście inni gotują się do awaryjnego startu, lepiej gnać do rakiety na łeb, na szyję, niż wydzwaniać po bazie. Po chwili pędził korytarzem ku windzie zastanawiając się, czemuż to nikt nie próbował go znaleźć, czy sytuacja była aż tak poważna? A może i go szukali, tylko dlaczego Zajcew nie włączył ogólnego alarmu, który mógł rozwyć się we wszystkich pomieszczeniach, na zewnątrz i w wybranych pasmach radiowych głośnym sygnałem syren?
Chłopak nie próbował przebić się podziemnym przejściem do głównego kompleksu bazy naukowej. Wiedział dobrze, iż ktoś niezbyt rozgarnięty urządził kiedyś w tym korytarzu tymczasowy magazyn, a potem już tak zostało. Aby dojść do reaktora należało przejść kawałek po powierzchni planety, w skafandrze oczywiście, tak jak on zrobił to kilkanaście minut temu. Biorąc pod uwagę, że pracujący z ułamkiem swej maksymalnej wydolności blok reaktora obywał się świetnie nadzorowany na odległość, zawalony pakami korytarz nie był wielkim problemem. Josh wpadł do śluzy i najszybciej jak mógł wdział skafander zostawiony tu ledwie kwadrans przedtem. Podczas odpompowywania powietrza, zanim otwarły się zewnętrzne drzwi, wyobrażał sobie mimowolnie czerwoną, napuchniętą gwiazdę, w której blasku odległe postaci biegną ku rakiecie, by dotrzeć na Robusta, pospiesznie wskoczyć w hibernatory i w ostatniej chwili uciec z maksymalnym przyspieszeniem przed wszechogarniającym żarem. Z takim obrazem przed oczyma stanął przed ostatnimi wrotami, jakie dzieliły go od rozrzedzonej atmosfery planety, która już być może rozgrzewała się od ekspandującego słońca.
Wyszedł w mrok. Chwilę stał zaskoczony nie tylko tym, że z nieba nie leje się żar, ale i faktem, iż było już po zachodzie. Mizerna gazowa otoczka planety nie dawała nigdy żadnej poświaty przy wschodzie lub zachodzie gwiazdy, jedynie chmury, szczątkowe obłoki, które i tak rzadko w ogóle raczyły utworzyć się w większej ilości, potrafiły zabłysnąć na chwilę na ciemnym niebie lizane promieniami będącej za horyzontem gwiazdy. Teraz jednak albo ich wcale nie było, albo zdążyły były już zagasnąć, i jedynym jasnym punktem po zachodniej stronie były światła kosmodromu, w tym owo najważniejsze w tej chwili, na czubku tankowanej rakiety, które oznaczało, iż pojazd jeszcze tam stoi. Parkes zapalił reflektor na szczycie głowy i ruszył dziarsko w tamtą stronę uważając, by nie potknąć się i nie upaść. Grawitacja nieznacznie niższa niż ziemska czyniła bieganie możliwym, biegł więc. Jednocześnie sprawdzał wszystkie pasma radiowe poczynając od awaryjnych, wywoływał, lecz radio milczało. Biegł spoglądając to pod nogi, to w tchnące nadzieją światło rakiety wieńczące jej sylwetkę, mroczną i nieprzeniknioną, odcinającą się na tle gwiazd. Zastanawiał się, gdyby inni też biegli, czy widziałby ich w tym mroku? Powinni mieć zapalone reflektory, jak on, jednakże przed nim nikogo nie było. Siedzą już w kapsule – uświadomił sobie – albo...
Przystanął i odwrócił się, chcąc popatrzeć, czy ktoś nie biegnie od strony bazy. Ale nie, nie było tam żadnego ruchu, jedynie różnokolorowe lampki tliły się na dachach budynków i systemie anten na wzgórzu po prawej. Nagle zobaczył przed sobą swój cień.
Kiedy zwrócił się na powrót frontem ku rakiecie, była ona już jasno oświetlona. Kiedyś srebrzysta, teraz już po prostu szara wieża tkwiła sto metrów przed nim, oblana z lewej strony jasnym blaskiem halogenowych lamp, które tkwiły na kratowej konstrukcji, prawie tak samo wysokiej, będącej przede wszystkim prowadnicą dla windy. Prawa połowa rakiety tonęła w mroku, przez kontrast z lewą jakby jeszcze bardziej czarna niż przedtem. Cień jej całej kładł się na prawo i biegł w dal, aż w pewnej odległości zatracała się granica pomiędzy nim, a gruntem oświetlonym, a może to był już horyzont? Joshua stał na samej granicy jasnego placka, jaki rzucały silne lampy; gdyby cofnął się o kilka kroków, skryłby się w ciemności.
Zaczął znowu biec, ucieszony widokiem windy na poziomie gruntu – nie będzie tracił czasu na sprowadzenie jej z góry. Jednocześnie zdjął go strach, bo jeśli rakieta zacznie teraz startować, nie będzie już gdzie uciec, schować się przed buchającym ogniem odrzutu; nie pozostanie po nim nawet skafander, a może jednak tylko on? Był w połowie odległości, gdy nagłym przebłyskiem objawiło mu się, iż gdyby start miał być zaraz, tuż, to czy platforma nie byłaby na górze? Zatem czekali na niego, może na kogoś jeszcze. Josh wznowił nawoływania przez radio.
Pstryk.
– ... siedem minut na powrót. – rozległo się w słuchawkach. Joshua nie mógł rozpoznać głosu, ale przypuszczał, że jeśli nawoływany nie wróci w ciągu tych siedmiu minut, reszta odleci bez niego. Byłoby to do mnie? – zdążył pomyśleć i już otworzył usta, by zameldować, że jest u windy, lada chwila wjedzie na górę, gdy odezwał się głos znacznie bliższy i wyraźniejszy.
– Pospiesz się, kochanie. Musisz wysadzić te anteny, żeby nikt nie ostrzegł Robusta!
Znał ten głos i nie mógł się pomylić. To Martha Svenson. Josh pospiesznie skoczył w cień po drugiej stronie kratowej wieży. Rakieta i winda były oświetlone i doskonale widoczne, a on, choć stał na otwartej przestrzeni, był w mroku. Rozpaczliwie próbował jednocześnie wyłączyć reflektor na hełmie i przełączyć radio w tryb tylko do odbioru, co wymagało manipulacji na panelu na lewym ramieniu, by po chwili poświęcić wszystkie starania pierwszemu z tych dwu zadań. Wstrzymał z trudem oddech, żeby swym sapaniem nie zdradzić się w eterze, i dopiero gdy lampa zagasła, zajął się w pośpiechu radiem. Z pewnym zaskoczeniem stwierdził, iż było ono cały czas w tym trybie, widocznie poprzedni użytkownik skafandra tak to zostawił, a on nie upewnił się i wydzierał się tylko we wnętrzu swojego hełmu. Z ulgą wypuścił powietrze i zastygł zasłaniając ręką świecący panel, aż ten po chwili bezczynności zagasł.
– Używali głuchego kanału – poinformował Kirtegaarda i Pike’a. – To jest...
– Wiemy, czym jest głuchy kanał – uświadomił mu Pierwszy. Chodziło o częstotliwość, na której zdolne są nadawać i której nasłuchują radia skafandrów, a której z takiego lub innego powodu nie wyłapuje standardowo ustawione radio bazy. Parkes słyszał, bo był w skafandrze.
Zaczął wycofywać się w kierunku bazy, zwracając baczną uwagę, by jak najdłużej pozostać w cieniu. Mógł na alarmowym kanale poinformować innych o zamiarach Svensonów; co do tego, że chcą odlecieć sami, nie miał żadnych wątpliwości, wiedział doskonale, że Martha paranoicznie obawia się zabójcy doktora Globerta. Alarmowy kanał to było nie byle co: każda próba łączności na nim, nawet jeśli niewychwycona przez człowieka, postawi w stan gotowości główny komputer, a ten już zaalarmuje personel. Ale z drugiej strony we wszystkich skafandrach zapali się alarmowe światełko, Josh nie był pewny, czy wskutek użycia zastrzeżonej na tę okoliczność częstotliwości, czy poprzez zdalny sygnał z centralnego komputera bazy, lecz był przekonany, że spłoszy to parę. A jeśli nawet nie uda im się wysadzić anten, to jeśli odlecą jedyną rakietą...
Praktykant nie wiedział, że Robust jest zdolny lądować na planecie.
Nie kierował się wprost ku bazie, ale przytomnie zboczył w okolice zbiorników paliwowych i pozakręcał zawory. Chętnie przestawiłby pompy, by oddały paliwo z powrotem do cystern, lecz nie mógł stąd tego zrobić, a na dotarcie do odpowiedniego miejsca nie było czasu. Postanowił ostrzec innych. Pobiegł do bazy kierując się na jej mdłe światełka. Cały czas nasłuchiwał na kanale używanym przez Svensonów, lecz oni nie mówili nic. Przebiegł ponad połowę odległości, gdy wykombinował, że skoro utrzymują kontakt ze sobą, to prawdopodobnie nie monitorują innych kanałów i można bezpiecznie próbować wywołać bazę, o ile tylko ktoś siedzi tam i nasłuchuje. Ale nigdy wcześniej nie widział, by ktoś sobie ot tak nasłuchiwał, zatem porzucił ten pomysł, tym bardziej że wymagałoby to przekonfigurowania radia, co trudno zrobić w biegu; potem musiałby wyjaśniać sprawę dysząc do mikrofonu, bo wypluwał już z siebie płuca pędząc jak najszybciej w ciemności. Nie zdążył nawet zdziwić się, że biegnie jak po stole, z wyłączonym reflektorem, i wcale się nie potyka. Załączył światło i pomknął do głównej śluzy, która była za rogiem, lecz chwilę przedtem, nim wybiegł zza węgła, przy śluzie błysnęło i wzniosła się kurzawa; Josh nie wyhamował i wbiegł w chmurę pyłu tracąc na chwilę orientację. Owionął go strumień powietrza bijący ze śluzy, dzięki czemu cały uniesiony pył momentalnie zwiało, zaś oczom jego ukazały się resztki drzwi, blachy wygięte wybuchem do środka pomieszczenia, świadczące o tym, że ładunek podłożono na zewnątrz. Wybuch rozhermetyzował też drzwi wewnętrzne, lecz już zniszczenie pierwszych wyłączyło z użytku całą śluzę. W świetle reflektora na jego hełmie rozerwane odrzwia rodziły wrażenie, jakby budynek stał opuszczony i zdewastowany od wielu lat.
Mimo utraty hermetyczności śluzy, stacja i jej załoga mogły przetrwać. Konstrukcja nie była głupio pomyślana i posiadała hermetyczne grodzie opuszczane automatycznie w razie sytuacji zagrożenia. Josh miał nadzieję, że nikogo nie było w bezpośrednim sąsiedztwie śluzy, ponieważ człowiek taki mógł nie zdążyć uciec za gródź, nim się zamknęła, walcząc dodatkowo z podmuchem uciekającego powietrza; nie mówiąc o tym, że zranić go mógł sam wybuch.
Pozostawała druga śluza, po przeciwnej stronie budynku. Joshua Parkes wystartował do biegu nim zastanowił się, w którą stronę będzie bliżej, na szczęście pobiegł właściwie. Ponieważ lampa na jego głowie dawała plamę światła nie dość rozległą, by komfortowo biec wzdłuż ściany nie wpadając na nią prawym bokiem i nie oddalając się zbytnio na lewo, a jednocześnie świecić sobie pod nogi, młody mężczyzna trzymał się budynku po omacku, sunąc po ścianie prawą ręką, a gdy ta powierzchnia urwała się, co znaczyło, że dotarł do rogu, gdzie powinien zakręcić, spojrzał w prawo akurat w chwili, gdy wybuchło pod antenami widocznymi na tle nieba jako cztery pionowe konstelacje czerwonych światełek (wieże) i jeden owalny cień (czasza). Pomarańczowo świecące obłoki wykwitły u stóp konstrukcji, a anteny powoli i z gracją poczęły walić się, jakby nawet ten proces w przypadku ich wielkości wymagał wysiłku i nie mógł być zrobiony szybko i byle jak.
Josh stanął i wsparł dłonie o kolana. Dyszał, przez co szybka jego hełmu momentalnie zaparowała, czy może była taka już od jakiegoś czasu? Wybuchy widział dokładnie, więc chyba zaparowała dopiero teraz. Nie był w stanie orzec, nie wiedział. Jedyne, co wiedział, to to, iż teraz na pewno Steven Svenson zmierza do rakiety. Nie wahał się już i przestawił radio.
– Svensonowie porywają rakietę! – krzyknął nie mając pewności, czy pozbawiona anten baza odbierze ten komunikat. Były jeszcze małe antenki na dachu budynku, ale Josh stał niemal pod samą ścianą, więc nie musiały wyłapać jego sygnału. Nie zastanawiając się nad tym wiele, pocieszając się, że wybuch przy śluzie i utrata wielkich anten w wystarczający sposób zaalarmują wszystkich wewnątrz, ruszył, by po raz trzeci przebyć dystans między kompleksem a rakietą.
– Nie chciałem zostawiać tamtych ludzi, ale sam też chciałem lecieć – praktykant przerwał na chwilę patrząc w oczy to jednego, to drugiego pilota. Mężczyźni słuchali go z uwagą.
Porządnie zmęczony rwał do przodu obserwując podnóże rakiety stojącej nieruchomo i przypominającej strzelisty minaret w trakcie remontu, u jej boku tkwiło przecież mniej malownicze kratowe rusztowanie. Światła nadal niewzruszenie zalewały jej jeden bok jasnością pozwalając drugiemu zatracić się w cieniu, zaś winda cały czas spoczywała na dole. To podniosło Josha na duchu, ponieważ znaczyło, że Svenson nie wjechał jeszcze na górę, dawało szansę na zwycięstwo w wyścigu. Rozglądając się w kierunku, gdzie przed minutą stały anteny, skąd najprawdopodobniej nadbiegnie rywal, Parkes po raz pierwszy potknął się. Tylko błyskawiczny refleks uratował go od rozbicia szybki o podłoże i uduszenia się w beztlenowej atmosferze. Nie bacząc na bolące palce u lewej nogi młodzik podniósł się i ruszył dalej.
Wbiegł w oświetlony obszar z lekkim uczuciem ulgi: gdyby Steven Svenson miał dotrzeć do rakiety przed nim, Josh musiałby już go widzieć, tymczasem nie było nikogo. Tamten był z tyłu, jak daleko? – nie wiedział, ale i nie chciał oglądać się za siebie, nim nie dopadł do windy i nie wcisnął podświetlonego guzika. Dopiero gdy okratowana platforma ruszyła, odwrócił się i spostrzegł postać biegnącą w skafandrze niecałe dwadzieścia metrów od niego. Bezpieczny już jechał w górę i dopiero wtedy wrócił na odbiór kanału, na którym wyśledził Svensonów kilka minut przedtem.
– Martha, ktoś jedzie do ciebie! – na całe gardło ryczał Steven. – To nie będę ja! Zrzuć go z góry! Nie jestem na windzie!
Josh rozejrzał się nerwowo za jakąś bronią, której mógłby użyć przeciwko idącej za radą męża kobiecie. Rurka, pręt, kabel, cokolwiek. Nie miał nic. Zdecydowany walczyć do ostatka i bez skrupułów strącić ją na dół, lub rozbić jej szybę i tym samym udusić, wjechał na poziom pomostu prowadzącego do kapsuły. Nie było na nim nikogo.
Przez chwilę stał osłupiały nie opuszczając windy, jak gdyby bojąc się niewidocznej zasadzki czekającej nań na wąskiej kładce. Na dźwięk mechanizmu dźwigu rzucił się do przodu.
Winda pojechała na dół. Ponieważ nie miała żadnych drzwi, których otwarcie mogło zblokować ją w danym położeniu, ani innych zabezpieczeń, po krótkim postoju zareagowała na nerwowe próby wezwania jej na dolny poziom. Joshua spojrzał na panel na rękawie, gdzie powinna się była palić czerwona lampka alarmowa, lecz była ona ciemna. Ostrzeżenie nie zostało odebrane. Popatrzał z wysokości kilkunastu pięter na odległe o niecałe pół kilometra budynki, od których nikt nie nadbiegał, na pogruchotane anteny, wokół których kurzawa już osiadła, bo nikła atmosfera nie pozwalała takim pyłom unosić się długo, a i wiatr przypominający na tej planecie raczej łagodną bryzę nie powodował zazwyczaj żadnej zamieci; o huraganie nikt nigdy tu nie słyszał. Patrząc z góry na dzieła Svensonów – zniszczone instalacje, opuszczonych ludzi, którzy byli gdzieś tam, pojął, iż pozostawała tylko walka lub samobójstwo. Czy dyshonorem było, że z dwojga przeciwników wybrał kobietę? Nie chciał tego, lecz widząc, jak mocniejszy z nich dwojga wjeżdża na górę, postanowił od niej zacząć. Wszedł do kapsuły, w której doprawdy nie było miejsca na porządne starcie, a wtedy pani Svenson, która siedząc we wnętrzu nie odebrała ostrzegawczych wrzasków, już na miejscu i opasana, a na dodatek przekonana, że to jej mąż we własnej osobie wkracza tu zgodnie z planem, włączyła zapłon, który potrzebuje kilkudziesięciu sekund na rozruch, ale nie można już go zatrzymać.
– Tu zrobiłem błąd – Josh przyznał pilotom. Skoro bowiem rakieta musiała wystartować, czy nie powinien grać Stevena, zamknąć właz, rozsiąść się wygodnie i słuchać, jak nadchodzący bezsilnie stuka w metalowe drzwi, które od zewnątrz niemożliwością jest otworzyć, a potem milknie, gdy narasta inny hałas, dalece potężniejszy, rumor silnika pierwszego stopnia, który zmiata natręta, będąc mu zapowiedzią ogni piekielnych? Kirtegaard i Pike zgodzili się, że powinien.
Zamiast tego rzucił się na nią. Uderzył kilka razy w szybę hełmu, ta jednak mocniejsza była, niż się spodziewał, a może utracił zbyt wiele sił na bieganie tam i z powrotem. Dość, że nic nie zdziałał, i tylko fakt, że Steven Svenson wjechał wreszcie windą i przytomnie domknął i uszczelnił właz uratował ich wszystkich przed wyleceniem w kosmos w otwartej rakiecie. Przytomności umysłu nie starczyło mu na wiele więcej.
– Ty zdziro! – darł się na kanale odbieranym i przez Josha. W tak ciasnej przestrzeni napełniającej się normalnym, zdatnym do oddychania powietrzem usłyszeliby go i bez radia. – Chcesz mi uciec sprzed nosa z nim!?
– Czas był najwyższy, by usiąść. Pierwszy stopień odpalił i zaczęła się jazda. – kończył relację młodzian. – Resztę znacie.

--
Czajnik. Kupiłem czarny czajnik. Pojemność – dwa czterysta.
Pojemność – dwa czte… Sie-dem je-den ma do set-ki!
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Lajka Superbojowniczka od 15 maja 2005 | Katowice | GG: 8388337
2006-03-23 14:55:44 Zgłoś
Calkiem si
Ale na pogubilam sie w postaciach ;)
strasznie to na poczatku nie wyrazne...
ze niby 3 fotele zajete a on wisi? a pozniej ktos tam jest jeszcze.. ;) to nie moj dzien na myslenie

--
Jam jest jako ten człowiek, który przeszedł.
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj