Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Srogi kaktus, milordzie! – Historia o tym, jak w pięknych okolicznościach przyrody naprułem się meskaliną

45 287  
217   37  
To był jeden z tych leniwych dni, kiedy człowiek leży sobie do góry brzuchem i zastanawia się w jakie to wpakować się tarapaty. Zadumę nad grzybem rosnącym na ścianie hotelu w Cusco zakłócił mój telefon oznajmiający przyjście wiadomości na Messengerze. „Cześć! Może wpadniesz do nas?” - pytała się koleżanka, której nie znałem, a z którą od ostatnich kilku dni korespondowałem za pośrednictwem internetowego komunikatora. Pewne rzeczy się wyczuwa. Doskonale już wiedziałem, że w ciągu następnej doby zdarzy się coś ciekawego.
Podróżnicy, artyści i ciekawi świata nomadzi, Miłka i Bożydar, bo tak nazywali się moi nowi znajomi, od kilku tygodni siedzieli w Ollantaytambo, mieścinie, która niewiele zmieniła się od czasów panowania Inków. Otoczone górami pueblo to jeden wielki skansen. Mury wielu domów pamiętają jeszcze rządy Pachacuteca, a wąskie, wybudowane setki lat temu uliczki nadal wyłożone są kamieniami, które umieścili tam indiańscy budowniczowie. Ba, nawet odpływ wody w czasie deszczu odbywa się kanalikami zaprojektowanymi przez dawnych architektów. Panujący w Ollantaytambo klimat w tym szczególnym okresie nie jest zakłócony watahami turystów, dzięki czemu ma w sobie coś niezwykle magnetycznego. W pełni więc rozumiem, dlaczego dwójka sympatycznych Polaków postanowiła osiąść właśnie tam. Nie mogłem więc odmówić sobie okazji do spędzenia paru fajnych chwil w tym niesamowitym miejscu, w towarzystwie dwójki uroczych osób o pięknych duszach.

Zwlekłem się z hotelu i pomaszerowałem w kierunku cuscańskiej starówki, mijając po drodze kilka grubych Indianek, leniwego psa i grupkę dzieciaków kłócących się o to, który z peruwiańskich piłkarzy zaliczył więcej kobiet w swoim życiu. Kiedy przechodziłem koło wielkiego, zadaszonego rynku San Pedro, coś mnie tknęło. „Wejdę, jakieś owoce kupię czy coś…?”. Może faktycznie mam słabość do rynków, a może nazwa tego konkretnego uderzyła w jakąś cieniutką strunę mojej podświadomości? Po chwili już lawirowałem między rzędami budek, stolików i straganów, szukając cholera wie czego, bo przecież mój plecak pełen już był owoców, przekąsek oraz orzeszków.



I tak właśnie trafiłem do alejki, w której nie było ani jedzenia, ani pamiątek. W tej części bazaru handlowano magią, a właściwie wszystkim tym, co potrzebuje peruwiański curandero do przeprowadzenia szamańskiej ceremonii. Od suszonych lam, przez amazoński tytoń mapacho, tabakę rapee, grzechotki, aromatyczne zioła, aż po kadzidła czy wodę kwiatową. Przy jednym z takich stanowisk leżały wielkie, przypominające przerośnięte cukinię kawałki kaktusa. Stanąłem jak wryty. Przed oczami wyświetliły mi się bowiem wydarzenia sprzed dobrej dekady, kiedy to jeszcze jako młodzieniec, pracujący na zlecenie pewnego magazynu popularnonaukowego, wybrałem się na północ Peru, aby napisać reportaż na temat tamtejszej tradycji picia naparów z halucynogennego kaktusa o nazwie… San Pedro!

„A może by tak kupić?” – pomyślałem. Szybko jednak wróciłem na ziemię. Niby jak miałbym taki wywar przygotować? Przecież tego kolczastego potwora trzeba pociąć, dobrze wygotować, oddzielić odpowiednie porcje. Nie znam się na tym kompletnie. „Czego szukasz?” – przerwała mój wewnętrzny moralizatorski monolog uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna, która wychyliła się z okienka i łypała na mnie swoimi wielkimi, pięknymi oczami. „Eeee… Fajny kaktus. Macie do niego instrukcję?” – niezdarnie bąknąłem. „A nie wolisz wersji instant?” – okazało się, że oprócz pięknych oczu, niewiasta ma też śliczny uśmiech. Szczerząc się słodko, wyjęła spod lady cztery niewielkie woreczki wypełnione zielonym proszkiem. Przez chwilę stałem mierzwiąc w dłoniach jedno z zawiniątek, które to miało być czymś analogicznym do chińskich zupek Vifona. Zalewasz to wodą, mieszasz, pijesz i czekasz, aż przemówi do ciebie pobliski krzaczek. W praktyce zaś to wysuszone na pieprz talarki kaktusa, które to zostały zmielone, odważone i zapakowane w woreczki. Jeden woreczek to porcja dla jednej dorosłej osoby. Sprytne.

Ze względu na treść, ten artykuł jest dostępny tylko dla osób pełnoletnich.

Żeby przeczytać go w całości zaloguj się, a jeśli masz 18 lat i nie masz jeszcze konta na JM załóż sobie konto bojownika. Wymagane jest konto aktywne.

Oglądany: 45287x | Komentarzy: 37 | Okejek: 217 osób


Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.05

18.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało