Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Na te zabawki stać było każdego dzieciaka w okresie PRL-u. Mało kto jednak wie, że historia plastikowych żołnierzyków sięga... starożytnego Egiptu!

49 906  
194   37  
Był rok 1989. Ja, mały szczyl, pilny uczeń pierwszej klasy podstawówki, zabrany zostałem przez mamę do łódzkiego lunaparku – miejsca, gdzie można było wypaść z zardzewiałego wagonika rollercoastera, zgubić się w zamku strachów wielkości kawalerki oraz postrzelać sobie wiatrówką do metalowych blaszek. Miałem szczęście i trafiłem w tyle celów, że kwalifikowałem się do odebrania nagrody. A był nią czarno-biały fotos z wizerunkiem Rambo oraz mały, zielony żołnierzyk trzymający w dłoniach karabin z krzywą, smętnie wiszącą niczym kut#s tapira, lufą. Mały ludzik uzupełnił całą armię takich zabijaków, którą miałem w domu.

Były to wówczas moje ulubione zabawki. I to wcale nie dlatego, że w rzyci miałem pacyfizm, jarałem się militariami, czy – zafascynowany wojennymi opowieściami mojego dziadka – marzyłem o karierze wojskowej. Te niewielkie, wykonane z nędznego plastiku figurki były nie tylko łatwo dostępne w zabawkowych sklepach schyłkowego PRL-u, ale i przede wszystkim – tanie (w każdym razie na tle takiego He-Mana czy klocków Lego z Peweksu). Moją armię trzymałem w worku razem z całym asortymentem – czołgami, samolotami i autkami terenowymi.
„Kioskowce” - tak często na zielonych żołdaków mówiono. Jak sama nazwa wskazuje – figurki te często znajdowały się w ofercie kiosków z prasą. Czasem też identyczne odlewy z wykonaną w podstawce dziurką służyły za… fragment patyczka od lizaka!

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zabawki, którymi się wówczas bawiłem, to odrobinę tylko ulepszona wersja figurek będących na „rynku” od setek lat! Na protoplastów współczesnej plastikowej armii natrafiali archeolodzy wewnątrz egipskich grobowców. Wykonano je z drewna, były ręcznie malowane, a każdy z ludzików posiadał włócznię i tarczę. Na skalę masową jednak mali zabijacy zaczęli być produkowani dopiero gdzieś w drugiej połowie XVIII wieku. Wówczas to dwóch mieszkających w Norymberdze braci - Johann Gottfried Hilpert oraz Johann Georg Hilpert – założyło niewielką manufakturę i za pomocą form do odlewów zaczęli wykonywać żołnierzyki z cyny, które zastąpiły dostępne wówczas na rynku podobne zabawki zrobione z… papieru. Odlewane figurki były dość płaskie i zazwyczaj posiadały jeden tylko kolor.


Pomysł ten w gruncie rzeczy wcale nie był nowy – już w XII wieku na znacznie mniejszą skalę w Magdeburgu produkowano miniaturowe podobizny świętych, a wielu słynnych dowódców „bawiło się” małymi żołnierzykami podczas obmyślania wojennych strategii. Wielkim miłośnikiem zbierania tych ludzików był na przykład Napoleon! Przesuwanie figurek po wielkich mapach było dla cesarza Francuzów tak wielką przyjemnością, że sięgał on nie tylko po zabawki dostępne na rynku, ale i ponoć zainwestował sporo pieniędzy w unowocześnienie technologii ich produkcji!
W dalszym jednak ciągu prawdziwą ojczyzną odlewanej armii były Niemcy oraz Prusy, czyli kraje o dość długiej historii wojaczki. Swego czasu niemałą popularnością wśród mieszkańców tych państw cieszyła się na przykład pruska gra strategiczna Kriegsspiel. Podczas gdy dorośli godzinami prowadzili planszowe potyczki, małolaty biegały z ołowianymi żołnierzykami w rączkach. W pierwszej połowie XIX wieku ten właśnie metal wyparł dotychczas używaną przy produkcji odlewów cynę. Coraz też częściej kupić można było figurki w pełni trójwymiarowe. Dzięki ulepszeniu technologii, zabawki te posiadały znacznie więcej detali, były też wytrzymalsze oraz regularnie doprowadzały do zatruć wśród dzieciarni, która pakowała sobie ołów do ust…


W tamtym też czasie zaczął się rodzić rynek kolekcjonerski, a hobbiści z całej Europy nie tylko zbierali te zabawki, ale także wymieniali się nimi. Jednym z takich „nerdów” był na przykład Winston Churchill, który mógł się pochwalić całkiem sporym zbiorem ołowianych ludzików. Posiadał między innymi bardzo dobrze wykonany zestaw piechurów i kawalerii spod Waterloo.


Skoro już jesteśmy przy tym słynnym brytyjskim polityku, to trzeba też dodać, że w czasach jego młodości w Wielkiej Brytanii właśnie firma zabawkarska Williama Britaina zrewolucjonizowała metodę produkcji ołowianej armii. Dzięki zastosowaniu odlewów pustych w środku figurki były lżejsze i znacznie tańsze niż te wytwarzane przez Niemców.
Wypuszczane na rynek zestawy żołnierzyków najczęściej dotyczyły konkretnych bitew – od wspomnianego Waterloo, przez Alamo, czy wielkie potyczki wojny secesyjnej.


Przed wojną niemiecka firma Elastolin produkowała takie ludziki zastępując toksyczny ołów mieszanką kleju i trocin. Imperialistyczne, militarne ciągoty III Rzeszy mocno napędzały koniunkturę tego przedsiębiorstwa. Nawet w okresie wojny niemieckie dzieciaki bawiły się żołnierzykami Elastolin. Były to dobrze wykonane podobizny członków różnych segmentów szwabskiej armii – od piechoty, przez czołgistów, lekarzy polowych, generałów w mundurach Hugo Bossa, aż po oddziały marynarki, Luftwaffe, a nawet Hitlerjugend. Mało tego! W sklepach pojawiły się nawet figurki przedstawiające konkretne osoby. Wśród nich był na przykład Göring, Hess i Goebbels. Spora popularnością cieszyły się też ludziki o twarzach Franco czy Mussoliniego.


Kolejna rewolucja w wytwarzaniu tych zabawek miała miejsce na początku lat 50. XX wieku, w czasach kiedy świat wylizywał rany po jednym z największych konfliktów w historii. Jego oczywistą konsekwencją było rozpoczęcie masowej produkcji figurek przedstawiających żołnierzy walczących na frontach II WŚ. Popularne wówczas stało się wykonywanie odlewów z plastiku, co jeszcze bardziej obniżyło koszty. Prototyp ludzików, które dziś znamy, produkowany był już w 1938 roku przez amerykańską firmę Bergen Toy – uznaje się, że to właśnie tam powstawały pierwsze plastikowe armie, które wkrótce miały tez podbić serca europejskiej dzieciarni.


Zabawki amerykańskiego potentata nawiązywały do mundurów i wyposażenia żołnierzy walczących na frontach I wojny światowej. Wielu badaczy uważa, że były one dość wierne historii i zarówno stroje, jak i broń miały swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Tego już nie można powiedzieć o późniejszych zestawach, które zalały europejskie sklepy z zabawkami. Producenci żołnierzyków nie mieli oporów przed np. dołączeniem do używanego podczas wojny w Wietnamie karabinu M-16 z bagnetem należącym do zupełnie innej broni. Aby zmniejszyć koszty materiału, dodawane do zestawów samochody, samoloty i czołgi były też inaczej zeskalowane niż postaci ludzkie. W efekcie tego członek amerykańskiej piechoty bywał np. o głowę wyższy niż czołg M4 Sherman…

Mimo że od czasów zakończenia II wojny światowej minęło już 75 lat, a w międzyczasie doczekaliśmy się kilku innych konfliktów, w dalszym ciągu większość plastikowych ludzików to mniej lub bardziej dokładne historycznie postacie żołnierzy z tego właśnie okresu. Wynika to z pewnego rodzaju romantycznej, podlewanej setkami perełek kina wojennego, wizji tamtych wydarzeń, które to zostały zapamiętane jako wielka walka „tych dobrych” z „tymi złymi”.
Stare prasy sprzed kilku dekad w dalszym ciągu wypluwają z siebie miliony zabawek, które są tak tanie, że stać na ich zakup najbiedniejszych nawet rodziców.


Na koniec wspomnijmy jeszcze o polskim „epizodzie” w historii figurkowych odlewów. Ich produkcją w okresie międzywojennym zajmowały się dwie rodzime firmy – Cezar i Mars, które wytwarzały te zabawki z ołowiu. Polacy mieli całkiem dużą ofertę – kupić wówczas można było zarówno ułana, jak i piechura wojsk etiopskich. W okresie PRL-u zaś mogliśmy obserwować podobny trend, jaki istniał przy produkcji nielicencjonowanych figurek bohaterów „Gwiezdnych Wojen”. Matryce tworzone były z odlewów żołnierzyków przywiezionych z zachodnich państw. I tak na przykład wiele zestawów będących w ofercie m.in. gdańskiej Spółdzielni Rzemieślniczej „Spójnia” było mieszanką modeli skopiowanych z oferty austriackiej firmy Roco, podróbek brytyjskich figurek produkowanych przez Airfix i ich włoskich odpowiedników od ESCI. Tymczasem do stworzenia matryc niektórych pojazdów użyto resoraków Matchboxa! Podobne zabiegi stosowała też pewna firma ze Zgierza, której produkty zapakowane do torebki z tematycznie ozdobionym, kartonowym blistrem kupić było można w niejednym kiosku!














Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9
4

Oglądany: 49906x | Komentarzy: 37 | Okejek: 194 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.02

20.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało