Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dlaczego warto było pociąć swoje przedramiona żyletką i gdzie kupowało się trunki podczas prohibicji - rozmawiamy z Jackiem o tym, jak kiedyś żyło się punkowi

79 673  
269   38  
Punk rock niegdyś stanowił siłę, która miała potencjał do zmieniania świata. Sex Pistols bezceremonialnie pokazywali światu - i ukochanej przez Brytyjczyków monarchini - środkowy palec, podczas gdy The Clash, jak przystało na artystów z sercem po lewej stronie, śpiewali o społecznych niesprawiedliwościach. W Polsce punkowi buntownicy chcieli zmieniać rzeczywistość poprzez walkę z komuną - do dziś za najważniejsze kapele tego gatunku uważa się te powstałe ponad trzydzieści lat temu: żeby wymienić na przykład Dezertera, TZN Xennę, Moskwę, Siekierę czy Armię.

Wspomnienia starych punków często gloryfikują przeszłość i, delikatnie mówiąc, bywają oderwane od rzeczywistości - tak tej sprzed kilku dekad, jak i dzisiejszej. Nietrudno też zauważyć, że coraz rzadziej widzimy na murach niegdyś popularne hasło "Punk's not dead". Mój rozmówca, czterdziestodziewięcioletni Jacek, pochodzi z jednego z największych miast na Dolnym Śląsku i do starych czasów wraca z uśmiechem i dystansem. Bez nadęcia, ale szczerze mówi o realiach, które dziś stają się coraz bardziej mglistym wspomnieniem z niewyraźnych fotografii. Ciekawa jest też perspektywa, z której mój rozmówca patrzył na rozwój punka w Polsce - mimo wszystko znacznie bardziej prowincjonalna, przez co nabierająca jeszcze więcej autentyczności. Co przysparzało najwięcej problemów w szkole, dlaczego - dla bezpieczeństwa - warto było pociąć swoje przedramiona żyletką i gdzie kupowało się trunki podczas jarocińskiej prohibicji: zapraszamy do lektury wywiadu z gościem, który (dosłownie) na punk rocku zjadł zęby.

Kiedy po raz pierwszy w ogóle spotkałeś się z określeniem "punk"?

Słowo "punk" usłyszałem po raz pierwszy na początku lat osiemdziesiątych - jeszcze przed ogłoszeniem stanu wojennego. Jako karmiony oficjalnym przekazem dzieciak na początku uważałem, że to absurdalny ruch. W czasie boomu polskiej muzyki rockowej byłem fanem Lady Pank. Pewnego dnia jednak w telewizji zobaczyłem fragment występu zespołu SS-20, który później wyewoluował w Dezertera. Do dzisiaj pamiętam ten urywek - zaprezentowano kawałek "Nie pożyjesz", w którym padły słowa "Sam już nie wiesz, po co żyjesz". To było pokazanie wariatów - wtedy tylko tak prezentowano Jarocin i muzykę inną niż ta popularna. Narkomani, degeneraci. Większość społeczeństwa tak to postrzegało.

https://youtu.be/yKJOVI8IlXQ
To chyba musiało robić spore wrażenie, szczególnie w tamtych okolicznościach.

Pomyślałem tylko: "co to za wariaci?". Wychowałem się na klasyce rocka - mój wujek słuchał hard rocka, uwielbiał Led Zeppelin i zabierał mnie, gówniarza, na różne ciekawe koncerty. Byłem w szóstej klasie, gdy na żywo widziałem już takie grupy jak Nazareth czy Saxon. Przeżyłem szok, że ten punk jest tak gówniany muzycznie (śmiech).

W twoim bezpośrednim otoczeniu już wtedy pojawiali się jacyś punkowcy?

Z perspektywy 2019 roku może trudno w to uwierzyć, ale niedługo po naszym specyficznym pierwszym spotkaniu punk stał się naprawdę modny. Na moim osiedlu pojawiło się sporo gości z irokezami - choć do noszenia takiej fryzury trzeba było wyhodować jaja ze stali. Częściej spotykałem takich z włosami postawionymi na sztorc. W większości znałem tych "załogantów" - prym wiodły tam chodzące na dyskoteki lokalne pojeby. Nie przepadałem za nimi, więc mój pierwszy obraz punka był nieco zniekształcony. Ortodoksów raczej nie widywałem - w oczy rzucali się pozerzy poprzebierani w skóry, noszący wąskie okulary, krawaty, śledziki i agrafki. W kwestii obuwia też nie można mówić o większych śladach subkultury - dopiero po jakimś czasie zaczęto nosić słynne "rumunki", ówczesny odpowiednik glanów.

Taka załoga chyba nie miała prawa długo się utrzymać? To co się stało, że jednak pokochałeś punk rock?

Spora część ekipy zaczęła się wykruszać - dla wielu punk okazywał się sezonową modą jakich wiele. Ale zakolegowałem się z jednym z bardziej kumatych gości z załogi i zacząłem jeszcze bardziej wsłuchiwać się w teksty. Idealnie trafiło to w światopogląd gówniarza, który zadawał sobie coraz więcej pytań. Dlaczego oficjalnie Ruscy to przyjaciele, a kapitalistyczni Amerykanie symbolizują wszystko co złe? Nie mogłem zrozumieć też, dlaczego przez aktualną sytuację polityczną żołnierzy ze Wschodu i Zachodu dzieliło się na dobrych i złych, skoro wszyscy tak naprawdę robili to samo. "Atomowa śmierć" Dezertera trafiła wtedy do mnie naprawdę mocno. "Wszystkie kurwy mają czołgi, te znad Renu i znad Wołgi".

https://youtu.be/5TL0GtPB1k8
We wspomnieniach ludzi związanych z rozwojem punk rocka w Polsce jednym z głównym problemów było dotarcie do muzyki. A jak wy, w dość niewielkim mieście, radziliście sobie z tą kwestią?

O szerokim dostępie do muzyki niezależnej mogliśmy pomarzyć. Pierwsze kasety usłyszałem od kilka lat starszych kolegów. Siadaliśmy sobie na ławeczce, odpalaliśmy starego Grundiga i przeżywaliśmy punkowe emocje. W ogromnej większości pożyczaliśmy sobie taśmy z polskimi zespołami - oczywiście rejestrowanymi na koncertach; materiały studyjne praktycznie się nie pojawiały. Jakość była fatalna, ale nikomu to nie przeszkadzało. Czasami ktoś z zagranicy przywiózł jakiś album Sham 69 czy słabej jakości nagrania Sex Pistols, ale zdarzało się to od wielkiego święta. W połowie lat osiemdziesiątych punk rock obecny był już jednak w radiu. Ogromna w tym zasługa promujących ten gatunek Marka Wiernika czy Tomka Ryłko. Uciekaliśmy ze szkoły, żeby słuchać Rozgłośni Harcerskiej. Wszystko zmieniło się po 1989 roku, kiedy rozkwitło piractwo i nawet na polowych łóżkach rozstawionych po bazarach można było znaleźć prawdziwe perełki.

Pewnego rodzaju ukoronowaniem przynależności do ruchu musiała być wizyta w Jarocinie. Jak wspominasz swój pierwszy festiwal?

Pierwszy Jarocin zaliczyłem jeszcze przed piętnastymi urodzinami, w 1985 roku. Nigdy wcześniej nie miałem kontaktu z tak dużą ilością muzyki. To był czas, gdy koncerty były jeszcze podzielone gatunkowo na dni metalowe czy punkowe. Od 10 rano do 2 w nocy chłonąłem te dźwięki.

Stary Jarocin do dziś nie jest jednoznacznie odbierany. Niektórzy wciąż używają określenia "wentyl bezpieczeństwa", inni mówią o kierowanym przez komunistów spędzie, jeszcze inni traktują tę imprezę jak jedyny powiew wolności w codziennym, sowieckim klimacie.

Dość szybko odkochałem się w Jarocinie. Po raz drugi i ostatni pojechałem tam w 1986 roku, kiedy to na porządku dziennym były napierdalanki wszystkich z wszystkimi i zadymy. Coraz mniej zaczęło mnie to interesować i muzycznie, i towarzysko. Kumple, którzy wciąż tam bywali, tylko potwierdzali moje zdanie. A czy to był wentyl bezpieczeństwa? Nie do końca się zgadzam z tą tezą. Komuna chyba po prostu nie zdawała sobie sprawy z wagi tego wydarzenia.

Czułeś się dumny z bycia punkiem? Rodzice nie mieli nic przeciwko? Byłeś w końcu bardzo młody.

Zawsze unikałem określania siebie jako "punk". Wolałem mówić, że jestem po prostu sobą. Takie wychodzące z subkultury określenie siebie bardziej kojarzyło mi się z pokazywaniem harcerskiej legitymacji czy członkostwem w Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Co nie zmienia faktu, że wszyscy dookoła uważali mnie za modelowy przykład punka - irokez, wysokie buty, głośna muzyka. Z rodzicami nigdy nie miałem problemu - byli bardzo tolerancyjni; nie wszyscy moi koledzy mieli to szczęście. Gorzej było w zawodówce i na ulicy. Nawet sąsiedzi zwracali mojej matce uwagę, że zadaję się z niewłaściwymi ludźmi, ale ona miała do mnie zaufanie.

https://youtu.be/ldj0_3V2ebI
Co najbardziej nie podobało się nauczycielom?

Niewiele brakowało, a zostałbym wyrzucony ze szkoły za noszenie wysokich butów. Przestałem chodzić do budy i po dwóch tygodniach miałem rozmowę z panią pedagog, która przekonywała mnie do powrotu do szkoły. Finalnie zgodzili się na moje obuwie - jedynie z zastrzeżeniem, że codziennie musi być czyste i wypastowane. Dostałem nawet oficjalne pozwolenie! Potem miałem pod górkę za noszenie skóry. Ale takie akcje wywoływały tylko buntownicze reakcje - nie dość, że nie pozbyłem się kurtki, to jeszcze napisałem na niej kilka rebelianckich haseł. To była szkoła przyzakładowa - wiedziałem, że potrzebują robotników, a ja byłem jednym z najlepszych tokarzy, więc dawało mi to względny spokój.

Codzienność jednak chyba nie była tak łatwa. Zwłaszcza, że były to jeszcze czasy milicji - niekoniecznie przestrzegającej wszsystkich procedur.

Byliśmy przeciwko komunie, ale nie popieraliśmy Solidarności. Robotnicy przecież gardzili mną tak samo, jak milicjanci - dla nas to byli przedstawiciele jednego systemu. Mieliśmy przepierdolone - punkowca mógł skopać bez konsekwencji każdy, nawet menel. Nikt nie stawał w naszej obronie. Żaden patrol milicyjny nie przechodził obok nas obojętnie - powszechne było spisywanie; nawet po kilkanaście razy dziennie. Nierzadko dochodziło do brutalności ze strony władzy - byłem świadkiem, jak mundurowi podpalili zapalniczką włosy mojemu kumplowi. Moją przewagą była legitymacja szkolna. Gorzej mieli pełnoletni, niepracujący koledzy - za komuny najbardziej gnębione były "niebieskie ptaki". Pałowanie, kopanie - normalka.

Przekonałeś się na własnej skórze o tej brutalności?

Dostałem wpierdol kilka razy, ale najmocniej obiła mnie polimilicja, już w czasach przełomu. Szedłem przez miasto z psem koleżanki na smyczy. Gdy mijaliśmy się z grupą pijaków, jeden z nich kopnął czworonoga. Na moją reakcję nie trzeba było długo czekać. Wspólnie z kolegami sami zaczęliśmy wymierzać sprawiedliwość - po chwili tłukliśmy się wszyscy. Szybko zjawiła się suka, która spacyfikowała zadymę. Oczywiście wszystkiemu winne były brudasy - nie dość, że skopali mnie prawie na śmierć, to jeszcze wywieźli na izbę wytrzeźwień. Niebiescy jednak też nie wyszli z tej całej sytuacji bez szwanku - w pewnym momencie w ruch poszły pasy.

https://youtu.be/fmbk9kAMtGA
Brzmi groźnie. Jaki był finał tej sytuacji?

Zostałem oskarżony o czynną napaść na policjanta. Na szczęście od razu po zadymie wybrałem do szpitala na obdukcję. Miałem jednen ślad po pałce, reszta siniaków to zasługa butów i pięści. Mimo wszystko, w tamtych czasach też obowiązywało prawo i funkcjonariusze nie mogli przekraczać swoich uprawnień. Na komisariacie w trakcie wyjaśnień pokazałem dokument potwierdzający moje pobicie i dali mi spokój. Innym razem, co działo się też gdzieś w początkach lat dziewięćdziesiątych, ratując kolegę pociąłem sobie ręce i szyję...

Chyba się przesłyszałem?

Śmieszna sytuacja. Siedzieliśmy wieczorem na osiedlowym targowisku - nieczynnym o tej porze - i kulturalnie sączyliśmy winko w pięć osób. W trakcie zabawy jeden z nas potrącił butelkę, która zbiła się z dużym hukiem. Nie mieliśmy zapędów chuligańskich, ale w pobliżu pojawił się patrol i zaczęła się gruba akcja. To były młode koty z lokalnych wiosek, które odrabiały wojsko i bardzo chciały się wykazać. Na początku jeden z nich wytrącił mi z ust papierosa tłumacząc, że zatrzymany nie może jarać. Błyskawicznie odpowiedziałem, że nie jestem przecież zatrzymany i odpaliłem drugą fajkę. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, aż w końcu policjant z całej siły zdzielił mnie w twarz. Mój kumpel w tym momencie wybuchł - wyrwał mu pałkę, po czym zaczął bić go po całym ciele. To był moment kumulacji - kolega szybko znalazł się na ziemi, niemiłosiernie i bestialsko katowany. Chciałem mu jakoś pomóc, ale wiedziałem, że rozwiązanie siłowe nie ma sensu - w międzyczasie pojawiły się posiłki, poza tym nie chciałem ponownie pakować się w szarpaninę z mundurowymi. W pasku, dla samoobrony, nosiłem schowaną żyletkę. Wyciągnąłem ją i zacząłem się ciachać. Najpierw pochlastałem ręce, a później, żeby zamknąć temat, wykonałem cięcie na szyi. Doskonale wiedziałem, w którym miejscu mam to zrobić, żeby nie umrzeć.

Ta nietypowa strategia okazała się skuteczna?

Polała się krew, co przeraziło policjantów, którzy nagle stracili chęć do bitki - przyjechała karetka; o kontynuacji zadymy nie było mowy. Skończyło się osiemnastoma szwami, do dzisiaj mam zresztą widoczne blizny na przedramieniu. Kolega natomiast najpierw trafił na wytrzeźwiałkę, a następnie do sądu, gdzie dostał wyrok w zawieszeniu - rok na trzy lata. Podejrzewam, że gdyby nie nasz punkowy ubiór i fryzury, z pewnością moglibyśmy się łatwiej dogadać z niebieskimi. W tym przypadku nie było jednak żadnej dyskusji. A kto wie, jak skończyłaby się sytuacja gdyby nie moja interwencja...


Pozostając w temacie punkowych arcywrogów, przejdźmy do kwestii skinów. To temat-rzeka, ale może chociaż w kilku słowach opowiesz o swoich doświadczeniach z łysymi?

Ruch skinhead, pomimo stereotypów, wcale nie jest rasistowski - współtworzyli go przecież Jamajczycy. Skinheadzi, których poznałem podczas pierwszej wizyty w Jarocinie, bujali się jeszcze z punkami - to ekipa gitowców, która przede wszystkim lubiła imprezować; część z nich to zresztą starzy punkowcy. To też nie było tak, że ruch punkowy był zgodny. Istniało mnóstwo podziałów - Wrocław nie lubił się z Warszawą, dochodziło do konfliktów, bójek i krojenia, co widziałem na własne oczy. Zachowując proporcje - trochę tak to wygląda u kiboli. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy pojawiło się zagrożenie z zewnątrz, wśród punków widać było większe zjednoczenie.

Jest jakaś konkretna zadyma, która zapadła ci w pamięci?

Koniec roku szkolnego 1988 we wrocławskim WDK-u - grała wtedy Armia. Wśród lokalnych ekip pocztą pantoflową przekazywano sobie informację o planowanej awanturze. Skinheadzi ponoć chcieli pokazać wszystkim, kto rządzi Wrocławiem. Rzeczywiście była to mocna ekipa, w części współtworzona przez dawnych załogantów, nierzadko gnębiących swoich kumpli z wcześniejszych lat. Pojawiły się klimaty chuligańskie, a poglądowo ultranazistowskie. Byliśmy zgraną paczką, więc w trzynaście osób pojechaliśmy na ten koncert. I rzeczywiście, zadyma zrobiła się straszna. Skini początkowo chowali się za kotarami, jednak gdy rozpoczeła się impreza, ruszyli w pogo. Gdy zobaczyliśmy brutalność łysych, błyskawicznie poszlismy w bój z łańcuchami w dłoniach. Wrocławscy skini byli zdziwieni, że postawiliśmy im taki opór.

Jak to możliwe, że nie pozabijaliście się? Długo trzeba było czekać na interwencję władzy?

Skończyło się przyjazdem dwóch wielkich lodów z ZOMO-wcami. Do jednej suki pakowano nas, do drugiej skinów. Czasami zdarzały się pomyłki - jednego z łysych chciano zapakować do nas. Zanim tylko przekroczył próg radiowozu, w jego stronę posypały się buty. "Pomyłka" - skwitowali jedynie mundurowi. Ja tego wieczoru też potężnie dostałem. Gdy trwała walka i leżałem kopany przez spasionego skinheada, Armia akurat grała utwór "Zostaw to". Kumple opowiadali mi - w oczywisty sposób tego nie widziałem - że Tomasz Budzyński w pewnym momencie pokazał na mnie i zmienił tekst na "Zostaw go". Złamany nos, wybity ząb, głowa rozbita w trzech miejscach. Ci kretyni skakali mi po głowie krzycząc "white power". Żeby sytuacja była jeszcze bardziej ironczna, trzeba było mnie wtedy zobaczyć - blondwłosy małolat z niebieskimi oczami, więc raczej nie wyglądałem na zdrajcę rasy. Ale przeżyłem i tę paranoję (śmiech). Dziś jest już na szczęście normalnie, nie licząc pojedynczych incydentów. Ostatnio byłem na koncercie Dezertera. Żadnej walki i kulturalne słuchanie muzyki, nawet pogo wydaje się o wiele grzeczniejsze. To dobrze.

https://youtu.be/nRsw7qPhj2g
Zakładam zatem, że raczej nie lubiliście się bić?

Byliśmy pacyfistami, ale społeczeństwo postrzegało nas jako bandytów. Biliśmy się głównie w samoobronie, choć oczywisty jest fakt, że niektóre punkowe ekipy chętnie bawiły się w chuligankę. Wyjście do knajpy czy nawet na zakupy często kończyły się problemami. U nas nie było ofiar śmiertelnych, ale pod warszawskimi Hybrydami pobito jednego z punków tak mocno, że umarł.

To może teraz jakieś przyjemniejsze aspekty bycia punkiem. Czym najczęściej się odurzaliście?

Wszystkim, co wpadło do ręki (śmiech). Wybór alkoholi był mocno ograniczony - od fikoła patykiem pisanego po berbeluchę z lokalnego browaru. Była też jarocińska tradycja chlania salicyli - w trakcie festiwalu w mieście była prohibicja, więc trzeba było raczyć się wodą brzozową czy innymi trunkami z drogerii; to zresztą w późniejszych latach stało się elementem punkowej tradycji. Rzecz jasna, miałem też okazję skosztowania denaturatu, ale nie zostałem jego fanem. Największym rarytasem tego typu był Acnosan - środek na wysuszanie syfów na twarzy. Można było rozrobić go z oranżadą i w ten sposób powstawał elegancki drink. Serio, nie było to aż takie złe.

Dragi to w ówczesnej rzeczywistości kojarzą się bardziej z legendą, niż rzeczywistą opcją na imprezę.

Praktycznie nie mieliśmy dostępu do narkotyków. Od wielkiego dzwonu komuś udało załatwić się worek samosiejki, ale żeby cokolwiek poczuć, trzeba było zjarać tego mnóstwo. Bardzo popularny był za to klej Butapren czy zmywacz do skór Roxy. To było takie zioło tamtych czasów, choć znacznie bardziej niebezpieczne dla zdrowia. Trzech moich znajomych, choć nie z najbliższej ekipy, przeniosło się na tamten świat przez wąchanie tego gówna.


Jak, z perspektywy czasu, w tym całym zamieszaniu istotny był punkt wyjścia całego gatunku - muzyka?

Muzyka była ważnym elementem, spoiwem ruchu punk. Życie skupiało się wokół wyjazdów na koncerty, a każda szanująca się załoga miała w swoich szeregach choć jedną kapelę. Ja zacząłem grać jeszcze na defilowskim pudle, a potem przeniosłem się na bas. Zaliczyłem kilka kapel o bardzo oryginalnych nazwach, jak chociażby Degeneracja (śmiech). W jednym ze składów grałem z szalonym basistą, który w trakcie koncertu potrafił zrzucić instrument i ruszyć w pogo. Typowa surowizna. Byliśmy opóźnieni nawet w skali polskiej, ale miałem kilku starszych kolegów, którzy wyrośli już z tradycyjnego punk rocka i skierowali się bardziej w stronę Joy Division czy Bauhaus. To bardzo poszerzyło moje horyzonty. Wolałem przeżywać zaangażowanie w stylu Crass czy wkręcać się w połamane zawijasy Nomeansno. Całkowicie ominęła mnie moda na kalifornijski punk i kapele takie jak Green Day czy The Offspring. Byłem już chyba na to za stary. Jeśli natomiast chodzi o modę, to zdarzyła mi się śmieszna sytuacja - jedna z moich znajomych pojawiła się kiedyś w koszulce Ramones. Uwielbiam ich, więc zaciekawiony zapytałem jej o ulubioną płytę, ale nie miała pojęcia o czym mówię. Ot, kolejna koszulka z sieciówki z modnym wzorem.

https://youtu.be/qAKWoeq-t3o
Jesteś na bieżąco z punk rockiem?

Jeżeli chodzi o kwestie muzyczne, zawsze byłem na bieżąco. Do dzisiaj zresztą śledzę, co dzieje się na scenie - kupuję ziny, książki i jestem bardzo aktywny w sieci. Jeśli chodzi natomiast o kwestie, nazwijmy to, towarzysko-wizerunkowe, już dawno odbiłem od klimatu. Postanowiłem się ogarnąć. Zresztą praktycznie wszyscy z mojej dawnej ekipy dzisiaj o punku mówią głównie w kategoriach wspomnień. To w końcu ludzie koło pięćdziesiątki. Część osób poumierała, inni dawno już założyli rodziny, jeszcze inni poszli w biznes. Życie.

Dużo zmieniły też lata dziewięćdziesiąte. Punk w tym czasie też w dużej mierze odszedł od swojej pierwotnej formy i idei.

W realiach nowego ustroju stary porządek zaczął tracić sens. Nie było tylu powodów do buntu - niektórzy nie mogli zdecydować się, czy chcą krzyczeć przeciwko socjalizmowi, czy może już kapitalizmowi. Wszystko całkowicie się pozmieniało. Jarocin przeżarła komercja - pojawiły się wielkie reklamy Marlboro na scenie - a na straganach w całej Polsce obok muzyki chodnikowej pojawiło się rzężące z jamników punko-polo. Nawet zasłużone stare kapele, jak chociażby wałbrzyski Defekt Muzgó, poszedł w tę stronę. Silverton. Ale i tak lepsze to niż disco polo (śmiech).

Chciałem, żeby ta rozmowa była bardziej świadectwem upływu czasu, niż tylko wspomnieniami. Punk, w tym tradycyjnym rozumieniu, to dziś jakakolwiek siła?

Punk przysechł. Na koncertach średnia wieku często przekracza czterdziestkę. Małolaci słuchają innych rzeczy, ale mimo tego da się zauważyć nastolatków na występach kapel ze starych lat tworzonych praktycznie przez pokolenie ich dziadków. Duch w narodzie nie ginie. Jakiś czas temu widziałem na żywo UK Subs. Na scenie Charlie Harper, grubo po siedemdziesiątce, dał takiego czadu, że byłem pod ogromnym wrażeniem. Żadne odcinanie kuponów, tylko czysta energia, którą pokochałem 35 lat temu.

Punk jak chce, potrafi być żywy.
13

Oglądany: 79673x | Komentarzy: 38 | Okejek: 269 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.11

25.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało