Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Najgorszy żyjący skur**syn Afryki - Joseph Kony

99 868  
359   32  
Mówili o nim, że potrafił zmieniać się w zwierzęta, być w kilku miejscach jednocześnie i rozmawiać z duchami. Miał dziesiątki domów, setki żon, tysiące żołnierzy i miliony dolarów. Joseph Kony jest kwintesencją najgorszego stereotypu o Afryce.

Słowo „warlord” nie doczekało się porządnego polskiego odpowiednika. Najbliższej są „watażka”, „bandyta”, ale nie oddają one tego kim, a raczej czym jest taki człowiek. Dobrą definicją mogłoby być to zdjęcie:



Źródło: npr.org
Albo najlepiej to:


Źródło: Departament Stanu USA

Obok zdjęcia można by dodać: 12 przypadków zbrodni przeciwko ludzkości, 21 przypadków zbrodni wojennych. Sześćdziesiąt tysięcy (sic!) uprowadzonych i wcielonych do armii dzieci, setki tysięcy zabitych i przesiedlonych cywilów. Znakomita książka „Nocni Wędrowcy” Wojciecha Jagielskiego zaczyna się od opisu dorosłych uciekających z ulic miasteczka północnej Ugandy, gdy tylko zbliża się mrok. Ludzie ci uciekają, bo nocą miasto przejmują… dzieci. Te dzieci to niedobitki armii Josepha Kony’ego. Kony uwielbiał gadać o walce z dyktaturą, jednocześnie jednak jest prawdopodobnie autorem niektórych z najbardziej brutalnych pomysłów, które kojarzymy z Afryką.
Co to tak naprawdę jest warlord i kim tak naprawdę jest Kony?
Cóż, rozsiądźcie się wygodnie.
Uwaga: Niektóre z filmów są drastyczne (głównie emocjonalnie) – nie oglądajcie ich, jeśli nie jesteście pewni, że chcecie.

Alice Lakwena

Wszystko zaczęło się w Ugandzie. A ta historia – jak wiele innych w tym kraju – rozpoczęła się z upadkiem pewnego słynnego dyktatora. Mowa o Idim Aminie.


Pan Amin nie jest zadowolony, że ta opowieść nie jest o nim. Źródło: face2faceafrica.com

Obalenie Amina doprowadziło do siedmioletniej politycznej próżni, a ta – jak to bywa, gdy na stanowisku „szefa” jest akurat wolne miejsce, a pod ręką sporo karabinów – do wewnętrznych walk, a potem wojny. Niczego, co na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nie byłoby chlebem i solą Afryki. W okolicach 1986 roku wyłonił się jednak najgroźniejszy „wilczur” w stadzie i władzę w kraju przejął Yoveri Museveni (w styczniu tego roku obchodził 32. rocznicę prezydentury) – wojna dobiegała końca.
Ktoś jednak już wtedy, w 1986 roku, wyczuł, że ten pan to nie jest miły człowiek. Ten ktoś to… nie, nie Joseph Kony. Mowa o młodej kobiecie. Alice Auma.



Dwudziestoośmioletnia madame Auma była już dwukrotną rozwódką, świeżo upieczoną chrześcijanką i handlarką ryb, gdy dostała czegoś w rodzaju udaru, przestała bowiem mówić i słyszeć. W ogarniętym wojną, rozdrapanym przez kolonistów kraju szpitale były umiarkowanie popularne, więc na 40 dni poszła w busz.
Tam Alice odzyskała mowę i słuch. Ale najprawdopodobniej zgubiła piątą klepkę.
Otóż Alice, jak twierdziła, została nawiedzona przez ducha włoskiego żołnierza, Lakwenę. „Lakwena” w języku aczoli oznacza „posłańca”, a zatem wywód ten owa niewiasta doprowadziła do stwierdzenia, że teraz jest medium, prorokiem i przemawia przez nią sam Duch Święty. Duch Święty powiedział Alice, że wojna nie jest fajna, popełniono wiele grzechów, a sposobem na ich zmycie będzie rebelia przeciwko nowemu prezydentowi – Museveniemu.
Brzmi wiarygodnie, co?
I tu mała uwaga, ważna w kontekście, Kony’ego. Bardzo łatwo śmiać się z „zabobonów”, ale Alice trzeba przyznać dwie rzeczy.
Po pierwsze, Alice bardzo inteligentnie połączyła dwa porządki: chrześcijański i wierzeń animistycznych. Ubrała swoją opowieść w formę baśni, bardzo popularnych w Afryce, doskonale naśladując ich poetykę. Jednak afrykańskie baśnie są na ogół mniej dosłowne niż nasze – to opowieści, których wymowę często dyskutuje się wspólnie w rodzinie czy wiosce. Alice nie bawiła się w niedopowiedzenia, tylko wzięła bardzo europejską instancję – Ducha Świętego – i na końcu opowieści umieściła jasne przesłanie: „jazda, nieroby, organizować powstanie przeciwko rządowi!”.


Po drugie, Alice mogłaby zostać profesjonalnym kołczem targetowania. Świetnie wybrała grupę docelową. Jej opowieść mówiła o tym, że Acholi muszą zdobyć stolicę kraju, by w ten sposób zadośćuczynić wyrządzonym przez siebie krzywdom. Jako wisienkę na torcie dorzuciła obietnicę raju na Ziemi w nagrodę. Miało to więcej sensu, niż się wydaje. Acholi nie mieli dobrej prasy. Pamiętano im, że w czasie kolonii wielu służyło w armii brytyjskiej, a co najważniejsze – za czasów Amina byli na celowniku dyktatora. Najpierw usunięto ich z armii, a później rozpoczęto czystki etniczne. Acholi mieli więc aurę jak polscy żydzi w latach sześćdziesiątych. Jakby tego było mało – strona, która przegrała z Yoverim Musevenim wojnę o kraj, to byli właśnie Acholi. Alice Lakwena sprzedała więc swoją opowieść grupie wykluczonej, która stanęła właśnie w obliczu faktu, że być może niedługo na nowo wybuchną czystki.
Tak powstał Ruch Ducha Świętego.
Dziesięć tysięcy ludzi ruszyło do walki. Kraj wciąż pełen był broni, na dodatek niedobitki pokonanych przez Museveniego wojsk natychmiast dołączyły do Alice i wspólnymi siłami udało im się spuścić siłom rządowym łupnia w kilku potyczkach. Rebelia trwała ponad rok i wyglądało na to, że wszystko idzie w dobra stronę, ale gdy Ruch Ducha Świętego postanowił spełnić obietnicę i faktycznie ruszył na stolicę kraju – Kampalę – Museveni musiał chyba zadać sobie pytanie: „Ile dywizji ma Duch Święty?”, bo zmiażdżył przeciwnika przy pomocy artylerii.


Dla ciekawskich: krótki reportaż i wywiad z Alice. Dowiecie się z niego m.in., że zdaniem psychologa Alice nie była chora psychicznie, ale miała manię wielkości i obsesję na punkcie seksu.
Po porażce Alice ogłosiła, że Lakwena ją opuścił, radźcie sobie sami, i zwiała do Kenii, gdzie kolejne dwadzieścia lat przeżyła w obozie dla uchodźców, od czasu do czasu przyjmując telewizję.
Tu historia mogłaby dobiec końca… gdyby właśnie nie to, że nie mogła. Coś się bowiem wydarzyło. Przetarto drogę. Natychmiast poszedł nią ktoś inny. Ten ktoś nazywał się Joseph Kony i twierdził, że Alice jest jego ciocią, a dokończenie dzieła duchy zleciły jemu.

Freedom fighter

Przy czym należy Kony’emu oddać, że nie tylko wziął od Alice Lakweny całą „ideologię”. Chłop się nie pieprzył – dodał brokat i fajerwerki.
Oświadczył, że z nim nie rozmawia żaden duch, ale wiele duchów. Że Museveni to nie jest demokratyczny prezydent (to akurat prawda), a on ma najprostsze rozwiązanie na sprawiedliwe rządy. Otóż wystarczy zastąpić konstytucję dziesięcioma przykazaniami. I zrobione.
Kony powtórzył sztuczkę Aumy. Znów pomieszał wierzenia lokalne z religią, która przyszła zza morza. Wręczał swoim ludziom amulety, które miały ich chronić, zamieniać karabiny przeciwników w węże, zaś oblanie wodą święconą przed walką miało sprawić, że kule odbiją się od ciała. Innym patentem było noszenie w woreczku specjalnego kamienia – ten miał wytworzyć między bojownikiem a jego przeciwnikami górę, która blokowała ogień. Kony musiał być nawet skuteczniejszy od Aumy – wynosił doświadczenia z młodości. Rozumiał religię. Jego ojciec był katechetą, a on sam służył jako ministrant, jednocześnie ucząc się u miejscowego czarownika.


Słuchając pilnie na lekcjach można nie tylko dostać od księdza snickersa, ale i zapoczątkować własny ruch polityczno-militarno-religijny. Źródło: sapeople.com

Tu znów mała uwaga o porządkach.

Subsaharyjska Afryka ma silną kulturę wypowiedzi oralnej. Często tego nie widzimy, gdy oglądamy na YouTube filmiki po angielsku (który na ogół jest drugim, trzecim językiem mówiących). W wielu miejscach jednak rozmaite zebrania wyglądają jak wiece, a co zdolniejsi z mówiących budują swoje przemówienia jak symfonie, doskonale manipulując emocjami odbiorców. Kony jako syn katechety do naturalnych zdolności mógł dodać coś jeszcze: bardzo silny autorytet, typowy dla katolicyzmu. Mieszanka wybuchowa – Kony znów wziął coś, co stworzyła Alice Lakwena i ulepszył to.
W całej historii nie mogło oczywiście zabraknąć typowo hollywoodzkiego zwrotu akcji. Początkowa kariera Kony’ego nie trwała wcale dłużej od jego poprzedniczki – na początku lat dziewięćdziesiątych wojska rządowe rozbiły siły Kony’ego, a jego samego schwytały. Zamiast jednak dodać kropkę nad „i” w postaci cichej egzekucji, uznano go za „niegroźnego” i wypuszczono.
Zważywszy na to, z jakich okropności zasłynęły wojska prezydenta Museveniego, akurat ten akt łaski mogli sobie chyba odpuścić.


Okrucieństwa były domeną każdej ze stron podczas wojny w Ugandzie. Z tym że Museveni zrezygnował z nich, gdy doszedł do władzy, Kony zaś rozsmakował na dobre. Źródło: VOA news.

Kony nie zamierzał pozostawać „niegroźny”. Do połowy lat dziewięćdziesiątych odtworzył silną, partyzancką armię, która operowała na północy kraju. Potrzebował żołnierzy. Z początku opierał się na niechętnych nowej władzy, jak wcześniej Lakwena. Gdy tych zabrakło, zaczął zmuszać ludzi do służby w armii, aż wreszcie wprowadził w życie pomysł, który uczynił go tak znanym. Zaczął porywać dzieci.
Takie były początki Armii Bożego Oporu (Lord’s Resistance Army), a reszta, jak to mówią, jest historią.

Organizacja

Obrzydliwy geniusz pomysłu porywania dzieci wyraża się w kilku elementach, z których najbardziej oczywistym jest indoktrynacja i wychowanie całych pokoleń żołnierzy w swoistym syndromie sztokholmskim. Jedna z ponad sześćdziesięciu żon Kony’ego, szczęściara, której udało się uciec, opowiadała, że powtarzał on swoim ludziom, że „zabijanie czyni serce silnym”.
Wymieszał dwa bardzo silne uczucia. Z jednej strony był to strach przed nim: inna z uratowanych dziewcząt opowiadała, że była świadkiem tego, że Kony usłyszał jak ktoś mówi o nim, mimo że w ogóle nie było go w pobliżu. Stąd pogłoski o obecności w wielu miejscach jednocześnie albo umiejętności zamieniania się w zwierzęta. W paranoi strachu pozbawionych edukacji dzieci jest to wytłumaczenie lepiej działające na wyobraźnię niż to, że ktoś w pokoju jest konfidentem. Kony bardzo rzadko też wydawał rozkazy sam, utrzymując wokół siebie aurę tajemnicy, bytu spirytystycznego.
Drugim uczuciem było poczucie winy. Rzeczy, które Kony kazał robić swoim ludziom były straszne. Morderstwa, gwałty, obcinanie rąk, uszu, nosów, pozbawianie oczu – zbrodnie bardzo często dokonywane na dawnych sąsiadach młodych żołnierzy. Miejscowa legenda głosiła, że formą inicjacji było zamordowanie własnej rodziny. Kony mówił swoim żołnierzom, że jeśli wrócą do wiosek, rząd ich zabije, wmawiał, że są bezpieczni tylko z nim. Mając na rękach krew, wielu musiało wierzyć, że ma rację. Przywiązywali się więc do swego dowódcy, wierząc, że jest jedyną osobą na świecie, która ich nie nienawidzi. Jedna z dziewczyn wyznała nawet, że na „swój sposób” go pokochała.


Bojownicy LRA po poddaniu się wojskom rządowym. Źrodło:ONZ

Mając do dyspozycji dzieci, Kony zbudował swoją armię niczym w grze komputerowej. Wiedział doskonale, że oprócz indoktrynacji każdy musi dostać „cukierek”. Oprócz narkotyków i gadżetów Kony wykorzystał najmocniejszą z motywacji: seks. Mówiąc o dzieciach-żołnierzach zwykle myślimy o chłopcach, ale porywa się równie wiele dziewczynek. Im wyższej w hierarchii LRA był żołnierz, tym większa szansa, że przy okazji kolejnych porwań będzie mógł wybrać sobie żonę. W pewnym sensie cała armia Kony’ego była armią jego ofiar, ale te ofiary – nie widząc szansy na ratunek – współpracowały z nim, stając się katami.
Szczytem „łasiczej” natury Kony’ego są zasady, które narzucił w LRA. Podobno bowiem nakazywały one powstrzymanie się od picia alkoholu, przyjmowania narkotyków czy seksu. Dowódca zakazał jedzenia sumów – ryb leniwych, które mogą tą cechą zarazić ludzi, kazał modlić się z głową skierowaną w stronę Mekki (bo czemu by nie dorzucić fistaszka z islamu), a za seks na służbie karał strzałem w penisa (lub waginę). Nie pytajcie jak fakt, że akurat za seks na służbie karano szczególnie ma się do faktu, że podobno z założenia była to armia prawiczków.


Pierwszy wywiad z Josephem Konym

Kony nigdy nie przyznał się do zarzucanych mu zbrodni. W wywiadzie z 2006 roku mówi do dziennikarza: „Nie potrafiłbym uciąć ucha mojemu bratu”, „Nie potrafiłbym zabić mojego brata”, „Chodzi nam o demokrację, o to, żeby ludzie w Ugandzie mogli sami wybrać swojego przywódcę”. Kilka minut później w języku aczoli mówi do swoich, że gdyby mógł, uzbroiłby wszystkie dzieci w Ugandzie, bo wojnę mają we krwi.

Kony wkrótce przestał operować na terenie północnej Ugandy. Upodobał sobie mniej stabilne kraje, zwłaszcza Demokratyczną Republikę Konga, Południowy Sudan i Republikę Środkowej Afryki. Zaczęły krążyć legendy o jego bogactwie. W samym Sudanie miał posiadać kilka wielkich willi.


Tereny, na których atakował Kony. Źródło: Harvard.edu

Gwiazda pop-kultury

Kony szybko stał się swoistym symbolem tego, co lubimy myśleć o „zacofanej” Afryce. A razem z tym momentalnie ściągnął wariatów z Zachodu, którzy postanowili wziąć sprawy we własne ręce.
Jednym z nich był Sam Childers, słynny kaznodzieja z karabinem. Childers całe życie spędził jako członek gangu motocyklowego, ćpun, handlarz narkotyków i morderca, a gdy odnalazł Boga, postanowił natychmiast, że zamiast pokutować za grzechy na niedzielnej mszy, Bóg kazał mu ratować dzieci w Ugandzie i Sudanie Południowym, mordując bojowników LRA. Childers napisał książkę (dostępną w wersji polskiej i skądinąd całkiem ciekawą), a nawet powstał z nim film z Gerardem Butlerem w roli głównej. Trudno ocenić skuteczność działań Childersa. Całkiem możliwe, że faktycznie ocalił tysiące dzieci. Jego metody były jednak kontrowersyjne, a finanse nie do końca jasne.


Źródło: oficjalne materiały promocyjne Sama Childersa i Angels of East Africa

Dwa lata temu, podczas wizyty w Polsce (miałem wtedy z Childersem umówiony wywiad, ale w ostatniej chwili odwołał, a szkoda, bo byłoby złoto) mówił, że planuje przerzucić do Sudanu transport karabinów AR-15. W Południowym Sudanie karabiny Ar-15 mogą służyć nie tylko przeciwko Kony’emu… A jak wiadomo, złego faceta z karabinem powstrzymać może tylko dobry facet z karabinem, który przy okazji płaci kasą z sudańskiej ropy. Ale co ja tam wiem.
W 2005 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wypuścił za Konym list gończy, a w 2008 roku jego istnienie dostrzegło USA. Zrobiło się głośno.

Kony’ego, o ile go kojarzycie, możecie znać jednak dzięki przygotowanemu przez organizację Invisible Children dokumentowi Kony 2012. Prawdziwemu cudowi amerykańskiego kina – przynajmniej w wymiarze uproszczeń i marketingu. Autorzy opowiadają w nim na przykład o tym, jak Kony grasuje w Ugandzie, chociaż w tym okresie nie widziano go tam już od dobrej pół dekady. Na niekorzyść akcji należy zaznaczyć, że prowadząca ją Invisible Children wykorzystywała prawie 20% środków na „zarządzanie” (czyli pensje ziomków w USA), na korzyść fakt, że o Konym usłyszał co drugi amerykański nastolatek, a wideo wywołało reakcję kongresu USA, Unii Afrykańskiej i ONZ. Invisible Children miała też spore zasługi we wsparciu miejscowych projektów, między innymi rozwieszania w dżungli ulotek, informujących bojowników LRA, że jeśli uciekną, nie stanie im się krzywda.


Źródło: Invisible Children

W odpowiedzi na Kony 2012 USA wysłało swoich „doradców wojskowych” i wkrótce odtrąbiono sukces: działalność LRA została ograniczona, większość dowódców schwytana albo zastrzelona, armia niemal rozbita, a pokój prawie przywrócony. Tylko Kony’ego nie złapano.
Już kilkanaście miesięcy później media informowały, że LRA kłusuje na słonie przy pomocy karabinów maszynowych i helikopterów. I rośnie w siłę.
Działania znów zintensyfikowano.


Rozbita? Pierwsze słyszę.

Wojska Ugandy wkroczyły na teren Republiki Środkowoafrykańskiej, wspierane przez 150 amerykańskich komandosów, i dały LRA łupnia. W kwietniu 2017 roku oficjalnie ogłoszono „koniec polowania” na Kony’ego.

Jego samego oczywiście nie złapano.
Jak to możliwe w dobie szpiegowskich satelitów i telefonu, który na dźwięk słowa „k**wa” automatycznie wyszukuje w Google Maps agencje towarzyskie? Nie wiem, ale cały świat rzeczywiście nie potrafił złapać Josepha Kony’ego. Może, gdy nie wiadomo o co chodzi…

Kony musiał zgromadzić ogromne pieniądze i nie wiadomo, co się z nimi stało ani na czyj rachunek trafiły. Żadne z państw, na których terenie operował nie jest też państwem demokratycznym. Może opinię publiczną znów trzeba uspokoić sukcesem, ale samego Kony’ego lepiej się nie pozbywać. To zawsze dobra „karta” i świetny argument, który wystarczy tylko odrobinę podsypać pieniędzmi, gdy trzeba będzie akurat zdestabilizować którąś z mniej pokornych para-duktatur. Tym bardziej, gdy w każdej z nich, pod pałacami, ziemia pęcznieje od zasobów. Ale to tylko teorie spiskowe.

Po Konym zostało coś więcej niż wspomnienie. Dziesiątki tysięcy dzieci, które wyrosły w absolutnej indoktrynacji i z jedną tylko umiejętnością: zabijania. Rządy dotkniętych państw organizują specjalne kursy, ośrodki opieki i pomocy. Wciąż jednak, gdy zapada zmrok w niektórych miasteczkach północnej Ugandy, dorośli uciekają z ulic.

* * * * *

Autorem tego tekstu jest Tadeusz Michrowski, który na co dzień pisuje m.in. dla Polskiego Centrum Studiów Afrykanistycznych i różnych tytułów prasowych. Ten tekst powstał w ramach serii, która związana jest z premierą jego książki. "Gra w Yoté" to powieść o siedmiu żołnierzach ostatniego polskiego poboru w której wątki afrykańskich warlordów są bardzo istotne.



Tadek pisuje także tutaj.

Oglądany: 99868x | Komentarzy: 32 | Okejek: 359 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.03

18.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało