Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Największa ściema w historii kina kopanego! - Kim naprawdę był Frank Dux?

81 525  
264   55  
Zaprawiony w sztuce skutecznego obijania czerepów mięśniak o dobrym serduszku przypadkiem trafia na listę śmiałków biorących udział w nielegalnym i wielce tajemniczym turnieju, w którym to grupa najdoskonalszych wojowników na świecie tłuc się będzie aż do porzygu… Brzmi znajomo? Toż to jedna z najpopularniejszych klisz kina kopanego!

Jeden z takich filmów wywindował na szczyt popularności słynnego belgijskiego zabijakę. Co zaskakujące – historia Franka Duxa z „Krwawego sportu” jest niczym innym, jak wiernym prawdzie fragmentem biografii pewnego weterana z Wietnamu. Tak w każdym razie twierdzi sam zainteresowany. I chyba jest on jedyna osobą, która w to wierzy. Czego tu nie ma? Krwawe pojedynki, mordercze treningi, tajni agenci CIA, jeszcze tajniejsze misje na Bliskim Wschodzie, a nawet trudniący się handlem żywym towarem piraci!

W 1973 roku do kina wchodzi jedno z najbardziej znanych dzieł rodem z Hong Kongu. To „Wejście smoka” - film, w którym to Bruce Lee, jako agent międzynarodowej agencji wywiadowczej, rusza w podróż na niewielka wyspę, gdzie organizowany jest turniej. Jego organizator to szef wszystkich szefów, guru przestępczego świata, czerpiący zyski z obrotu dragami i handlu kobietami.


Historyjka ta była równie naiwna, co fabuła dowolnego odcinka „Bolka i Lolka”, tymczasem siedem lat po premierze „Wejścia smoka” w poczytnym magazynie „Black Belt” pojawił się wywiad z niejakim… Frankiem Duxem, który to sypał z rękawa niestworzonymi opowieściami, niemalże żywcem wyjętymi ze wspomnianego filmu, dodatkowo ubarwionymi jeszcze bardziej szalonymi motywami, które mogłyby przyjść do głowy chyba tylko mocno naprutemu scenarzyście kina akcji kategorii be minus.


Pochodzący z Kanady Dux już jako nastolatek trafić miał pod skrzydła sędziwego mistrza ninjutsu - Senzo "Tigera" Tanaki. Człowiek ten, zasilany tajemną wiedzą przekazywaną z dziada pradziada przez ponad 40 pokoleń, dostrzegł w młodym Franku olbrzymi talent. Aby go wydobyć, zabrał nieopierzonego Kanadyjczyka w podróż do Japonii, gdzie przez kolejne lata uczył go bycia nieustraszonym ninją. Dokładnie takim, jakich widuje się w tych przaśnych, azjatyckich filmach, ma się rozumieć!
Ciężki trening pod okiem mistrza przerwany został przez nagłe pogorszenie się zdrowia Tanaki. Na łożu śmierci leciwy Senzo miał tylko jedno życzenie: pragnął, by Frank wziął udział w turnieju. Ale nie takim legalnym, "mainstreamowym" kumite, a w imprezie organizowanej co pięć lat w potwornie sekretnym miejscu na Bahamach, o którym żodyn śmiertelnik, oprócz osób wtajemniczonych, nie wie. Żodyn!
Jak pewnie się domyślacie, Frank nie mógł odmówić swemu umierającemu mistrzowi i wkrótce miał okazję sprawdzić się w boju. Kanadyjski zakapior bez trudu oklepał mordy dziesiątkom potężnych wojowników, za co nagrodzony został szczerozłotym trofeum i starodawnym, samurajskim mieczem. Dux zapisał się w historii jako pierwszy białas, który wygrał ten turniej. Dodatkowo nikt wcześniej nie wykończył tylu przeciwników knockoutem (ząbkami o glebę zaryło aż 56 z 60 oponentów Duxa!). Ach, no i warto dodać, że Frank powalił też jednego z zawodników w ciągu zaledwie 0,12 sekundy! W nagrodę za tak spektakularne zwycięstwo, ninja z kraju hokeja na lodzie dostał oficjalne pozwolenie na publiczne opowiedzenie o tym turnieju. Co też, zgodnie z życzeniem organizatorów, właśnie czynił na łamach magazynu „Black Belt”...


W 1975 roku kanadyjski wojownik zwerbowany został do oddziałów amerykańskich marines, z którymi to trafił do Wietnamu. Wujek Sam potrzebował bowiem kogoś o takiego jak Dux. I tym razem Frank miał okazję dać popis swego męstwa. W przeciwieństwie do kumpli z oddziału, biały ninja siał trwogę na polu bitwy, będąc uzbrojonym jedynie w nóż oraz jaja ze stali. Za swoją odwagę wręczono mu potem Medal Honoru, czyli najważniejsze odznaczenie wojskowe w Stanach Zjednoczonych! Po zakończeniu służby kontynuował swoją karierę w CIA jako tajny (a jakżeby inaczej!) agent. Dzięki wrodzonemu talentowi i nabytym umiejętnościom dzielny wojownik zlokalizował i zniszczył fabrykę broni chemicznej w Iraku!
Po udzielonym wywiadzie i serii artykułów, w których to tonem najwyższego mentora opisywał techniki walki bronią białą, Dux spotkał na swej drodze niejakiego Sheldona Letticha – filmowego scenarzystę, który właśnie szykował się do swojego debiutu w kinie akcji i bardzo potrzebował jakiejś mięsistej opowiastki, którą to można by sprzedać mało wymagającym widzom… Filmowiec szybko łyknął historię o sekretnym turnieju. Aby nieco uwiarygodnić swoją opowieść, Dux przedstawił Lettichowi Richarda Bendera – jakiegoś „ziutka”, który to rzekomo również brał udział w turniejowych pojedynkach i mógł potwierdzić, że każdziuteńkie słowo Franka to prawda jak bum cyk-cyk.
Wkrótce gotowy był już scenariusz dość niskobudżetowej produkcji o perypetiach kanadyjskiego mistrza ninjutsu. Potrzebny był tylko ktoś, kto mógłby zagrać główną rolę...
Pewnego dnia Menahem Golan - dyrektor Cannon Films, idąc ulicą, usłyszał znajomy, okraszony zabawnym akcentem głos: „Hej! Pamiętasz mnie?”. W tym momencie, dosłownie parę milimetrów przed nosem Golana, zatrzymała się stopa młodego aktora, którego scenarzysta poznał jakiś czas wcześniej. Śmiały popis wygimnastykowanego Belga zrobił na filmowcu wrażenie i wkrótce przedstawił on Jeana Claude Van Damme’a Duxowi. Ten nie był jednak zachwycony jego umiejętnościami. Wspaniałomyślnie zgodził się jednak, aby to belgijski młodzian zagrał jego osobę. Warunek był jeden – Van Damme musiał przejść morderczy trening. Oczywiście przygotowany przez Franka.


„Jean-Claude jest świetnym sportowcem i doskonałym showmanem. Naprawdę chciał tej roli i był tak zdesperowany, że niemal zerwał sobie ramię, próbując zrobić coś, czego zrobić nie potrafił. Trenowałem go trzy razy w tygodniu i nauczyłem walczyć w kinowy sposób. Nauczyłem go, jak sprawić, by wyglądał dobrze na ekranie”
- wspomniał potem, z typową dla siebie skromnością, Frank.

Zrealizowany za marne 2,3 miliona dolarów „Krwawy sport” osiągnął olbrzymi sukces na całym świecie, a wspomniany w końcowych napisach Dux szybko stał się obiektem zainteresowania tysięcy małoletnich fanów kina kopanego. Trzeba było kuć żelazo, póki ciepłe. Frank zatrudniony został jako choreograf walk w dwóch kolejnych filmach z Van Damme'em oraz wspólnie z nim zasiadł do pisania scenariusza kolejnej produkcji luźno opartej na biografii kanadyjskiego mistrza. Tym razem Belg miał nie tylko zagrać główną rolę, ale i planował stanąć za kamerą.


Jednocześnie, jeszcze na początku lat 90., zainspirowani „Krwawym sportem” mało wówczas znani twórcy komputerowych gier zaproponowali Belgowi udział w swoim przełomowym projekcie. Van Damme miał zagrać w nim główne skrzypce. Gwiazdor nie był jednak zainteresowany propozycją. Zamiast tego przyjął tytułową rolę w „Uniwersalnym żołnierzu”. Ed Boon i John Tobias mimo wszystko wykorzystali bliźniaczo podobną do Van Damme'a postać w swojej grze. Mowa oczywiście o Johnnym Cage’u – zadufanym w sobie aktorze kina akcji, który to bohater w 1992 roku zadebiutował w legendarnym dziś „Mortal Kombat”.


Tymczasem co i rusz zaczęły pojawiać się głosy, że Frankowe opowieści coś jakby nie trzymają się kupy… Najpierw okazało się, że nikt nie przypomina sobie, aby najważniejsze odznaczenie amerykańskiej armii kiedykolwiek trafiło do rąk Duxa. Mało tego – ktoś dogrzebał się do dokumentów Kanadyjczyka i znalazł sporządzoną w 1978 roku notkę o jego skłonnościach do mitomanii. Frank bronił się twierdząc, że padł ofiarą fałszywych pomówień i prób umniejszenia jego autorytetu. Na dowód pokazał zdjęcie, na którym to pozował w mundurze, dumnie prezentując medal. I znowu wtopa! Szybko okazało się, że wstążki na materiale ułożone są w złej kolejności, a samo odznaczenie jest inną wersją medalu - ten zwykło się wręczać członkom regularnej armii, a nie marines, w których to Dux rzekomo miał służyć. Frank pogrążył się jeszcze bardziej, usiłując zrzucić winę na roztargnionych dowódców. Chyba jednak sam uznał, że takie tłumaczenie jest po prostu niedorzeczne. Ostatecznie stwierdził, że sam się pomylił i przez przypadek pokazał światu zdjęcie wykonane w mundurze przygotowanym na Halloween.
Kiedy niedługo potem na jaw wyszedł fakt, że Frank nigdy nie był w Wietnamie, kanadyjski ninja z pełną powagą rzekł, że prawdziwe miejsce jego służby było okryte wojskową tajemnicą.


Również i sprawa turnieju na kilometr waliła ściemą. Autor słynnego wywiadu pluł sobie w brodę, że był tak bardzo naiwny i łyknął historię Franka niczym wygłodniały pelikan. Podszyty kpiną głos zabrał nawet minister sportu z Bahamów, gdzie rzekomo miały odbywać się opisane przez Duxa zawody. Śmiechom nie było końca, gdy na jaw wyszło, że rzekome trofeum, którym to Kanadyjczyk zwykł się chwalić, jest tanią ozdobą kupioną w pierwszym lepszym sklepie z pucharami. Frank w panice usiłował zasłonić się kolejnym świadkiem, co to miał potwierdzić opowiadane przez niego historie. Ten szybko jednak zmiękł i przyznał się do tego, że został w cały ten cyrk wrobiony.
Podobnie zresztą było z Richardem Benderem – facetem, który zaręczał scenarzyście „Krwawego sportu”, że Dux to prawdziwy kizior, który sprał na kwaśne jabłko 60 wojowników na Bahamach. Przyparty do muru Bender wyznał, że spełnił prośbę Franka i kłamał jak z nut.
No, dobra – a co z kataną, którą to kanadyjski ninja miał dostać w nagrodę za swoje zwycięstwa? Poproszony o pokazanie samurajskiego miecza (technicznie rzecz biorąc jest to szabla) wojownik, któremu właśnie grunt obsuwał się pod nogami, zrobiwszy poważną minę oznajmił, że broń tę oddał spotkanym przez siebie piratom handlującym niewolnikami. Za jej pomocą usiłował on wykupić wolność porwanej przez nich filipińskiej sierocie…


Wisienką na torcie okrutnego „orania” Duxa było wzięcie pod lupę postaci jego mistrza. Jak można się było spodziewać, nie znaleziono absolutnie żadnych dowodów na temat istnienia Senzo „Tigera” Tanaki. No, nie licząc książki Iana Flemminga pt. „Żyje się tylko dwa razy”, gdzie pojawia się postać o dokładnie takim właśnie imieniu i nazwisku! Żeby tego było mało – jest to… ninja! Frank miał jednak asa w rękawie. Według niego autor książek o przygodach Jamesa Bonda zwykł wzorować swoich bohaterów na prawdziwych postaciach. Szach-mat, niedowiarki!
Wato jeszcze wspomnieć o tym, że Frank często opowiadał o swoim ojcu, który to rzekomo miał być przed II Wojną Światową członkiem Mossadu. Najwyraźniej pomysłowy Kanadyjczyk nie wiedział, że organizacja ta powstała w 1951 roku, już po uzyskaniu przez Izrael niepodległości.

W obliczu tak wielkiego nawału udowodnionych Duxowi kłamstw, wiele osób nie za bardzo chciało wierzyć w to, że Frank swego czasu uratował życie samemu Stevenowi Seagalowi. W jaki sposób fałszywy ninja miał tego dokonać? Ano po prostu nie przyjął 25 tysięcy dolarów, które to anonimowy zleceniodawca miał mu zaproponować za zabicie gwiazdy „Liberatora”.


W pewnym momencie Dux najwyraźniej stał się jedyną osobą, która wierzyła w głoszone przez siebie rewelacje i mimo ognia krytyki oraz niepodważalnych zarzutów recydywistycznego wręcz bajkopisarstwa, Kanadyjczyk chętnie udzielał wywiadów, opowiadając coraz to idiotyczniejsze historie ze swojego życia.

"Jean-Claude i ja ostro ścięliśmy się na planie. Obaj mocno się na siebie wkurzyliśmy. Powiedziałem mu, żeby poszedł ze mną na dach hotelu Victoria, a pokażę mu, kto jest mistrzem. Spotkaliśmy się tam, 60 pięter nad ziemią i stałem na tym odcinku, który nie był szerszy niż 18 cali. Powiedziałem mu, że chcę z nim walczyć właśnie tam. Następnie wykonałem kopnięcie z pełną rotacją i spojrzałem na niego. Widziałem, jak jego serce wpada z piersi. Powiedział: „Frank, jesteś szalony”. Potem poszliśmy na kolację i już nigdy nie podnosił do mnie głosu. Nawet wtedy, gdy spotkaliśmy się na sali sądowej...”

Cóż, po tym, gdy jasne stało się, że Dux jest notorycznym mitomanem, gwiazdor nie chciał kontynuować z nim współpracy. Van Damme sam napisał scenariusz do swojego filmu. Frank usiłował udowodnić, że był to plagiat stworzonej przez niego historii, ale sąd szybko odrzucił pozew i Belg spokojnie mógł dokończyć pracę nad „The Quest”.

Tymczasem od dnia premiery,upiornie wręcz czerstwego (z perspektywy czasu) „Krwawego sportu” minęło już ponad 30 lat i aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek naprawdę łyknął tę całą śpiewkę o „historii opartej na faktach”.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Oglądany: 81525x | Komentarzy: 55 | Okejek: 264 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało