Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

5 wielkich podróżników, którzy zaginęli podczas swoich wypraw

83 358  
295   45  
Kto nie chciałby być takim Tonym Halikiem – farciarzem, który przez całe swoje życie pakuje się w coraz większe tarapaty, tylko po to, aby zgrabnie uniknąć spotkania ze śmiercią, a następnie wspomnieniami ze swoich przygód podzielić się z nami (czyli ludźmi, co to nie mają wystarczająco twardych jaj, aby samemu zajrzeć do paszczy lwa i policzyć mu plomby).

Niestety wielu znakomitych obieżyświatów nie miało tyle szczęścia, co nasz rodak. Oto kilku takich śmiałków, których poniósł podróżniczy melanż i ślad po nich nagle zaginał.

Percy Fawcett

Percy przyszedł na świat w Wielkiej Brytanii w 1867 roku i już od najmłodszych lat, wraz ze swym bratem Edwardem, rozwijał podróżniczą pasję. O ile jego braciszek skłaniał się ku alpinistyce i pisaniu książek przygodowych, tak Percy postawił na karierę wojskową. To w armii chłopak nauczył się czytania mapy i obsługi urządzeń nawigacyjnych.


Będąc jeszcze wojskowym, Fawcett na zlecenie brytyjskiego wywiadu pojechał do Afryki, a pięć lat później udał się do Brazylii, aby wraz z podróżniczym zrzeszeniem, do którego należał, wytyczyć granicę brazylijsko-boliwijską. Podczas jednej z tych wypraw (a było ich co najmniej siedem), młody obieżyświat nasłuchał się opowieści o ukrytym w mrokach amazońskich lasów pradawnym "złotym" mieście. Percy, w swoich dziennikach nadał tajemniczym ruinom nazwę „Z”. Poprzysiągł też sobie, że zrobi wszystko, aby miejsce to odnaleźć.
Plany pokrzyżował mu wybuch I wojny Światowej. Wojskowy musiał czym prędzej wrócić do Europy. Nie zapomniał jednak o złożonej sobie obietnicy i po zakończeniu konfliktu, zorganizował ekspedycję, która ruszyła do Brazylii w poszukiwaniu legendarnego miasta.


Ostatni ślad po Percym i jego ekipie to list, w którym podróżnik pisze, że dotarł do miejsca, którego już nie widać na mapie i że ma zamiar kontynuować eskapadę w nieznane, nieodkryte dotąd przez białego człowieka, rejony. No i się zapuścił, a chyba wręcz został przez puszczę wchłonięty, bo już nikt później nie usłyszał o tym dzielnym podróżniku. Co mogło się z nim stać? Do wyboru, do koloru. Mógł zostać zjedzony przez jaguary, zabity przez niegościnnych Indian, umrzeć na malarię, lub paść z wycieńczenia...
Gdy tylko urwał się kontakt z Percym, zorganizowano dziesiątki, mniej lub bardziej profesjonalnych, wypraw ratunkowych… które pochłonęły kolejnych 100 ofiar.

George Bass

A oto i kolejny słynny, brytyjski globtroter, który zapisał się na kartach historii XIX-wiecznych wypraw. Bass zasłynął przede wszystkim z odkrycia cieśniny oddzielającej Tasmanię od Australii. Wcześniej bowiem uważano, że ta wyspa połączona jest z kontynentem.



Przy okazji ekspedycji, podczas której okrążył Tasmanię, Bass (który był również przyrodnikiem) natrafił też na bardzo ciekawe zwierzę – wombata. Mężczyzna wykonał dokładną dokumentację i opis tej kreatury.

Z czasem mężczyzna, na cześć którego nazwano cieśninę Bassa, połączył swoją podróżniczą pasję z zarabianiem niemałej kasy. Kupował od polinezyjskich kupców towary, a następnie zwoził je do Australii i sprzedawał z niezłym profitem.
W 1803 roku George i jego załoga ruszyli do Chile. Nie wiadomo czy tam dopłynęli, bo już nigdy nikt o nich nie usłyszał. Mogły przytrafić im się dwie tragedie. Albo ich statek zatonął, albo… panowie podróżnicy olali zakaz nawiązywania kontaktów handlowych z Chile (monopol na to miała wówczas tylko Hiszpania) i jako szmuglerzy trafili do pracy w kopalni srebra.

Miguel Corte-Real

Teraz czas na intrygującą historię dwóch portugalskich braci, którzy żyli w epoce eksploracji Nowego Świata. W 1501 roku Miguel i jego brat - Gaspar Corte-Real stanęli na czele wyprawy do Nowej Fundlandii. Podróżnicy ci byli synami samego João Vaz Corte-Reala – obieżyświata, który według niektórych historyków, miał dotrzeć do Ameryki dobre dwie dekady przed Kolumbem.


Bracia osiągnęli swój cel. W Nowej Fundlandii wzięli do niewoli 60 przedstawicieli jednego z lokalnych plemion indiańskich. Następnie rozdzielili się. Miguel ruszył w drogę powrotną do ojczyzny, a Gaspar wypłynął w podróż na południe.
Po roku, Miguel, który stracił kontakt ze swoim bratem, wrócił do Nowego Świata z ekspedycją ratunkową. Jednak i on zaginął bez wieści. Dużo wskazuje na to, że nieszczęśnik trafił na silny sztorm, który rozniósł w pył jego statek. Istnieje jednak pewien mały ślad, który wskazuje na nieco bardziej optymistyczne zakończenie tejże historii.
Otóż w 1918 roku profesor z uniwersytetu Browna odkrył pewną inskrypcję wyrytą na głazie znalezionym w miejscowości Dighton (Massachusetts). Na podpisanym datą 1511 kamieniu rzekomo widnieją takie słowa: „Tu spoczywa Miguel Corte-Real, z Woli Boskiej, przywódca Indian”. Oznaczałoby to, że Portugalczyk nie tylko przeżył na obcej ziemi 9 lat, ale i tak skutecznie wkupił się w łaski miejscowego plemienia, że został jego wodzem!

Roald Amundsen

Roald przyszedł na świat w Norwegii, a historii dał się poznać jako pierwszy zdobywca bieguna południowego. Ścigał się wówczas z ekspedycją brytyjską, która ostrzyła sobie zęby na wbicie tam królewskiej flagi. Roald wyprzedził swych rywali o cały miesiąc!
Norweg był też pierwszą osobą, której udało się przepłynąć drogę łączącą dwa oceany – Atlantycki i Pacyfik przez Morze Arktyczne.


Zanim jednak Roald zdecydował się na tę eskapadę, marzył o zdobyciu bieguna północnego. Został jednak uprzedzony przez amerykańskiego polarnika – Roberta Peary’ego. Swoich planów Amundsen nie porzucił i w 1926 roku przeleciał nad Arktyką na pokładzie sterowca, w towarzystwie dwóch innych podróżników. Jednym z nich był włoski pilot Umberto Nobile.


Dwa lata później Nobile zaginął podczas próby wykonania przelotu nad drugim biegunem. Amundsen, wraz z międzynarodową ekipą ratunkową, ruszył na poszukiwania swojego przyjaciela. Niestety, w jej trakcie, Norweg gdzieś się zawieruszył. Nie wiadomo jaki los go spotkał. Nigdy nie odnaleziono jego ciała. Nieoczekiwanie jednak odnalazł się Umberto Nobile! Okazało się, że jego sterowiec wpakował się w samo serce burzy śnieżnej, a następnie roztrzaskał się o lód i stanął w płomieniach. Zginęło wówczas dziewięciu członków tej wyprawy, a szczęśliwców którzy cało wyszli z katastrofy uratowali marynarze stacjonujący na jednym z radzieckich lodołamaczy.

Jean-Francois de Galaup Lapérouse

W 1785 roku francuski król Ludwik XVI wytypował oficera marynarki – Lapérouse’a do wykonania pewnej spektakularnej misji. Podróżnik miał zbadać i opisać nieznane wcześniej rejony Oceanu Spokojnego. Pomocna w tym projekcie miała być załoga złożona z samych wybitnych marynarzy, kartografów i uczonych, a nade wszystko – doskonałe okręty zaopatrzone w najwyśmienitsze zdobycze techniki nawigacyjnej.
Jako że jednym z zadań francuskiej ekipy było też poznawanie zwyczajów spotkanych po drodze wyspiarskich plemion i nawiązywanie z co ciekawszymi ludami kontaktów handlowych, pod pokładem zorganizowano miejsce, w którym transportowano europejskie rośliny uprawne. Zamierzano nimi obdarowywać nowo poznane ludy.


Można powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z planem. Przez dobrych kilka lat Lapérouse i jego ekspedycja wykonała kawał dobrej roboty szczegółowo opisując napotkane przez siebie wyspy. Stworzono nowe mapy, zbadano roślinność na nieznanych dotąd lądów, dokumentując dokładny wygląd linii brzegowych m.in. Filipin i Chin.
Niestety, w 1788 roku ślad po francuskiej ekipie zaginął. Ostatni raz widziała ją załoga angielskiego statku wiozącego skazańców do Australii. Po tym krótkim spotkaniu, Lapérouse wyruszył w dalszą podróż. Przez kolejnych 40 lat snuć można było jedynie domysły na temat losu Francuzów.


W 1826 roku irlandzki kapitan Peter Dillon dotarł do wyspy Vanikoro, gdzie dowiedział się od lokalnego plemienia, że parę dekad wcześniej w tejże okolicy zatonęły dwa statki. I faktycznie Dillon wyłowił ze wskazanego miejsca fragmenty wraków, w tym i kotwicę.
Tubylcy opisali swoje spotkanie z rozbitkami. Według ich zeznań, dowódca białych przybyszów nakazał swoim ludziom zbudowanie tratwy, a następnie na jej pokładzie ruszył w morze. Nie wiadomo jakie plany miał francuski oficer. Prawdopodobnie jednak daleko sobie nie zapłynął...

Źródła: 1, 2, 3, 4
3

Oglądany: 83358x | Komentarzy: 45 | Okejek: 295 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.11

25.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało