Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Hyde Park V > zajebiste szkoły dla bogaczy
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
wisz-nu Superbojownik od 9 maja 2003 | Toruńsk | GG: tajne/poufne
2020-07-16 17:11:02 Zgłoś
Jestem pod wrażeniem. Fajnie być lordem, ciekawe czy książęta mają jeszcze fajniej

https://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,26074779,sztywna-gorna-wargaa-konwicki-na-to.html

Wklejka poniżej:

"Jak wytresować lorda" to jedna z najbardziej makabrycznych książek, jakie czytałem [ORLIŃSKI]

Wojciech Orliński

30 czerwca 2020 | 05:58

Trudno się nie śmiać, czytając o przyszłym premierze, który musiał w szkole połykać żylaste mięso, heroicznie powstrzymując wymioty. I nie zapytać, czy po tym można rozsądnie rządzić innymi?

„Sztywna górna warga” to bowiem żartobliwe określenie odnoszące się do jej akcentu, snobizmu i emocjonalnego chłodu. Członkowie grupy Monty Pythona ostentacyjnie usztywniali sobie górne wargi w skeczach takich jak „Konkurs na przygłupa z klasy wyższej”, zespół AC/DC miał autoironiczną piosenkę „Stiff Upper Lip”, była też brytyjska komedia obyczajowa z sir Peterem Ustinovem pod takim tytułem. Krótko mówiąc: po książce oczekiwałem podobnych klimatów.

Jakże się myliłem!

Autor, dziennikarz Alex Renton, opisuje w niej swoje uprzywilejowane dzieciństwo, które upłynęło mu w elitarnych szkołach, ze słynnym Eton na czele. Jest synem barona i wpływowego brytyjskiego polityka, który kierował klubem Partii Konserwatywnej w czasach rządów Margaret Thatcher i za te zasługi dostał dożywotni fotel w Izbie Lordów.

Myślałem, że dzieciństwo jego syna powinno być słodkim, pełnym przywilejów raźnym marszem od jednego do drugiego. Przecież nawet w cyklu „Patrick Melrose” Edwarda St Aubyna (i kapitalnej serialowej adaptacji) traumatyczne doznania Patricka mieszają się z willami w Prowansji, biletami w pierwszej klasie, pięciogwiazdkowymi hotelami.

W tej książce tego nie znajdziecie.

Najlepiej podsumowuje ją cytat. Gdy Renton poprosił innych absolwentów Eton o podzielenie się wspomnieniami z tej uczelni, pisarz John Julius Norwich odpowiedział mu następująco: „Chłopiec popełnił samobójstwo, więc kierownik zebrał cały dom i spytał, czy ktoś może wie, dlaczego tak się stało. Mały David Ormsby-Gore podniósł rękę i powiedział: »Czy to możliwe, że z powodu jedzenia, proszę pana?«”.

Ze strony Davida Ormsby-Gore’a (który zresztą też został potem wpływowym politykiem Partii Konserwatywnej, baronem Harlech, ambasadorem w USA i członkiem Izby Lordów) był to oczywiście gorzki żart. Mało śmieszny, prawda? A to i tak bodaj najzabawniejsza scena w książce, bo jak inaczej próbować oswoić coś tak strasznego jak samobójcza śmierć dziecka, jeśli nie za pomocą czarnego humoru?

Eksterminacja misiów

Alex Renton pokazuje elitarne brytyjskie szkoły jako system zinstytucjonalizowanego sadyzmu. Prowadzona w nich „edukacja” polega na łamaniu osobowości z pomocą wymyślnych kar, bezsensownych obowiązków i bezinteresownej złośliwości, z którą uczeń styka się każdego dnia.

Wciskanie pod przymusem złego jedzenia stanowi jedną z tych złośliwości. Może się zdawać, że Renton przesadza. Kto pamięta PRL, ten na ogół ma jakieś przykre wspomnienia ze stołówek szkolnych czy przedszkolnych, z obozów czy kolonii.

Wtedy to kiepskie jedzenie było jednak prostą pochodną biedy. A pomimo biedy organizatorzy stołówek czasem jednak próbowali czymś osłodzić szarą codzienność. Spora część mojego dzieciństwa przypadła na czasy tego czy innego kryzysu gospodarczego, co miało tę dobrą stronę, że w stołówkowym menu pojawiały się czasem przysmaki z paczek od zachodnich organizacji charytatywnych.

Obrzydliwość posiłków w szkołach, w których czesne przekracza 30 tys. funtów rocznie, nie wynika oczywiście z niedostatku. Jest po prostu kolejnym aktem bezinteresownego okrucieństwa.

Aktorka Selina Cadell opowiedziała Rentonowi następującą historię o swoim pierwszym dniu w elitarnej szkole z internatem. Miała osiem lat, na miejsce zawieźli ją rodzice. Podczas wstępnej rozmowy kierowniczka sali dziewcząt (matrona) zapytała, czy jest coś, czego Selina nie lubi. „Mleka”, odpowiedziała mama. Gdy tylko rodzice odjechali, matrona przyszła z kubkiem mleka.

Ze wspomnień samego Rentona, z przytaczanych przez niego literackich relacji oraz ze wspomnień jego rozmówczyń i rozmówców wynika jednoznaczny wniosek: program nauczania w tych elitarnych szkołach jest nastawiony nie na przekazywanie dzieciom jakiejś wiedzy czy wartości, tylko na prowokowanie ich do płaczu czy protestu, żeby pod tym pretekstem karać je na różne wymyślne sposoby.

Zakonnice w elitarnych szkołach dla dziewcząt z lubością podkreślały, że uczennice znalazły się tutaj po prostu dlatego, że rodzice ich nie lubią. A rodzice ich nie lubią dlatego, że Bóg też ich nie lubi. Co za tym idzie, zakonnice też ich nie lubią, bo jakże mogłyby na jakąkolwiek sympatię zasługiwać dziewczynki niebudzące jej w samym Stwórcy?

Pierwszy dzień w szkole często zaczynał się od zniszczenia zabawek, które w swej naiwności dzieci przywiozły z domu do internatu. Miało to charakter rytuału wtajemniczenia w przemoc, w którym często brały udział starsze dzieci – miażdżące młodszym samochodziki, wyrywające kończyny pluszowym przytulankom, tłukące lalki, pozostałości zaś topiące w kanalizacji czy palące w kominku.

Okrucieństwo nie byłoby pełne, gdyby dzieciom pozwolono zachować resztki solidarności. Renton opisuje jednak liczne praktyki mające skłonić chłopców i dziewczęta do pastwienia się nad sobą nawzajem, a przynajmniej do entuzjastycznego kibicowania karom wymierzanym koleżankom i kolegom przez nauczycieli.

Podczas swojego pierwszego dnia w internacie Renton usłyszał od starszych kolegów, że ponieważ osobiście odpowiadają za przestrzeganie zasad w sypialni, również osobiście pobiją każdego, kto w jakikolwiek sposób zakłóci ciszę nocną. Choćby „płaczem czy skrzypnięciem sprężyny w łóżku”. Ze strony starszych kolegów takie postępowanie było aktem tyleż okrucieństwa, co instynktu samozachowawczego – im samym z kolei groziło jeszcze cięższe pobicie przez nauczyciela, gdyby ten usłyszał jakikolwiek dźwięk dobiegający z sypialni.

„Pamiętam, jak przyciskałem do twarzy poduszkę, by stłumić pociąganie nosem z tęsknoty za domem. Leżałem bez ruchu jak kamień, żeby zardzewiałe, stare łóżko nie pisnęło”

– pisze Renton. I dodaje: „Czulimy ogromną ulgę, gdy dowódcy znaleźli innego płaczącego chłopca i ściągali z niego prześcieradło, by spuścić mu lanie pasem. Jego krzyk przydawał się, by poruszyć zesztywniałymi kończynami, a może nawet pozwolić sobie na kilka szlochów”.

Czy piekło może być zabawne

Książka Rentona rzuca nowe światło na wcześniejsze teksty, fabularne i autobiograficzne, na temat elitarnych brytyjskich szkół z internatem. Autor robi tutaj solidny przegląd literatury – odnosząc się do takich klasyków jak autobiograficzne utwory mistrza makabry i groteski Roalda Dahla czy drastyczne wspomnienia George’a Orwella „Such, Such Were the Joys” (1952) opublikowane dwa lata po jego śmierci.

Miałem kiedyś taką fazę w życiu, że czytałem wszystko o Orwellu (biblioteka British Council w Warszawie miała tego sporo). Biografowie Orwella odnoszą się do tych wspomnień zazwyczaj sceptycznie – sugerowali, że autora poniosła wyobraźnia, wysuwali wątpliwości typu: „Czy dziecko rzeczywiście może znieść taką karę cielesną bez trwałych uszkodzeń?”.

Sceptycyzm wzmaga to, że większość literackich opisów tych szkół używa innego tonu. Jak podkreśla sam Renton w swoim przeglądzie literatury tematu, „traumatyczne doznania w Eton” należą do żelaznego repertuaru brytyjskiej komedii. BBC zrealizowała nawet sitcom na temat kar cielesnych dla elity „Whack-O!”.

Faktycznie, trudno odmówić pewnego potencjału komediowego sytuacji, w której przyszły premier, baron czy ekscelencja ambasador musi połykać zepsute, żylaste mięso, heroicznie powstrzymując wymioty. Albo gdy potem pokornie wypina do bicia obnażony zadek na oczach innych przyszłych ekscelencji, bo czujny wzrok nauczyciela jednak wypatrzył grymas niesmaku podczas jedzenia.

Autorzy takich komediowych historii o cierpieniach młodzieży z klasy wyższej zwykle sami zresztą pochodzili z klasy średniej albo wręcz robotniczej. Renton w swojej książce nie wnika w kwestie podziałów klasowych, może dlatego, że skoro sam pochodzi z klasy wyższej, czuje się skrępowany wypominaniem innym niższego pochodzenia.

Ja jednak jako skromny drobnomieszczanin nie mam takich hamulców, dodam więc, że szef działu rozrywki w BBC Michael Mills – który odpowiadał za dopuszczenie na antenę Monty Pythona, a zapewne także wspomnianego „Whack-O!” – sam był człowiekiem z awansu społecznego.

Zajmowanie się komedią do dziś w Wielkiej Brytanii uważane jest za coś niegodnego elit, dlatego ta ścieżka kariery jest szansą dla młodych zdolnych ludzi z klasy niższej średniej i robotniczej. Ale i pułapką, bo szybko uderzają wtedy o szklany sufit. Mówili mi o tym w wywiadach różni brytyjscy komicy.

Resentyment i frustracja wynikające z istnienia szklanego sufitu znajdują ujście w skeczach takich jak wspomniany przeze mnie na początku montypythonowski „Konkurs na przygłupa z klasy wyższej”. Te uczucia są żywe także dzisiaj, pod tym względem nic się w Wielkiej Brytanii nie zmienia.

Byłem na West Endzie na wymierzonej w klasę wyższą czarnej komedii „Posh!”. Obserwując, jak widownia – składająca się głównie z klasy średniej – reagowała na poszczególne sceny, pomyślałem, że gdyby ktoś w antrakcie w teatralnym bufecie powiedział głośno, że sam jest absolwentem Eton, ktoś inny mógłby mu chlusnąć zawartością kieliszka w twarz.

Brytyjczycy, którzy kończą zwyczajne szkoły i zwyczajne uniwersytety, czyli dolne 99 proc. społeczeństwa, nie mają takich doświadczeń. Nie można po nich oczekiwać współczucia dla elitarnych dzieci chłostanych elitarnymi rózgami w elitarnych szkołach – jeśli ktoś ma szefa, który nim został tylko dlatego, że jego rodziców było stać na Eton, nie będzie nigdy mu współczuć, że jego rodziców było stać na Eton.

To działa też w drugą stronę. Absolwenci elitarnych szkół czują się zjednoczeni wspólnym przejściem przez to piekło i nawet nie potrafią ukrywać pogardy dla tych 99 proc., którzy może i mieli szczęśliwsze dzieciństwo, ale teraz nigdy nie awansują powyżej szczebla „szefa komedii”. O tym zjednoczeniu w pogardzie mówi właśnie „Posh!”.

Boris Johnson nie musiał wierzyć w zło Unii, by uznać, że poparcie dla brexitu daje mu realne szanse na objęcie teki premiera, o czym marzył od dziecka

A kto oglądał transmisje obrad w sprawie brexitu, mógł działanie tych resentymentów zobaczyć w praktyce. Absolwenci elitarnych uczelni, Dominic Cummings, Jacob Rees-Mogg czy Alexander Boris de Pfeffel Johnson, okazywali jawne lekceważenie mniej szlachetnie urodzonym kolegom z parlamentu w sposób, który mimo wszystko byłby nie do pomyślenia w polskim Sejmie, np. ostentacyjnie kładąc się na ławie w udawanej drzemce, by pokazać, jak bardzo ich nie interesuje zdanie opozycji.

Te obrady pokazały swoisty klincz charakterystyczny dla brytyjskiej (czy tylko?) polityki. Rządzeni i rządzący nienawidzą się nawzajem. Jednym i drugim brakuje autorefleksji i gotowości do wyjścia poza wąsko rozumiane własne interesy, a władza przestaje służyć interesowi publicznemu, sprowadza się do siły i doraźnej skuteczności.

Samobójstwo? Really?

To, że 99 proc. społeczeństwa nie okaże żadnego współczucia dzieciom z elitarnych rodzin, jest dla Rentona tak oczywiste, że traktuje ten temat zdawkowo. Bardziej interesuje go inne pytanie: dlaczego swoim dzieciom robią to ich rodzice?

Zebrał różne odpowiedzi. Przede wszystkim rodzice o niczym nie wiedzą, zwłaszcza jeśli nie chcą wiedzieć. Gdyby dziecko się im poskarżyło na warunki panujące w szkole, a ci nie daj Boże podjęliby interwencję, groziłaby mu wyjątkowo okrutna kara za „opowiadanie kłamstw na temat szkoły”. Korespondencja uczniów podlegała szkolnej cenzurze, czasem nawet listy, „które nauczyciele uznali za zbyt smutne czy wypełnione żalem, były odczytywane głośno przy wszystkich”.

Niewiedzą można wytłumaczyć zwłaszcza rodziców z awansu społecznego, których dziecko trafiło do szkoły w rodzaju Eton jako pierwsze w historii rodziny.

„Nigdy nie czułam się na siłach, by powiedzieć rodzicom, z czym się zmagałam w szkole. Ciułali grosz do grosza, by mnie tam posłać, i miałam z tego powodu niezwykłe wyrzuty sumienia. Przyznanie, że się męczę, byłoby w najlepszym wypadku niewdzięcznością”

– powiedziała Rentonowi kobieta, która w szkole podjęła (na szczęście nieudaną) próbę samobójczą.

Ile prób samobójczych było udanych, a ile nieudanych, tego Rentonowi nie udało się ustalić. Szkoły takie przypadki zazwyczaj próbują ukrywać, udając, że śmierć ucznia to skutek wypadku, choroby, zatrucia czy wychłodzenia. Wysoka śmiertelność w szkołach z internatem była jednak w XIX wieku przyczyną parlamentarnego dochodzenia.

Samobójstwo było krokiem ostatecznym. Dzieci często sięgały też po różne formy samookaleczenia, żeby pod pretekstem choroby czy urazu wrócić do domu. Jeden z rozmówców Rentona powiedział mu, że gdy dowiedział się z innymi uczniami, że owoce cisowca są trujące dla koni, natychmiast sami je zjedli.

„»Próbowaliście popełnić samobójstwo?« – spytałem. »Nie – odparł po chwili namysłu. – Sądzę, że po prostu stwierdziliśmy, że nie chcemy tam dłużej być«”. Niektóre próby samobójcze mogły być po prostu zbyt udanymi próbami samookaleczenia.

Roald Dahl, dziś klasyk literatury dla dzieci, próbował się wydostać ze szkoły, symulując atak wyrostka robaczkowego. Lekarz rodzinny domyślił się mistyfikacji, zalecił powrót do szkoły i udzielił przyszłemu pisarzowi filozoficznej porady: „Życie jest niełatwe. Im szybciej się nauczysz, jak sobie z nim radzić, tym lepiej”. A więc: dostosuj się albo zgiń, jak w prymitywnie pojętym darwinizmie.

Według Rentona to właśnie była standardowa odpowiedź udzielana przez rodziców dzieciom narzekającym na to, co spotykało je w szkole. W typowym scenariuszu wiedzieli, do jakiego piekła posyłają dziecko, bo sami przez nie przeszli. Twierdzili jednak, że robią to dla jego dobra.

Renton twierdzi, że od początku czuł, że nie wolno mu powiedzieć rodzicom prawdy: „Powiedziałem im więc to, co mogłem pokazać – że mam odmrożenia, że w zgięciach kolan mam czerwone plamy, a skóra pęka mi z powodu egzemy czy jakiejś innej dolegliwości. Matka zapewniła mi to, czego potrzebowałem – maść i odrobinę współczucia. Ale nigdy nie pokazałem jej śladów po biciu. To oznaczałoby przekroczenie granicy, której istnienia wtedy jeszcze nie pojmowałem”.

Samego siebie autor tej książki ocenia jako względnego szczęściarza.

Wprawdzie wiedział, że nie może mieć do rodziców zaufania i powiedzieć im o sadyzmie czy aktach seksualnego molestowania przez nauczycieli, wyczuwał, że to wszystko elementy szerszej zmowy świata dorosłych.

Ale przynajmniej jego rodzice szczerze się cieszyli, gdy wracał do domu na przerwę semestralną.

Inne dzieci nie miały nawet takiego szczęścia. Już w trakcie pierwszej przerwy odkrywały, że podczas ich nieobecności ich dawny pokój przemeblowano i przeznaczono na inne cele. Pojmowały wtedy, że od teraz nie mają innego domu poza internatem. Może nigdy go nie miały? A jedyna droga ucieczki prowadziła przez przetrwanie szkoły, by dorosnąć i móc wreszcie pastwić się nad kimś innym.

Po co budować piekło

Fenomen brytyjskich szkół dla elity zbiega się z dynamiczną rozbudową imperium kolonialnego w XIX w. To fakt historyczny, który Renton odnotowuje, ale nie rozwija tematu – zapewne dlatego, że to książka bardziej reporterska niż publicystyczna.

To również książka skierowana w pierwszej kolejności do brytyjskiego czytelnika, Renton uważa więc, że nie musi tłumaczyć pewnych rzeczy, bo są zbyt oczywiste. Polskiemu odbiorcy ciśnie się zaś na usta najprostsze pytanie: skąd u brytyjskich elit w ogóle wziął się makabryczny pomysł fundowania swym dzieciom takiego piekła?

Jednym ze źródeł tego pomysłu jest hierarchia klasowa, o której Renton wspomina mimochodem. Większość Brytyjczyków jest tak naprawdę dwujęzyczna – na co dzień posługuje się akcentem tak bardzo odmiennym od tego, którym mówi spiker BBC, że dla Polaka to samo zdanie może brzmieć jak wypowiedziane w dwóch różnych językach.

Brytyjskie ucho jest wyczulone nawet na drobne niuanse akcentu zdradzające, że ktoś pochodzi z nizin społecznych, mówi londyńskim cockneyem albo co gorsza, z tzw. akcentem północnym. Jeśli ktoś ma objąć kierownicze stanowisko, musi bezbłędnie opanować akcent klas wyższych, tzw. posh.

Jeszcze lepiej będzie jednak, jeśli opanuje specyficzny żargon jednej z elitarnych szkół: najlepiej oczywiście Eton. Jako absolwent tej uczelni sam Renton podaje na tacy receptę – gdyby ktoś z państwa aspirował do kierowniczej roli w Wielkiej Brytanii, powinien zjadać „g” w rzeczownikach odczasownikowych takich jak hunting czy fishing i przedłużać „off” tak, żeby brzmiało jak „orf”. Prawdziwy etończyk dodaje też gdzie popadnie końcówkę „er”. Czyli zapraszając autora na lunch, powie: „Spot of lunchers, Renters?”, zamiast: „Spot of lunch, Renton?”.

Na pierwszy rzut oka może to brzmieć komicznie i skądinąd jest od lat tematem wielu komedii, że przypomnę choćby sztukę „Pigmalion” G.B. Shawa, przerobioną na musical „My Fair Lady”. W dziele tym kwiaciarka dokonuje awansu społecznego po prostu dzięki nauce połykania i wydłużania zgłosek, którą funduje jej zakochany lingwista.

W praktyce wyrugowanie rodzimego akcentu trudno jednak osiągnąć bez bezwzględnej tresury. Aby dziecko mówiło jak trzeba, powinno drżeć ze strachu na myśl o wymówieniu zakazanej zgłoski.

A skoro na końcu tej drogi przez piekło czekają zaszczyty, tytuły, stanowiska kierownicze i miejsce przy monarszym stole, ofiary tej tresury zaczynają wierzyć w jej potrzebę.

Zwłaszcza jeśli weszły do tego systemu jako „obcy”, a więc nie do końca rozumiały, jak on działa – tym bardziej nie mają siły ani odwagi, żeby go kwestionować.

Biała wstążka

Wśród autorów, którzy brytyjski system szkolnictwa analizowali z punktu widzenia perspektywy klasowej, był wspomniany Orwell. Sam pochodził z aspirującej klasy średniej, od dziecka uczył się więc, jak rozmawiać ze służbą, mimo świadomości, że nigdy go nie będzie na własną stać. Zresztą po prostu nie chciał jej mieć. Aspirujący potomek klasy średniej w jego pokoleniu zazwyczaj wyjeżdżał do kolonii. Orwell wyjechał do Birmy, co opisał w głośnych wspomnieniach „Birmańskie dni”.

Te wspomnienia (wraz z jego wspomnieniami szkolnymi) pokazują działanie mechanizmu, w którym absolwent elitarnej szkoły w kolonialnej administracji może wreszcie się znaleźć po drugiej stronie kija. Teraz to on może się pastwić nad Azjatami, tak jak nad nim pastwiono się w szkole.

W ten sposób funkcjonariusze brytyjskiego imperium replikowali w koloniach piekło swojego dzieciństwa. Nie wychowywano ich tak, żeby byli szczęśliwi. Wychowywano ich tak, by budowali imperium, nad którym słońce nie zachodzi.

Clive Staples Lewis, autor „Opowieści z Narnii”, we wspomnieniach nazywa swoją elitarną szkołę słowem „Belsen”. Porównania do obozów koncentracyjnych pojawiają się też w innych wspomnieniach absolwentów. Czy to nie przesada? Renton nie stawia tego pytania, ale zrobię to za niego.

Jak wiadomo, obozu koncentracyjnego nie wynaleźli ani bolszewicy, ani naziści. Zrobił to lord Kitchener podczas wojny burskiej w dzisiejszej RPA. Pierwszymi więźniami była ludność cywilna pochodzenia holenderskiego, która nie chciała oddać Brytyjczykom kontroli nad kopalniami diamentów.

W obozach więźniów poddawano torturom nie tylko fizycznym, ale także psychiczno-moralnym: starano się im udowodnić od pierwszego dnia, że nie mogą liczyć na nikogo, nawet na siebie nawzajem, bo zawsze znajdzie się więzień gotowy do pastwienia się nad współwięźniami „na ochotnika”, za dodatkowy przydział jedzenia. Nielicznych, których z tych obozów wypuszczano, zmuszano zaś do podpisania oświadczenia, że czuli się w nich dobrze traktowani.

Gdy szukamy źródeł zbrodni XX-wiecznych totalitaryzmów, często cofamy się do wieku XIX i dawnych sposobów wychowywania dzieci jako praprzyczyny. Stalina stworzył rosyjski system cerkiewnej edukacji, Hitlera – pruski dryl i ideały tzw. czarnej pedagogiki (które przypomniał niedawno film Michaela Hanekego „Biała wstążka”).

Co w Eton przeżył Staś

Jak to wszystko odnieść do polskich realiów? Z jednej strony nigdy nie mieliśmy imperium kolonialnego, nie mamy też systemu klasowego na podobieństwo brytyjskiego, nasze „elity” są nimi najwyżej od dwóch-trzech pokoleń.

Z drugiej jednak, czy to nie brytyjski system szkolnictwa wielu Polaków od dawna uważa za wzór do naśladowania? Pamiętacie happy end „W pustyni i w puszczy” polegający przecież na tym, że rodzice Nel, szlachetni państwo Rawlisonowie, opłacają Stasiowi elitarną edukację w brytyjskiej szkole… Wprawdzie Staś początkowo jest trochę niegrzeczny, ale w tej szkole naprostują mu charakter. Domyślamy się jak.

Lekcję darwinizmu, której małemu Roaldowi Dahlowi udzielił rodzinny lekarz, kolejne pokolenia Polaków dostawały od swoich rodziców. Do pochwały twardej ręki wobec dzieci (często zaopatrzonej w gruby skórzany pas) dorabiano różne teorie, niekiedy sprowadzające się do tego, że musimy być twardzi jak Anglicy, którzy podbili kawał świata, albo Prusacy i Rosjanie, którzy podbili nas.

Jak mamy budować społeczeństwo nieautorytarne, skoro tak wielu polskich rodziców próbuje wychować swoje dzieci na drugiego Stalina, Hitlera czy przynajmniej drugiego lorda Kitchenera?

--
Wszelkie prawa zastrzeżone. Czytanie niniejszego tekstu bez pisemnej zgody surowo wzbronione.
Peppone
Peppone Nowy Ruski od 19 marca 2003 | Warszawa
2020-07-16 18:46:37 Zgłoś
Aż mi się przypomniała scena z jednego angielskiego filmu:
Elitarna szkoła. Nauczyciel przywołuje ucznia i mówi:
- Idź ogrzej deskę klozetową. Za 10 minut będę robił kupę.

Ciekawe, skąd biorą nauczycieli do takich szkół.


--
Pracuj u podstaw. Zaminuj fundamenty systemu. Wszelkie prawa do treści wrzutów zastrzeżone
Nie namawiam do łamania prawa. Namawiam do zmiany konstytucji tak, aby pewne czyny stały się legalne.
szurszon
szurszon Superbojowniczka od 20 marca 2003 | Wrocław
2020-07-16 20:11:04 Zgłoś
Zapewne zaczyna się od dyrektora z takim osobliwym podejściem, który kompletuje kadrę względem określonych kryteriów.

--
here or there...
Peppone
Peppone Nowy Ruski od 19 marca 2003 | Warszawa
2020-07-16 20:57:45 Zgłoś
:szurszon - no ale skądś się ten dyrektor i jego kadra biorą, c'nie? No nie wiem, odrzuty z naboru do straży miejskiej czy qui xui?


--
Pracuj u podstaw. Zaminuj fundamenty systemu. Wszelkie prawa do treści wrzutów zastrzeżone
Nie namawiam do łamania prawa. Namawiam do zmiany konstytucji tak, aby pewne czyny stały się legalne.
szurszon
szurszon Superbojowniczka od 20 marca 2003 | Wrocław
2020-07-16 21:09:21 Zgłoś
Wysokie stanowisko uruchamia czasem dziwne mechanizmy w ludziach, a poczucie władzy pozwala "leczyć" skrywane kompleksy w sposób przedziwny, a nawet barbarzyński. Szczególnie wtedy gdy ma się do dyspozycji mniejsze lub większe zasoby poddanych. Najlepiej ślepo oddanych lub przynajmniej służalczo posłusznych w imię kariery, uznania, przywilejów.
Może to dotyczyć szkoły, szpitala, komendy, armii, urzędu, partii...

--
here or there...
Jez_z_lasu
Jez_z_lasu Bojownik od 14 stycznia 2013 | Jez_z_lasu
2020-07-16 21:16:06 Zgłoś

ciemna triada z pokolenia na pokolenie. pytanie w stylu co było pierwsze: kura czy jajko? u współczesnych polskich elit i ich dzieci nie trzeba na siłę szukać czytających z wypiekami dzieł mao, hitlera, stalina, marksa. jaki ojciec taki syn, jaka matka taka nać. po prostu stosujesz eugenikę i destylujesz pewne cechy w zamkniętej populacji.

jak bene gesserit kwisatza haderach w diunie

w sumie równie dobrze można destylować "jasną triadę", ale to trudniejsza i bardziej ryzykowna ścieżka
Ostatnio edytowany: 2020-07-16 21:22:56

--
"...Nie wiem nawet czy chcę na ziemię zejść Tu gdzie ciężko złapać tlen oddychamy już codziennie, ej"
nevya
nevya Bojownik od 18 grudnia 2015 | Frankfurt
2020-07-16 21:34:36 Zgłoś
:jez_z_lasu , albo jak ortodoksi w Izraelu, tylko tam kiepsko wychodzi, bo niektórzy faceci sięgają mi do pasa

--
Jez_z_lasu
Jez_z_lasu Bojownik od 14 stycznia 2013 | Jez_z_lasu
2020-07-16 21:42:13 Zgłoś
:nevya
karłowatość larona?

--
"...Nie wiem nawet czy chcę na ziemię zejść Tu gdzie ciężko złapać tlen oddychamy już codziennie, ej"
nevya
nevya Bojownik od 18 grudnia 2015 | Frankfurt
2020-07-16 21:55:54 Zgłoś
:jez_z_lasu , raczej nie, bardziej przypominają osoby z Zespołem Downa, nie są typowo karłowaci, są niscy i mają krótkie ręce.

--
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Soultaker Superbojownik od 24 maja 2003 | Białystok
2020-07-16 22:19:15 Zgłoś
:nevya dzięki.
Teraz zacząłem się zastanawiać, czy nie jestem ortodoksem z Izraela

--
nevya
nevya Bojownik od 18 grudnia 2015 | Frankfurt
2020-07-16 23:53:48 Zgłoś
:soultaker , przynajmiej może jakaś kamienica w Warszawie z tego będzie

--
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
freelancer Superbojownik od 10 stycznia 2004
2020-07-17 06:32:44 Zgłoś
Ktoś odkrył Amerykę? Wystarczy przeczytać pierwsze lepsze wspomnienia, żeby wiedzieć, że angielska szkoła to piekło dla dzieci. Albo Pottera, to dość wierny opis, ale pisany z perspektywy klasy niższej. Anglicy w ogóle byli/są okrutni dla własnych obywateli.
A obozy koncentracyjne powstały nieco wcześniej. Na Kubie.
BTW: taki system jest nieefektywny. W Japonii było podobnie, do czasu działało.
Ostatnio edytowany: 2020-07-17 06:35:27

--
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
roman566 Superbojownik od 21 stycznia 2010
2020-07-17 10:46:06 Zgłoś
A ja myślałem, że amerykańskie obozy, gdzie wysyła się niegrzeczne dzieci w celu nauczenia ich jak być grzecznym poprzez znęcanie się nad nimi były złem. A tu patrzcie, taki system obowiązuje w normalnej brytyjskiej edukacji. Ci anglosasi widocznie mają coś nie tak z głową, że zgadzają się na takie traktowanie swoich dzieci.

--
Forum > Hyde Park V > zajebiste szkoły dla bogaczy
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj