Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wielka księga zabaw traumatycznych CXLIV

29 008  
77  
Kliknij i zobacz więcej!Jeśli szukasz tu czegoś z czego można się pośmiać zrywając boki - zawiedziesz się. Natomiast jeśli trafiłeś tu szukając ludzi, którzy niemalże trafili do księgi Darwina - zapraszam. Dzisiejszym bohaterom w komplecie udało się przeżyć, choć były i złamania i zranienia...

Nie powtarzajmy tego! Nigdy! Osobom, których psychika nie jest wypaczona stanowczo odradzamy lekturę, pozostałych zapraszamy, im i tak jest wszystko jedno...

KOMANDOS

Było to gdzieś pod koniec podstawówki, mroźny styczeń. Po lekcjach "męska" część klasy wychodziła przed szkołę i zaspokajała swój instynkt wojenny organizując bitwy na śnieżki. Dzieliliśmy się na dwie drużyny - jedna dzielnie się broniła siedząc w okopie (czytaj: rowie), a druga zajmowała teren chodnika po drugiej stronie ulicy, mając drzewa za naturalną osłonę. Zabawa ta wciągała nas nawet na długie godziny. Kończyliśmy, kiedy było nam już zbyt zimno, lub się ściemniało.
Pamiętnego dnia zostałem w końcu przydzielony do drużyny broniącej się w okopie. Jako że fascynowałem się wtedy militariami, filmami, grami wojennymi itp. byłem wprost wniebowzięty. Aby jak najlepiej wczuć się w klimat bitwy zachowywałem się jak prawdziwy komandos - rzucałem się na ziemię, aby uchronić się przed gradem nadlatujących kul. Podczas jednego z takich celowych upadków w śnieg, poczułem, że uderzyłem o coś kolanem. Trochę byłem zdziwiony - dlaczego po zwykłym zderzeniu z ziemią, odczuwam taki ból? Wstałem i zacząłem skakać, krzycząc i trzymając się za nogę. Kolega obok na darmo prosił, abym się zamknął, aż w końcu uciszył mnie strzałem śnieżką centralnie w twarz, z odległości 1 metra.
Był on tak silny, że aż usiadłem. Wytarłem się i spojrzałem na nogę, bo coś mi tu nie pasowało. I wtedy ujrzałem rozcięte spodnie, a pod nimi dziurę w nodze na 15 cm, tak głęboką, że widać było przekrój mięsa w całej okazałości. Pokazałem to owemu kompanowi obok, a ten powstrzymał odruch wymiotny i krzyknął do chłopaków, aby przerwali ogień. Otoczył mnie tłumek, ale ja szybko uciekłem od nich i pokuśtykałem do szkoły. Woźna w drzwiach zatrzymała mnie, nie widząc mojej rany wojennej.
- Po co chcesz wejść?
- Do pielęgniarki, bo mnie noga boli.
- Nie ma pielęgniarki. Od czego cię noga boli?
- Nie, nic...
Odwróciłem się i wróciłem do chłopaków. Naradzaliśmy się, co zrobić, w międzyczasie musiałem każdemu z nich pokazać, jak wygląda noga od wewnątrz. Jeden z nich, jedyny który miał komórkę (wtedy samo posiadanie komórki było szpanem) zadzwonił po ojca, który odwiózł mnie do domu, a stamtąd mój już tata zawiózł mnie do szpitala.
Potem koledzy opowiadali mi, że pod śniegiem, na który się rzuciłem leżała stłuczona butelka po jakimś alkoholu, tak ostra, że kumpel biorąc ją do ręki rozciął sobie palec. W szpitalu chirurg powiedział mi, że miałem dużo szczęścia, bo zaraz obok było ścięgno. Ale mimo wszystko dobrze to wspominam, bo dzięki minusowej temperaturze na dworze, nie straciłem wiele krwi, a także odczuwałem mniejszy ból. Przynajmniej przedłużyłem sobie ferie zimowe o 3 tygodnie, oraz zdobyłem piękną bliznę wojenną, o jakiej zawsze marzyłem.

by Poplass @

* * * * *

ROWEREK

Gdy miałam z 5 latek jeździłam przed blokiem na rowerku, który posiadał 4 kółka. Pech chciał, że znajdowały się tam schodki, na których zjeżdżali chłopcy na BMXach. Zaciekawiona tym faktem podjechałam bliżej. Następnie usłyszałam od jednego, że ja nie potrafię tak zjechać. Bez zastanowienia powiedziałam, że zjadę no i zjechałam. Dwa pierwsze schodki poszły gładko gorzej z następnymi. Rowerek się wywalił, a ja poleciałam broda parę metrów po betonie. Krew ryk, krew ryk. Zaprowadzili mnie do domu (obyło się bez pogotowia) i do dziś mam bliznę na brodzie.

SZYBA

Miałam wtedy z 7, może 8 lat. Moi rodzice pojechali na zakupy do innego miasta mnie zostawiając pod opieka starszego o dwa lata brata. Była niedziela nie pamiętam z jakiego powodu, ale zaczęliśmy się z moim bratem ganiać po domu tzn. ja za nim biegałam jak głupia, a on uciekał. Brat wpadł na genialny pomysł by schować się w pokoju ja stwierdziłam, że jak się tam schował, to pewnie trzyma drzwi ( takie drewniane z szybą w środku). Wpadłam na jeszcze bardziej genialny pomysł wbiec tam na supermana. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Rozpędziłam się wycelowałam i bach szyba pęknięta (mina brata bezcenna) ja nie wiem co się dzieje. Podbiega do mnie brat wyjmuje mnie z drzwi, wali do mnie standardowym tekstem tylko nie płacz. Ja jak zobaczyłam rany na reku na brzuchu na plecach to zaraz panika. Jeszcze rodziców nie ma, co robić co robić.
Brat wziął ręczniki i mnie nimi poobkładał. Nagle dzwoni telefon po chwili okazuje się ze brat był umówiony z kolegą i ten dzwoniłby dowiedzieć się, czemu jeszcze nie przyszedł. Potem usłyszałam tylko "Nie mogę siora mi przez szybę wyleciała ", po czym kolega się rozłączył. Za chwile dzwoni znowu, tym razem mama kolegi, że mamy przyjść jak najszybciej. Zawieźli mnie na pogotowie 4 szwy na ręce po 1 na plecach i na brzuchu kilka szkiełek z palców wyjętych i gra gitara. Gdy wróciliśmy do domu kolegi okazało się, że rodzice wrócili, wiec wracamy z drugiego bloku do naszego brat jak zwykle do mnie mówi, że nic nie mam mówić rodzicom, a ja jak to młoda i głupia zaczęłam krzyczeć zamiast mamo mam szwy to MAMO mam WSZY. Mamuśka zgłupiała. Po powrocie do domu z bratem wymyśliliśmy, że to wszystko wina przewiewu ponieważ za każde kłótnie ostro nam się dostawało od Ojczulka. Nie mam pojęcia czy uwierzyli, ale nie krzyczeli. Do dziś jak słyszę tłuczone szkło to mnie wzdryga.

by Kiria

* * * * *

STRASZNIE DUŻO SZWÓW...

Szósta klasa podstawówki, urodziny koleżanki. Mieszkała pod miastem, duży sad więc masa miejsca do zabawy dla dzieciaków. Poszliśmy kolo 18-19 zimowa pora, już ciemno. Postanowiliśmy pobawić się w jakiś tam agentów - jedni źli drudzy dobrzy. Na środku sadu stała taka sporawa szopa z azbestowym dachem, a obok poskładane rusztowania. Oczywiście żeby był lepszy widok musiałem się wdrapać na górę z latarką i wyszukiwać złych pomiędzy drzewami. Pech chciał, że przy próbie zejścia spadłem na poskładane rusztowanie. Spodnie rozdarte dziwnie gorąco w nogę, wiec idę do domu. Skończyło się w szpitalu 140 szwów na lewym udzie. Rura zatrzymała się niecały 1cm od tętnicy, 2 mięsnie poszarpane 2tyg w szpitalu. Do dziś nie lubię dachów.

by Nalepa

* * * * *

POJECHAŁA

Na Komunię dostałam tradycyjnie rower. Nie obyło się też bez zegarka, takiego zwykłego, białego. Zwyczajem, zaraz po otrzymaniu prezentów, trzeba je wypróbować. Założyłam zegarek i jak tylko pozwoliłam mamie zdjąć z siebie sukienkę komunijną i założyć zwykłą, ale odświętną, od razu wskoczyłam na rowerek. Dojazd do domu babci, gdzie się odbywała impreza, był wyłożony żwirem i takim czymś, co się dawniej kładło na dachach. To "coś" było cholernie śliskie, bo było wyszlifowane przez samochody. Do tej mojej przejażdżki dołączył kuzyn, który też miał komunię i oczywiście dostał rower. Zaczęliśmy się ścigać. A ja, głupia, nie zauważyłam płachty tego "czegoś" i w nią wjechałam. Zahamowałam jeszcze na tej płachcie, ale wszystkimi hamulcami. Efekt? Poleciałam dobre 2 metry przed siebie razem z rowerem i poszorowałam zdrowo kolanami, łokciami i twarzą o żwir. Na domiar złego rąbnęłam głową o metalowy ostry słup od płotu. Nic poważnego, złamana rama roweru, ryk na całe gardło, wszędzie krew, a potem strupy i żwir w kolanach do dziś.

by Gucwon @

* * * * *

A TO PECH

Miałem jakieś 6-7 lat gdy postanowiliśmy urządzić konkurs na to, kto na drabinkach na naszym placu zabaw będzie najdłużej wisiał głowa w dół. W pojedynku z kolegą wygrałem , lecz chcąc się popisać przed kolegami wisiałem dalej. Zdenerwowany z przegranej kolega wszedł na drabinki i pociągając za nogi zrzucił mnie. Wszystko było by ok gdybym nie spadł głową w dół idealnie w psią kupę, która była pod drabinkami. Z rozwalona głowa i ciągnąca się wonią psiego kału pobiegłem z płaczem do domu. W szpitalu zszyto mi głowę, a na drabinki już nie miałem ochoty wchodzić.

by Re @

* * * * *

BUTELKA

Miałem 9 bodajże lat. Przeprowadzaliśmy się na nowe osiedle, świeżo wybudowane, nowoczesne niskie bloki pełne już ludzi, ale między nimi walają się jakieś styropiany itd. palone przez robotników w małych ogniskach. Rodzice zajęci meblowaniem mieszkań, ich pociechy latają po osiedlu.
Do rzeczy: Z grupą trochę młodszych dzieciaków bawiliśmy się w oszczędzanie robotnikom pracy, sami dorzucając (oczywiście, gdy nikt nie widział) różne rzeczy do ognisk. Pech chciał, że ktoś dorzucił najpierw szklaną butelkę (zakręconą chyba), a potem na to plastikową. Plastik się stopił, a szklana (pewnie po jakimś rozpuszczalniku) wybuchła. Dostałem stopionym plastikiem między prawe oko, a nos - ból, zaślepienie, minimetry i straciłbym oko.
Poleciałem do podwórkowego kraniku to schłodzić, a akurat jakaś ciocia przyjechała, zgarnęła mnie stamtąd i z mamą wzięła na pogotowie. Efekt: Dobrze, że jeszcze nie chodziłem do nowej szkoły, bo dostałbym przezwisko "cyklop". Chodziłem z opatrunkiem na oku dobry miesiąc, do dziś pamiętam szczęście mamy, że oka nie straciłem.

by Jacek L @

* * * * *

WYŚCIG

Przygotowany, skupiony, gotowy do podjęcia walki i ryzyka. Sprzęt prawie nówka, pożyczony od siostry. Ręce na kierownicy, mięśnie napięte, adrenalina we krwi. I zaczyna się: szlaban w górę, start natychmiastowy i jestem na czele! Niestety w następnej sekundzie nie wiem co się dzieje. Po jeszcze jednej stwierdzam, że leże na asfalcie. Ale ja się nie poddaje, wracam po czapkę i chce jechać dalej. Wsiadam znowu na moją maszynę iii... Cała noga zalana krwią od kolana w dół, w samym kolanie dziura wielkości dziecięcej pięści. Teraz szybka decyzja kontynuować jazdę, czy jednak zjechać gdzieś. Tylko gdzie? Do domu kilometr do ośrodka zdrowia jeszcze dalej (komórki jeszcze nie miałem). Wyszła na szczęście jakaś pani zawołała mnie, owinęła nogę i zadzwoniła po mamę. Skończyło się na szczęście tylko 15 szwami bez większych obrażeń kolana. Miny kierowców kiedy spokojnie wróciłem po czapkę, spojrzenie owej wybawczyni i mamy bezcenne. A ja już nigdy nie startuje na rowerze spod zamkniętego przejazdu kolejowego, by ścigać się z autami.

by Gebhard

* * * * *

ONA TEMU WINNA...

Wakacje 1994, piękna pogoda, ja i kumpel na rowerach. Jeździliśmy tak bez celu po osiedlu, a że było gorąco to bez koszulek (ważne w skutkach). I tak sobie jechaliśmy "bez trzymanki", w jakimś ogródku na leżaczku opalała się śliczna dziewczyna i nie zauważyłem wystającej studzienki. Efekt to zdarte kolana, łokcie, dłonie, przedramiona a przede wszystkim klatka piersiowa (strup o średnicy ok. 15 cm + parę mniejszych). Zmianę opatrunków pamiętam do dziś.

by United_center

* * * * *

STARY A GŁUPI

POKRĘCIŁ KOŁEM


Jakiś czas temu zmieniałem tarcze i klocki hamulcowe w mojej najwspanialszej na świecie maździe. Po zakończeniu czynności po lewej stronie i złożeniu koła, postanowiłem zakręcić nim żeby sprawdzić czy nic nigdzie nie obciera ani nie piszczy. Pech chciał, że na rękach miałem rękawice i zamiast zakręcić kołem trzymając za oponę, to zakręciłem trzymając prawa rękę na feldze. Efekt? Luźny palec rękawicy dostaje się między zacisk hamulca i felgę pociągając za sobą środkowy palec. Niestety zakręciłem dosyć mocno co dało zmiażdżenie ostatniej kości palca, prawie całkowite zniszczenie macierzy paznokcia i duuuużo duuuużo krwi. Szybko do znajomego chirurga do domowego gabinetu (pora była dość mocno wieczorowa), bo najbliżej, wstępnie zostałem poskładany. Następnego dnia udałem się jednak do przychodni, czekałem pół dnia, żeby na koniec dowiedzieć się od ortopedy, który nawet z nad gazety nie spojrzał na ten palec(!), że trzeba go zagipsować i odesłał do pielęgniarki. Wydało mi się dziwne, nakładanie gipsu na mocno cieknącą ranę, ale się nie odzywałem. A trzeba było, bo po kilku dniach coś się bardzo niedobrego zaczęło z ta raną dziać i znów wylądowałem u znajomego, który już doprowadził leczenie do szczęśliwego zakończenia.

by LordWinchester

Traumatycy i wszyscy inni przeżywające mrożące krew w żyłach przygody! To seria o Was i dla Was! Klikaj w ten linek i pisz! Opisz naprawdę traumatyczną historię, która zagości na stronie głównej i którą przeczytają tysiące ludzi! W tytule maila wpisz WKZT, to mi bardzo ułatwi zbieranie opowiadań.

UWAGA! Znaczek @ występuje przy nickach osób, które nie założyły sobie (jeszcze) konta na najlepszej stronie z humorem na świecie!

Oglądany: 29008x | Komentarzy: 0 | Okejek: 77 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało