Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Trochę ciekawostek o niewolnictwie

48 598  
372   92  
Niewolnictwo towarzyszy ludzkości od samych początków cywilizacji. Nic dziwnego w sytuacji, w której tysiące plemion i małych królestw najeżdżało się wzajemnie co jakiś czas, bo „wódz chciał odnieść jakiś sukces”. Nic tak przecież nie podnosi sondaży jak przytaszczenie z wyprawy wojennej łupów w postaci złota, srebra, zwierząt hodowlanych, no i, przede wszystkim, przymusowych robotników, którzy od tej pory będą pracować dla nowego wodza czy króla.
Kto nie wierzy, niech spyta Conana, co jest najlepsze w życiu:


Problem w tym, że nierzadko niewolnictwo samo zaczynało stawać się problemem – a to dlatego, że istniał jeszcze inny sposób na zostanie niewolnikiem niż schwytanie w siatkę. W starożytności rolnictwo było prymitywne i, poza szczęściarzami z Egiptu czy Mezopotamii, zależne w dużej mierze od opadów deszczu. A te bywają kapryśne, bez względu na to, ile ofiar złoży się w świątyni lokalnego boga burzy, deszczu czy tam innej wilgoci. Wydajność upraw była niska, a podatki wysokie. W takiej sytuacji wystarczył jeden rok suszy, by wszystko wzięło w łeb. Aby jakoś utrzymać przy życiu siebie oraz rodzinę, rolnik mógł zaciągnąć pożyczkę na zakup ziarna. Wtedy wystarczyło, że w następnym roku znów nastała susza. Dług trzeba spłacić, ale nie było z czego, więc taki rolnik w świetle prawa stawał się niewolnikiem spłacającym dług swoją pracą. Z każdym rokiem, z tego lub innego powodu, coraz większa liczba osób stawała się w ten sposób de facto niewolnikami. To stwarzało problemy, bo tacy niewolnicy od czasu do czasu uciekali w niedostępne tereny i zaczynali żywot rozbójników albo organizowali antyrządowe protesty, podczas których nie płonęły jedynie opony pod budynkami rządowymi, ale same budynki, najlepiej z władcami wciąż siedzącymi w środku. Dlatego też wiele ówczesnych królestw cyklicznie co parę lat ogłaszało amnestię dla wszystkich niewolników, którzy popadli w ten stan z powodów ekonomicznych. Już samo to, że amnestię tę ogłaszano cyklicznie ujawnia, że było to jednak bardziej nieskuteczne leczenie niż zapobieganie.

Im większe imperium – tym więcej niewolników. Szacuje się, że w takim Imperium Rzymskim niewolników było około 5 milionów, co przy szacunkowej liczbie ludności ok. 50 000 000 daje 10%. Nic dziwnego gdy pomyśli się, że taki Juliusz Cezar pewnego razu za jednym zamachem sprzedał w niewolę 53 000 pojmanych germańskich mężczyzn, kobiet i dzieci. Niewolników w Rzymie było wielu i był z tym pewien problem, bo wśród ludzi wolnych pochodzących z rozmaitych zakątków świata chodziło wielu niewolników… pochodzących z różnych zakątków świata i przez to kwestia „wolny czy też niewolnik” nie była tak prosta do odróżnienia, jak na przykład na plantacji bawełny w Alabamie. Swego czasu w Rzymie pojawił się więc pomysł, żeby wprowadzić jakiś specyficzny ubiór dla niewolników po to, aby dało się na pierwszy rzut oka odróżnić ludzi od mówiących narzędzi. Pomysł szybko upadł, gdy rzymscy senatorzy zauważyli, że może niekoniecznie dobrym pomysłem jest uświadomienie niewolnikom, jak wielką liczbę stanowią. Z kolei Spartanie mieli na to swój własny sposób, ale o tym będzie przy następnej okazji.

Z niewolnikami było oczywiście różnie – jedni traktowani byli podle, innym żyło się wcale nie tak najgorzej. Wszystko zależało od pana i od wyznaczonej roboty. Jedni usługiwali patrycjuszom w ich willach, inni musieli kuć skały w kopalniach. Jedni umierali w niewoli, innym trafiał się przyjemniejszy los. Abram Pietrowicz Hannibal był czarnoskórym dzieckiem podarowanym carowi Piotrowi Wielkiemu. Zyskał sympatię cara i z czasem został wyzwolony, otrzymał szlachectwo i herb ze słoniem, został generałem oraz gubernatorem. Jego prawnukiem zaś był Aleksander Puszkin.

Jedni niewolnicy najchętniej poderżnęliby swoim panom gardła choćby i łyżką, innym z kolei można było powierzyć misje krytycznie ważne. Tak było w przypadku Histiajosa i jego sługi. Histiajos planował powstanie przeciw Persom i chciał przekazać tę wiadomość Arystogorasowi, by i on zrobił to samo. Widocznie bał się, że posłaniec może zostać przechwycony, a list odczytany, więc zamiast tego ogolił na łyso swego najbardziej zaufanego niewolnika, wytatuował mu treść wiadomości na skórze głowy, poczekał, aż włosy odrosną i kazał mu powiedzieć Arystogorasowi tylko jedno – aby ten również ogolił go na łyso.

Kiedy ktoś usłyszy o niewolnictwie, to dość często pierwsze, co przychodzi do głowy, to południe USA i plantacje tytoniu czy bawełny. To oczywiście dobre skojarzenie, ale do USA trafiło mniej więcej 10% niewolników z Afryki. Więcej (13,5%) trafiło do kolonii francuskich, hiszpańskich (17,5%) i brytyjskich (18,4%). A najwięcej do Brazylii – 38,5%.



Wszystko to na statkach niewolniczych, na których sprzedani w niewolę płynęli w straszliwym ścisku i smrodzie. Zdarzały się jednostki, które w swej ładowni pod pokładem przewoziły ponad 800 osób. To też powodowało problemy, bo z jednej strony kapitanowie starali się upchnąć możliwie jak najwięcej „towaru”, żeby osiągnąć jak największy zysk, skoro już zainwestowali w prawie dwumiesięczną podróż, ale z drugiej strony taki ścisk, a czasem problemy z wodą pitną w czasie rejsu, groziły utratą wielu niewolników. Czasem też niewolnicy woleli zagłodzić się na śmierć niż żyć dalej w takich warunkach – w tej sytuacji karmiono ich siłą. W 1788 roku parlament brytyjski ogłosił, że liczba niewolników nie może przekraczać odpowiedniej wartości wyliczanej na podstawie wielkości i ładowności statku. Poprawiło to sytuację niewolników w niewielkim stopniu. Jeden ze statków przewożących wcześniej 609 osób od teraz mógł zabrać nie więcej niż 454.



Wszystko to odbywało się w tak zwanym handlu trójkątnym – z europejskich portów wypływały statki wiozące dobra takie jak tekstylia, broń czy przedmioty z metalu i kierowały się do Afryki, gdzie towary te wymieniano na niewolników. Ich transportowano do Ameryk, gdzie wymieniano na dobra produkowane na plantacjach – tytoń, bawełnę czy cukier. Te towary przywożono do Europy i cały cykl zaczynał się od nowa.



Najczęściej sprzedawani w niewolę byli jeńcy pojmani w niezliczonych wojnach międzyplemiennych czy napadach czarnoskórych łowców niewolników (cytat z filmu „Chłopaki nie płaczą” w komentarzach za 3, 2, 1…). Czasem sprzedawano też Europejczykom przestępców, aby się ich po prostu pozbyć. W wielu plemionach czy królestwach posiadanie czy zdobywanie niewolników było oznaką prestiżu. Królestwo Dahomej (dzisiejszy Benin) było jednym z liderów handlu ludźmi. Według słów Gezo - ich króla – „matki usypiają swoje dzieci śpiewając im piosenki o pokonywaniu wrogów i zdobywaniu niewolników”



Nie da się ukryć, że niewolnicy byli dla plantacji amerykańskich idealną inwestycją, skoro afrykańscy dostawcy zapewniali tak liczny „towar”. Wcześniej brak siły roboczej próbowano w koloniach rozwiązywać za pomocą „niewolnictwa kontraktowego”. Brało się biedotę na przykład irlandzką czy też angielską, opłacało im koszt podróży do Ameryki, tam na podstawie kontraktu osoby te miały pracować przez określoną liczbę lat, a potem, po ustaniu kontraktu, miały otrzymać od plantatora własną ziemię i odzyskać pełną wolność osobistą. Afrykański niewolnik ma oczywistą przewagę nad takimi osobami – pracuje wydajniej, bo jest bardziej odporny na trudne warunki klimatyczne. Nigdy nie odzyska wolności, więc inwestycja będzie na siebie zarabiać do końca jego życia. No i jego właściciel nigdy nie będzie musiał kupić czy dać mu ziemi na własność.


Ogłoszenie o sprzedaży 94 silnych i zdrowych "czarnuchów", którzy właśnie przybyli z Sierra-Leone na brygu Dembia.

Jakby tego było mało – „kontraktowi” biali łatwiej narzekali na swój los i przez to pracowali mniej wydajnie. „Czarni” nie mieli takich samych praw jak biali. A przez swój kolor skóry sprawiali, że i bogaty plantator, i biedny Irlandczyk czuli w pewnym sensie solidarność – w końcu mało co tak łączy, jak wspólna pogarda do obcej rasy.



[Czarni emigranci są] ze swej natury barbarzyńcami, bestiami i dzikusami, co całkowicie wyklucza możliwość, by byli rządzeni prawami, zwyczajami i praktykami panującymi w naszej prowincji. Przeto jest absolutnie konieczne uchwalenie i wprowadzenie w życie specjalnych ustaw, przepisów i zarządzeń, tak regulujących ich postępowanie, aby powstrzymali się od zamieszek, gwałtów, innych nieludzkich zachowań, do których mają naturalną skłonność – preambuła dokumentu Karoliny Południowej o zarządzaniu niewolnikami.



Życie na plantacjach było… różne. Zazwyczaj lepsze na tych mniejszych, gdzie pan nierzadko musiał pracować na równi z niewolnikami i przez to bywało, że traktował ich lepiej. Najgorzej było na wielkich plantacjach, którymi zarządzali nadzorcy. Wielogodzinna, nawet piętnastogodzinna dziennie praca w upale, początkowo brak jakichkolwiek praw i brutalne kary za nawet najmniejsze przewinienia były codziennością. W zapiskach z epoki pełno jest wzmianek o perfidnym okrucieństwie, jak w historii pewnej czarnoskórej matki, której małego syna sprzedano innemu białemu. Za każdym razem gdy przyłapano ją na płaczu z tego powodu – chłostaną ją i kazano się uśmiechać, bo „nic tak nie psuje humoru pana jak smutny niewolnik”.



Tak zresztą wielu właścicieli myślało o swoich niewolnikach – próbowali przekonać samych siebie, że to podludzie, którym i tak jest dobrze i którzy powinni być zadowoleni ze swego losu. Historia pokazuje, jak bardzo się mylili.

Większość powstań niewolników była tłumiona, czasem mniejszym, czasem większym nakładem środków. Spartakus miał dobry początek, ale ostatecznie nawet jemu nie wyszło, gdy nadeszły kolejne rzymskie legiony.



W 1831 roku Nat Turner wywołał pierwszy poważniejszy, choć krótkotrwały, bunt niewolników w USA. Głęboko religijny i przekonany o misji walki z białymi – po ujrzeniu na własne oczy zaćmienia Słońca z 12 lutego 1831 – uznał, że to właśnie znak od niebios. Przez trzy dni jego grupa około 70 zbiegłych niewolników mordowała każdego napotkanego białego i uwalniała kolejnych czarnoskórych. Dopiero posiłki i przewaga zarówno liczebna, jak i w uzbrojeniu rozbiła oddział buntowników. Niedługo później Nata Turnera schwytano i skazano na śmierć przez powieszenie. Jego ostatnie słowa to odpowiedź na pytanie, czy żałuje zamordowania około 60 białych – „a czy Jezus za swoje czyny nie został ukrzyżowany?” Ciekawa odpowiedź, szczególnie że egzekucji dokonano w Jerusalem w stanie Virginia.

Zdarzały się jednak takie bunty, które kończyły się zwycięstwem czarnoskórych. Yanga, czy też Nyanga, był członkiem rodziny królewskiej z Gabonu. Jako niewolnik został wysłany do Meksyku, gdzie nazywano go Gasparem Yangą. Około 1570 roku razem z grupą innych niewolników uciekł on w niedostępną puszczę, gdzie założył niewielką osadę. Była ona na tyle dobrze ukryta, że Hiszpanie zlokalizowali ją dopiero 30 lat później. Do jej pacyfikacji wysłano 550 żołnierzy. Yanga zaproponował układ – chciał, aby ich osada uzyskała autonomię w zamian za płacenie podatków i zwrot jakichkolwiek przyszłych zbiegłych niewolników. Hiszpanie odmówili i przystąpili do ataku. Spuścili łomot mieszkańcom wioski, lecz ci uciekli do lasu i przez kilka następnych lat nie dało się ich zlokalizować i ostatecznie pokonać. By przerwać ten impas Hiszpanie ostatecznie zgodzili się na warunki Yangi. W ten sposób powstała wioska San Lorenzo de los Negros de Cerralvo, która dziś zwie się oficjalnie „Yanga”.



Z kolei na Haiti wybuchło w 1791 roku powstanie przeciwko Francuzom. Długo dojrzewająca nienawiść między czarnoskórymi i białymi dała upust w rzezi ponad 4000 białych przez armię prawie 100 000 byłych niewolników. Zniszczono kilkaset plantacji. To właśnie do tłumienia tego powstania wysłano 5000 polskich żołnierzy łudzących się, że walcząc w wojsku Napoleona wywalczą wolność dla swojej ojczyzny. Już parę dni po wylądowaniu żółta febra zdziesiątkowała Polaków. Dla wielu pozostałych przy życiu Haiti było jednak moralną rozterką – ponieważ widzieli, że walcząc o swoją wolność jednocześnie tłumili powstanie czarnoskórych, którzy również walczyli o swoją wolność. Z tego powodu kilkuset Polaków przeszło na stronę wroga i zaczęło walczyć z Francuzami.

Ostatecznie konflikt zakończył się w 1804 roku uzyskaniem przez Haiti niepodległości. Tuż po tym wydano tam rozkaz wymordowania wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu białych. Wśród nielicznych wyjątków od tego rozkazu byli Polacy, którzy zgodzili się pozostać na wyspie i zyskali sympatię Haitańczyków dzięki walce z Francuzami i solidarności „uciskanych narodów”. Czarnoskóry cesarz Haiti, Jean-Jacques Dessalines, nazywał Polaków „białymi Murzynami Europy”. Różnie to można odebrać, choć akurat w jego mniemaniu był to zaszczyt podkreślający braterstwo Polaków i Haitańczyków. Do dziś na Haiti istnieje niewielkie skupisko Polonii, a przez pewien okres, z lepszym lub gorszym skutkiem, po Morzu Karaibskim pływali polscy piraci jak Kazimierz Lux, Ignacy Blumer czy Wincenty Kobylański. Kwestią otwartą pozostaje to, czy niepodległość ta okazała się długoterminowym sukcesem, bo Haiti (łagodnie mówiąc)… nie wiedzie się zbyt dobrze.


„Czy nie jestem człowiekiem i bratem?” - ulotka rozprowadzana w Wielkiej Brytanii przez przeciwników niewolnictwa.

W 1807 roku Wielka Brytania, po długotrwałej kampanii głównie Kwakrów traktujących niewolnictwo jako zło absolutne, parlament brytyjski przegłosował prawo zakazujące morskiego handlu niewolnikami. Tuż po tym podobne prawo przegłosowali Amerykanie. Od tej pory każdy statek przewożący niewolników z Afryki do Ameryk traktowany był jako statek piracki, którego ścigać miała cała potęga Royal Navy oraz całych kilka okrętów US Navy. Marynarka Królewska utworzyła specjalną eskadrę zachodnioafrykańską, która od tej pory polowała na handlarzy niewolnikami. W ciągu niecałych 50 lat eskadra ta zatrzymała ponad 1600 statków i uwolniła 150 000 schwytanych czarnoskórych. Niestety wielu kapitanów statków niewolniczych wolało usunąć dowody swojej winy w razie pościgu niż płacić ogromną karę, przywiązując wszystkich niewolników do kotwicy i wyrzucając ją za burtę…

Brytyjczycy wykorzystywali swoje wpływy, by zmuszać innych do wprowadzenia podobnych zakazów. Oficjalny handel ustał, choć przemytnicy próbowali swojego szczęścia jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Tylko że sam zakaz handlu nie oznaczał od razu całkowitego zniesienia niewolnictwa. Sama instytucja wciąż miała się dobrze, a skoro nie można było sprowadzać już nowych niewolników z Afryki, to… w krajach takich jak USA zaczęto organizować hodowle niewolników i rozkręcono handel wewnętrzny.


Umowa sprzedaży czarnoskórego chłopca za 80 dolarów i 50 centów.

Nierzadko zmuszano kobiety do współżycia tylko po to, by „wyprodukowały” nowych niewolników. A to wszystko w kraju, którego deklaracja niepodległości głosiła:

„Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia”.

Jakby tego było mało, jedną z pierwszych osób, które poległy w imię wolności Stanów Zjednoczonych był Crispus Attucks, zbiegły niewolnik. Gdy w Bostonie wybuchły zamieszki i oddział brytyjskich żołnierzy otworzył ogień po raz pierwszy – zabitych na miejscu zostało trzech protestujących. Pierwszy na ziemię upaść miał właśnie czarnoskóry Crispus, co czyni go jednym z pierwszych „męczenników” w walce o wolność Stanów Zjednoczonych. Mniej więcej 5000 czarnoskórych walczyło w wojnie o niepodległość 13 zbuntowanych stanów. W zamian za to konstytucja USA ogłosiła, że niewolnictwo jest spoko, a dla obliczeń podatkowych i związanych z określeniem liczby reprezentantów w Kongresie tylko trzech na pięciu niewolników będzie liczonych jako osoby.

Są też i historie na temat niewolnictwa w USA, które mogą zaskoczyć. Na przykład jednym z pierwszych właścicieli niewolników w brytyjskich koloniach amerykańskich był… czarnoskóry. Anthony Johnson nie pochodził z Anglii, tylko z Angoli, i w 1619 roku trafił razem z 19 innymi czarnoskórymi do Virginii jako „niewolnik kontraktowy”. Po odsłużeniu kilku lat został, zgodnie z kontraktem, wyzwolony i otrzymał przydział ziemi na własność. Anthony szybko sprowadził sobie własnych niewolników kontraktowych. Jednym z nich był John Casor. Odpracował on kilka lat u Johnsona i uznał, że uzyskał przez to wolność zgodnie z podpisanym kontraktem. Johnson jednak wniósł pozew, a sąd… przyznał mu rację i skazał Casora na pozostanie niewolnikiem kontraktowym… do końca swojego życia – tym samym zmieniając jego pozycję z niewolnika kontraktowego na de facto tradycyjnego niewolnika.



Innym zaskoczeniem może być to, że spis ludności USA z 1830 roku wykazał, że w USA mieszkało 3775 wolnych czarnoskórych osób posiadających łącznie 12 760 niewolników.

Wielka Brytania zniosła niewolnictwo w 1833 roku. W ramach zadośćuczynienia rząd Jego Królewskiej Mości wypłacił 20 milionów funtów odszkodowania… ale nie niewolnikom, tylko ich właścicielom. Przeliczając to na dzisiejsze pieniądze, byłoby to 20 miliardów funtów, czyli mniej więcej 100 miliardów złotych. To było 40% ówczesnego budżetu całego imperium. By sfinansować tak wielki wykup niewolników, rząd musiał zaciągnąć pożyczkę, którą spłacał aż do… 2015 roku. Wśród obdarowanych pieniędzmi byli przodkowie George’a Orwella czy premiera Davida Camerona.

I tu by można było zakończyć temat na dziś (sporo tekstu wyszło, no ale i tak siedzicie w domach, więc co macie do roboty?), gdyby nie jeden wątek, który raczej nie przychodzi do głowy ludziom na hasło „niewolnictwo”. Z racji tych całych plantacji i zorganizowanego handlu czarnoskórymi często pojawia się skojarzenie „niewolnik = Murzyn”. Tymczasem dużą część niewolników stanowili… biali.

Aż do początków XIX wieku berberyjscy piraci operujący z baz w rejonie Algierii atakowali osady europejskie i porywali białych. Zapuszczali się nawet do wybrzeży Brytanii, skąd regularnie porywali setki mężczyzn, kobiet i dzieci. Według niektórych wyliczeń nawet milion białych mogło w ten sposób skończyć na targowiskach Imperium Osmańskiego czy miast północnoafrykańskich. Kościół anglikański, kierując się miłosierdziem, obiecywał pomoc finansową i wykupywał z niewoli tych, których mógł. Oczywiście tylko chrześcijan, którzy pozostali przy swojej wierze. Jeśli ktoś, w obawie o swoje życie, przeszedł pod przymusem na islam, to nie kwalifikował się do otrzymania takiej pomocy.


Jean-Léon Gérôme, „Targ niewolników”. Są cycki – jest okejka! Jakby co, to gość miał chyba jakiś fetysz, bo naprodukował kilka obrazów o podobnej tematyce…

Również Polacy i inni poddani polskiego króla padali ofiarą łowców niewolników. Z Chanatu Krymskiego co jakiś czas wypadały hordy biorące w „jasyr” każdego, kto się nawinął. Szacuje się, że w latach 1500-1700 łupem Tatarów padło od miliona do dwóch milionów poddanych króla Polski i cara Rosji.

No ale przynajmniej my, Polacy, nie braliśmy udziału w tym niegodnym procederze i, jak zwykle, jesteśmy moralnie kryształowo czyści!

Nic bardziej mylnego.

Niewolnictwo w średniowieczu wciąż miało się świetnie. O tym, że chrześcijański świat miał generalnie wywalone na wyzwanie rzucane moralności przez niewolnictwo chyba najlepiej świadczy parę faktów z dziejów papiestwa. W 1455 roku papież Mikołaj V wydał bullę „Pontifex Romanus”, w której nadawał królowi portugalskiemu „pełną zgodę na atakowanie i branie w niewolę Saracenów, pogan i innych niewiernych gdziekolwiek będą i obracania ich w wiecznych niewolników”. W 1493 roku podobne prawa dostali od papieża Aleksandra VI Hiszpanie. W 1548 roku papież Paweł III wydał list papieski o „przywróceniu niewolnictwa w Rzymie”, w którym stwierdzał, że (w skrócie) „odpowiadając na potrzeby chrześcijan i wiedząc, że duża liczba niewolników zwiększa bogactwo regionu, zezwala każdemu na kupowanie, posiadanie i sprzedawanie niewolników oraz wykorzystywanie ich do każdej pracy”. Coś papieże o tej pracy wiedzieli, ponieważ sami kupowali niewolników. Państwo Kościelne posiadało swoją własną flotę, a ktoś w tych galerach musiał przecież wiosłować. Papież Aleksander VII w 1661 roku wydał zgodę na zakup 600 tureckich niewolników przeznaczonych do służby na galerach. Z kolei Benedykt XIV w 1758 roku sprzedał 165 swoich tureckich niewolników za cenę 6230 talarów.

Chrześcijanie we wczesnym średniowieczu brali więc w niewolę chrześcijan i, mimo okazjonalnego delikatnego marudzenia papieży, mało kto widział w tym coś złego. To znaczy tak długo, jak chrześcijanin pozostawał niewolnikiem chrześcijanina, ponieważ już eksport chrześcijan do krajów muzułmańskich wywoływał furię i był zabroniony. I tu właśnie otwierała się furtka dla ludzi biznesu takich jak… na przykład Mieszko I i jego przodkowie. W krajach arabskich panował niesamowity popyt na bladoskórych niewolników z północy, z których robiono gwardzistów, nałożnice albo eunuchów. Ziemie polskie obfitowały na przykład w futra czy bursztyn, ale Arabowie lepsze futra sprowadzali z Rusi, a bursztyn ich nie obchodził. Za to ludzi mieliśmy całkiem sporo, więc istniał na naszych terenach taki sam mechanizm „łapania w siatkę”, jaki miał miejsce w Afryce. Za niewolników Arabowie płacili srebrem w postaci dirhemów, czyli monet. Na terenie Polski odkryto setki depozytów takich monet, łącznie trafić do nas mogło ich ponad milion.


Mapa znalezionych ważniejszych skarbów dirhemów.

A to oznacza, że ktoś z naszych ziem eksportował do nich całkiem sporo osób, być może nawet około 4000 rocznie. Jakby tego było mało, to istnieją w Polsce grody z tego okresu, które… niespecjalnie wiadomo jaką pełniły funkcję. Budowane przy szlakach handlowych były względnie duże i… nie mieściły zbyt wiele budynków w środku. Jedno z wyjaśnień jest takie, że na wielkich placach w ich środku przetrzymywano niewolników pędzonych na południe. A pędzono ich na przykład do Pragi, ponieważ to czeska stolica była wówczas głównym targowiskiem niewolników w całym regionie. Co jak co, ale trudno mi wyobrazić sobie Czecha smagającego kogoś batem, zakładającego mu łańcuch na szyję i poganiającego w tym swoim pociesznym języku.

To, że z handlem pogańskimi Słowianami świat chrześcijański nie miał problemu pokazuje dokument celny z Raffelstetten w dzisiejszej Austrii. Cło nałożone na import Słowian wynosiło 1 tremissis (złotą monetę) za kobietę i nieco mniej za mężczyznę. Dokładnie tyle samo kupiec zapłacić musiał za ogiera (tyle co za Słowiankę) i za klacz (tyle co za Słowianina).

I jak tu się dziwić, że według wielu znawców angielskie słowo „slave” pochodzi od „Słowianina”?

Ale „nasi” słowiańscy niewolnicy również potrafili się buntować. Jeden z takich uprowadzonych Słowian, sprzedany kalifowi Kordoby, urósł do rangi gubernatora jednego z miast w Hiszpanii. Gdy kalifat pogrążył się w wojnie domowej, nasz Słowianin, już pod imieniem Mudżahida al-Muwaffaqa, wywalczył sobie niepodległość, a nawet podbił Ibizę. Po jego śmierci władzę przejął jego syn i panował w spokoju do 1076 roku.
Z kolei w Maroku gwardziści słowiańscy zażądali pewnego dnia, by formalnie zmieniono ich status z niewolników na ludzi wolnych. Gdy spotkali się z odmową – wycofali się w góry, zajęli pewną wioskę i przez pewien czas stawiali zbrojny opór, tworząc słowiańską twierdzę w sercu Maroka.

I wszystko byłoby OK, gdyby można było powiedzieć, że takie historie o niewolnictwie to już tylko przeszłość. Ale nie można. Na całym świecie wciąż istnieją miliony niewolników – osób zmuszanych do pracy za darmo, do prostytucji, zastraszanych, bitych, przetrzymywanych siłą na kutrach rybackich czy plantacjach. I nie dzieje się tak tylko w Afryce czy Tajlandii, ale nawet w USA czy Unii Europejskiej. Jak widać, czasy się zmieniły, ale ludzka natura już niekoniecznie.

Zobacz też: O falsyfikatach i o tym, jak być może przeze mnie ktoś w Londynie wyleciał z pracy

5

Oglądany: 48598x | Komentarzy: 92 | Okejek: 372 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

28.10

27.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało