Na żaglach przez Świat

Możesz przyglądać się kwiatu z zachwytem, ale wtedy nie wydoisz krowy.

Z bojownikiem przez Tajlandię cz. I

23 October 2016
Czyli o tym, jak połączyć pasję do żeglarstwa z turystyką. Niniejszy artykuł ma za zadanie promocję fantastycznego hobby, jakim jest żeglarstwo z chęcią poznawania świata i kultur mu towarzyszących.




Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że niniejszy artykuł związany jest wyłącznie z moimi odczuciami, doświadczeniami i przeżyciami, więc więc nie koniecznie musicie zgadzać się z moją opinią. Ponieważ materiału mam bardzo dużo, nie uda mi się tego zmieścić w jednym artykule, to też postaram rozbić się go na części i przedstawić najistotniejsze moim zdaniem rzeczy. Krótko o osobie. Żeglarstwem pasjonuję się od trzech lat, posiadam patent sternika morskiego oraz radiooperatora SRC. W sumie spędziłem 9 tygodni na morzu sumując wszystkie rejsy w różnych częściach świata, co nie oznacza jeszcze, że jestem wykwalifikowanym żeglarzem, ale też nie jestem nowicjuszem. O tym jak do tego doszło, to napiszę przy innej okazji, bo jest to całkiem ciekawa historia. Niemniej jednak po ostatnich wydarzeniach w Tajlandii, a mam tutaj na myśli śmierć króla Ramy IX, postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami z 3,5 tygodniowego pobytu w tym pięknym kraju w lutym tego roku, bo być może kolejnej okazji nie będzie.
 
1. Przygotowania.
 
Pomysł narodził się w zeszłym roku po tym, jak dostałem propozycję od Kapitana Flinta (nie uzgadniałem z załogą ujawnianie personaliów, więc posłużę się nazwami zapożyczonymi), mojego mentora, zwiedzenia Tajlandii oraz opłynięcia tajskich wysp na Morzu Andamańskim. Sam fakt złożenia takiej propozycji był dla mnie zaszczytem, to też nie wahałem się ani chwili dłużej. Plan zakładał dojazd z Wrocławia do Berlina, tam wylot do Abu Dhabi na następnie przesiadka na samolot do Bangkoku. Ponieważ naszym zamiarem było nie tylko żeglowanie, to też chcieliśmy zwiedzić kraj, poznać kulturę, zwyczaje, czy kuchnię. W planach mieliśmy zwiedzenie najciekawszych miejsc Bangkoku, i nie tylko te znane, ale też mniej znane, przejazd przez kraj cumując do najciekawszych miejsc z miejscem docelowym w Phuket na wyspie Phuket, skąd miała zacząć się nasza morska wędrówka. Na ten cel założyliśmy sobie tydzień. W trakcie plan ulegał modyfikacjom, ale jak wiadomo, nigdy niczego nie udaje się zrealizować w 100%, ale to akurat działało na korzyść.



Wcześniej jednak odbiliśmy kilka spotkań z Kapitanem Siwobrodym (tutaj ciekawostka, ponieważ był uczniem Kapitana Flinta, od takie spotkanie po latach), który to odwiedza Tajlandię od 1989 roku w celu zaczerpnięcia informacji odnośnie Tajów, ich zwyczajów, czy panujących warunków na morzu. A tutaj było nie lada wyzwanie, ponieważ cykl pływów na Morzu Andamańskim jest co 6 godzin, a różnica dochodzi do 6ciu metrów w niektórych miejscach. Cykl ten różny jest dla poszczególnych miesięcy. Nikt z nas nie pływał w takich warunkach, a było to na tyle istotne, że do niektórych miejsc można było dopłynąć tylko o określonych porach. To samo dotyczyło zwiedzania różnorakich miejsc na wyspach.
 
2. Tajlandia i Tajowie.
 
Przede wszystkim kraj bardzo pozytywnie zaskoczył mnie. Nie jest to miejsce zacofane lub takie jak widzimy w amerykańskich filmach. W każdym bądź razie rozwiał moje wszelkie stereotypy, jakie miałem na temat tego kraju. Niemniej jednak na początku przyszło mi się zmierzyć z klimatem tropikalnym, co przez pierwsze dni dawało się mocno we znaki, zważywszy, że wyleciało się wcześniej z mroźniej Polski. Jedynym problemem, to bariera językowa, brak znajomości przez większość Tajów języka angielskiego, co niekiedy mocno utrudniało komunikację. Owszem, w lepszych hotelach czy restauracjach tego typu problem znikał. Ale w mniej turystycznych miejscach o komunikacji głosowej można zapomnieć. Ponieważ w trakcie podróży do Tajlandii nabawiłem się jakiegoś zatrucia (niemieckie jedzenie mi nie podeszło), to nie lada wyzwaniem było dla mnie zamówienia samego ryżu, a w zasadzie wytłumaczenie, że chcę tylko sam ryż. Przyprawiło to Tajów o niezły ubaw, ponieważ ryżu u nich na potęgę, a zamawiając u nich cokolwiek, to płaci się za to, co jest do ryżu dodawane, a nie za sam ryż. Ale i tutaj dało radę zrobić obejście na gazomierzu. Otóż z Tajami rozmawia się przez obrazki i kalkulator. Na czym to polega? Pokazujemy palcem na konkretnej rzeczy w menu lub na rzeczy, która nas interesuje, następnie Taj na kalkulatorze wystukuje cenę. Jeżeli mamy ochotę targować się, to wtedy możemy na kalkulatorze wystukać swoją. O ile skorzy są do negocjacji, to jednak trzeba uważać z tym, ponieważ Tajowie do dumny naród i jeżeli wjedziemy za mocno na ambicję, to strzeli focha i nie zrobimy nic. Próbowałem nauczyć się po tajsku „dziękuję” i idzie zapowietrzyć się przy próbie powiedzenia. Sposób mówienia jest bardziej nosowy, niż gardłowy. Dodatkowym problemem jest to, że znaczenie ma tonacja i gestykulacja podczas wymawiania, więc drobna pierdoła może popsuć całą symetrię kawowej górki. Lepiej więc nie ryzykować i grzecznie złożyć ręce na wysokości klatki piersiowej i skinąć głową z uśmiechem (najbardziej uniwersalne). Znaczenie ma, na jakiej wysokości trzymamy ręce. Im wyżej, tym większy szacunek wyrażamy, przy czym należy uważać, aby nie przesadzić, ponieważ Tajowie doskonale znają swoją wartość i mogło by to być źle odebrane. Mimo wszystko rzadko kiedy obrażają się.
Wbrew pozorom, Tajlandia to nie dziura, gdzie wszystko sypię się, jeżdżą samochody, które nie nadawały by się nawet na destruction derby, czy sypiące się budynki.



Nic z tych rzeczy. Może i budynki nie wyglądają atrakcyjnie, ale gdyby u nas lało dzień w dzień przez trzy miesiące, to też byłby problem z utrzymaniem ich czystości. Oczywiście zabytki, czy świątynie są utrzymane w porządku i prezentują się przepięknie. Ogólnie z mojego punktu widzenia całą estetykę psują sieci energetyczne. Z daleka wygląda to paskudnie, jednak przyglądając się z bliska, to w tym chaosie jest pewien sens. Mianowicie jeżeli spojrzymy, to wszystkie sieci są izolowane i powiązane coś ala trytytkami, co ma chronić od zrywania linii podczas pory huraganów. Na pewno to, co rzuca się w oczy na ulicy, to samochody.



Pierwsza rzecz, to świat Toyoty. Na 10 mijanych samochodów, 9 to Toyota. Zdarzyło mi się widzieć np. Opla Corse II, czy BMW, ale europejskich aut próżno szukać. Dotyczy to zarówno aut osobowych, pikapów, ciężarówek, czy autobusów. Druga rzecz, to wszystkie auta są nowe i czyste. Przejeżdżając przez Tajlandię od północy na południe spotkałem może dwa rupiecie, ale żadnego brudnego samochodu nie widziałem. Nawet Tuk-Tuki (trójkołowe taksówki). To samo dotyczy dróg. Może nie są super nowoczesne, ale próżno szukać w nich dziur. I dotyczy to zarówno autostrad, tras szybkiego ruchu, czy dróg trzeciej kategorii. 70 lat panowania Ramy swoje zrobiło. Potwierdzić natomiast mogę jeżdżących ludzi na pace na potęgę. Sam zresztą doświadczyłem i przyznam, niezła faza. Nie jest to nic zaskakującego tam, natomiast nie ma np. wylewających się autobusów z ludźmi, czy innych tego typu środków komunikacyjnych.



Ogólnie sami Tajowie są bardzo serdecznym narodem i przede wszystkim uczciwym. Pomimo tego, że może większość ludzi nie jest zasobna finansowo, to nie oszukują, nie żebrają ani nie oczekują za każdym razem napiwków. Sami z resztą tego doświadczyliśmy, kiedy jedna z osób od nas zostawiła portfel z pieniędzmi i dokumentami i Taj wybiegłem za nami, aby oddać bez żadnych strat. Owszem, wręczając grzecznie podziękują, ale nigdy nie wymuszają. Są bardzo pracowici i otwarci na innych.
 
3. Kult króla.
 
W całym kraju panuje kult króla, który jest dla nich najważniejszą osobą, niemal żywym bogiem i biada tym, którzy obrażają go. Pewien Australijczyk przedłużył sobie wakacje w Tajlandii o dwa lata za samo domalowanie wąsów na banknocie z wizerunkiem króla. Z resztą kult króla widać wszędzie, od portretów we wszystkich restauracjach czy hotelach, po stawiane pomniki, czy obrazy na ulicach. A jest ich zdecydowanie więcej niż pomników Wojny Ojczyźnianej w Rosji.





Swoją drogą, to po śmierci Ramy IX zastanawiam się, co dalej będzie z krajem, który od niego był uzależniony, a następca tronu nie cieszy się tam poważaniem, chociaż od jakiegoś czasu trwały próby ocieplenia jego wizerunku.
 
4. Waluta.
 
Walutą tajską jest bat, co przeliczeniu złotówki daje równowartość średnio 11 groszy. I w błędzie będzie osoba, która powie, że jest tam niesamowicie tanio. Drogo też nie jest, finansowy poziom życia porównał bym do warunków polskich. Na każdym banknocie widnieje wizerunek króla, i jak wspomniałem wcześniej, nie polecam dokonywania profanacji. Działa to do tego stopnia, że nawet jak wyleci komuś banknot, to nie daj boże przydeptać nogą. Przyłapani na gorącym uczynku można ponieść surowe konsekwencje.



Płatność elektroniczna trochę tam kuleje i w większości miejsc o płaceniu kartą można zapomnieć. Przy czym nie oznacza to, że Tajlandia jest elektronicznie zacofana. Nic z tych rzeczy i ma to swój biznes. Otóż w Tajlandii przy płatnościach kartą, czy wypłacie z bankomatu jest coś takiego, jak darowizna dla króla. Polega o na tym, że przy wypłacie terminal zadaje pytanie: „Czy chcemy przekazać darowiznę dla króla?”. Taka darowizna, to koszt 200 batów, czyli w zaokrągleniu 22zł. Odmawiając, nie możemy dokonać transakcji, więc chcąc nie chcąc, poza potrąceniem prowizji przez bank, mamy w bonusie prezent dla króla. Sprytne zagranie zważywszy na to, że turystów masa no i taka sierota nie ma wyjścia, jak zgodzić się lub nie dostanie kasy, bądź zapłaci. Sami Tajowie używają wyłącznie gotówki. A jak już mowa o turystach, to niestety są zmorą tego kraju, szczególnie Chińczycy, którzy za nic nie potrafią uszanować kultury danego kraju. Podczas swojego pobytu nie doświadczyłem jakiś niemiłych sytuacji z ich strony, ale z opowieści Kapitana Siwobrodego, dowiedziałem się, że Tajowie nie pierniczą się w tańcu. Ale o tym napiszę w dalszej części programu oraz prohibicji, religii oraz ciekawych zakątkach Bangkoku.
Ciąg dalszy być może nastąpi...


 


 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi