Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

"Karate Kid" - czyli wspaniały VHS-owy hicior o kopaniu się po mordach

37 550  
143   28  
To schemat stary i bardzo przez kino lubiany – protagonista jest pomiatanym przez osiłków mizernym przychlastem bez szansy na zakiszenie ogóra. Wtedy na horyzoncie pojawia się sędziwy mistrz wschodnich sztuk walk, który w ciągu pozostałych minut ekranowego czasu robi z poobijanej chudziny prawdziwą maszynę do zabijania. Bohater nie tylko mści się za swe krzywdy, ale i bałamuci najfajniejszą laskę w szkole!


34 lata. Tyle trzeba było czekać na powrót Daniela Larusso – małoletniego karateki, który woskował zabytkowe samochody, hodował drzewka bonsai, a na koniec z potężnym zamachem kopnął w twarz blondwłosego łobuza. Emitowany na YouTube Red serial „Cobra kai” to jeden z niewielu udanych powrotów do dawno już zapomnianych tytułów sprzed dekad. To też potężny cios w nostalgię. Mimo że nie spotkamy już pana Miyagi, a znani z „Karate Kida” rywale są już poważnymi panami w średnim wieku, to za sprawą całej masy mniej lub bardziej dyskretnych nawiązań do oryginału serial już od pierwszego odcinka pięknie gra na właściwej strunie i sprawia, że trudno oderwać się od ekranu. To tak, jakby po trzydziestu latach otworzyć starą butelkę z oranżadą i z radością odkryć, że jej smak jest ciągle wyśmienity, a bąbelki nadal milutko drapią w podniebienie.


Premiera „Cobra kai” to też doskonała okazja do ponownego seansu oryginalnego „Karate Kida” z 1984 roku. Takie spotkania po latach często łączą się z ryzykiem – wiele naszych ulubionych filmów z czasów gówniarskich mocno się już zestarzało i ponowny kontakt z niektórymi tytułami może sprawić nam ból. Na szczęście produkcja o naiwnym małolacie spędzającym czas w towarzystwie podstarzałego Azjaty ciągle trzyma się zadziwiająco dobrze.



Przeciwnik Daniela nie skrzywdziłby muchy

William Zabka, grający w filmie postać Johnny’ego – osiłka, który za swoją ofiarę obrał sobie chuderlawego Daniela, jest w gruncie rzeczy bardzo spokojnym gościem. Zanim dostał angaż do „Karate Kida”, młody aktor nie miał absolutnie żadnego doświadczenia we wschodnich sztukach walk. Uczył się za to technik wrestlingu. Dopiero w toku przygotowań do swojej roli Zabka zaczął ćwiczyć karate, a ostatecznie najbardziej do gustu przypadła mu koreańska sztuka walki łącząca w sobie elementy karate, subak i kung-fu. W Tang Soo Do aktor zdobył nawet czarny pas!



Popularność związana z sukcesem filmu sprawiała mu sporo kłopotów – William wielokrotnie wyzywany był na pojedynki przez znających się na mordobiciu ludzi, którzy chcieli na własnej skórze przekonać się, czy Zabka faktycznie jest takim kozakiem, jakim był grany przez niego zakapior. Na szczęście aktor jest osobą o bardzo spokojnym usposobieniu i nigdy nie dał się sprowokować.

Cobra kai powinno wygrać pamiętny turniej


W filmie turniej karate wygląda niczym pojedynek gladiatorów. Oczywiście w rzeczywistości w takich imprezach bardziej chodzi o pokaz techniki, niż barbarzyńskie rozkwaszanie sobie nosów. Jednymi z najmniej pożądanych zagrań są tu kopnięcia w twarz. Mimo że cios wyprowadzony przez Daniela wyglądał cholernie efektownie, to za taki ruch bohater powinien zostać zdyskwalifikowany i opuścić to miejsce z permanentnym zakazem kontynuowania swej profesjonalnej kariery w karate. W takiej sytuacji kolejne części filmu mogłyby się nazywać „MMA Kid”, a jedynym zwycięzcą filmowego turnieju zostałby Johnny reprezentujący szkołę Cobra kai.



Yo’re the best!

To jeden z tych kawałków, które mają w sobie wszystko to, co powinien mieć naładowany testosteronem motyw przewodni do filmu o napieprzających się po mordach facetach. Joe Esposito napisał utwór „You’re the best” z myślą o trzeciej części przygód Rocky’ego. Tymczasem Sylvester Stallone, który był reżyserem tej produkcji, postanowił wykorzystać w swoim dziele kompozycję zespołu Survivor pt. „Eye of the tiger”. Kawałek Esposito szybko jednak został przygarnięty przez reżysera Johna G. Avildsena, który właśnie szukał chwytliwego numeru do swojego nowego filmu o młodocianych karatekach. Warto dodać, że człowiek, który zasiadł za kamerą „Karate Kida” nakręcił też… pierwszą część „Rocky’ego”!


Nie tak to miało się skończyć!

To nie mogło się skończyć inaczej – po długim treningu Daniel musiał wreszcie skopać tyłek swego znienawidzonego wroga. Takie są zasady tego typu kina, prawda? Scenariusz do filmu miał napisać Dennis Palumbo. O ile pomysł na historię spodobał się temu scenarzyście, to już zupełnie inaczej wyobrażał on sobie zakończenie. Palumbo długo upierał się, że Daniel powinien na końcu przegrać.



„Nie może być tak, że przez 90 minut filmu pan Miyagi mówi swojemu uczniowi rzeczy w stylu: »Nie ma znaczenia, czy wygrasz albo czy przegrasz...«, a na końcu gość wygrywa!”.
Ostatecznie producenci zrezygnowali z usług Palumbo. Sam zainteresowany miał potem rzec: „Byłem kretynem. Teraz nakręcili już czwartą część filmu, więc najwyraźniej mój pomysł był całkiem idiotyczny...”.

Danielem mógł być syn Clinta Eastwooda

O rolę w „Karate Kidzie” starał się Kyle Eastwood – syn słynnego bohatera spaghetti westernów. Najwyraźniej młody aktor bardzo liczył na tę fuchę, bo gdy filmowcy zdecydowali się skorzystać z innego kandydata, ojciec Kyle’a mocno się wkurzył. W ramach zemsty Clint Eastwood ponoć zakazał spożywania coca-coli na planach swoich filmów. Columbia Pictures, wytwórnia, która stała za „Karate Kidem”, od 1982 roku należy do słynnego producenta napojów gazowanych.



A skora już mowa o koce, to warto też wspomnieć, że propozycję wcielenia się w głównego bohatera dostał Charlie Sheen. 19-letni wówczas aktor nie przyjął jednak tej roli.

Akcja „Karate Kid” rozgrywa się w uniwersum DC Comics!

Okazuje się, że postać karate-dzieciaka wywodzi się z tego samego uniwersum, z którego znamy chociażby Batmana, Lobo czy Flasha! Bohater zwany „Karate Kidem” pojawiał się na łamach komiksu jako jeden z członków tzw. Legionu Superherosów. Firma DC Comics posiadała pełne prawa do nazwy tej postaci, więc twórcy filmu musieli prosić o pozwolenie na wykorzystanie jej w tytule produkcji. W napisach końcowych pojawia się nawet specjalne podziękowanie dla DC.



Pan Miyagi wcale nie znał karate


Pat Morita znany jest przede wszystkim jako stary, mądry sansei, który wziął pod opiekę dręczonego przez rówieśników nastolatka (swoją drogą - aż trudno uwierzyć, że w momencie kręcenia filmu Ralph Macchio miał 22 lata!). Tymczasem aktor ten miał już za sobą dość długą karierę jako komik, a szczególnie pamiętany był ze swojej zabawnej roli w serialu „Happy Days”. Kiedy więc producenci „Karate Kida” dowiedzieli się, że aktor ten chciałby zagrać tak poważną postać jak pan Miyagi, od razu odrzucili jego kandydaturę.



Dopiero gdy Morita pojawił się na przesłuchaniu z zapuszczoną brodą i wyćwiczonym mocnym japońskim akcentem, zdecydowali się dać mu szansę.
Zanim jednak aktor stawił się przed kamerą, musiał przejść długi trening karate (okazuje się bowiem, że wbrew powszechnej opinii Azjaci wcale nie rodzą się z miseczką i kimonem). Podstawy tej sztuki walki poznał dzięki Patowi E. Johnsonowi – weteranowi Tang Soo Do. Ten sam gość odpowiada za układy choreograficzne do m.in. „Mortal Kombat” i „Green Street Hooligans”.
Mimo że wygląda to naukę tańca w klubie „Błękitna Ostryga”, to tak właśnie pan Miyagi przyswajał karate:



Pijany mistrz

Początkowo producenci chcieli zrezygnować z kręcenia sceny, w której pan Miyagi upija się w sztok i wspomina swoją służbę podczas II Wojny Światowej. Twórca obawiał się, że ten fragment nie tylko jest zupełnie zbędny, ale i może znacznie spowolnić tempo całej akcji. Reżyser filmu John G. Avildsen postawił jednak na swoim – pijany mistrz pojawia się w filmie, a sam Pat Morita dzięki swojemu aktorskiemu popisowi został nominowany do Oscara.



Wk#rwiony mistrz

W roli Johna Kreese’a - niegodziwego właściciela dojo Coba kai - reżyser od razu widział Martina Kove’a. Aktor po przeczytaniu scenariusza napalił się na te rolę jak szczerbaty na suchary. Aby móc pojawić się na planie „Karate Kida”, artysta zrezygnował z udziału w kilku innych projektach. Tymczasem wbrew temu, czego Kove oczekiwał, przesłuchania nie zaczęły się od razu. Kiedy więc po kilku tygodniach od otrzymania roli aktor został wezwany na spotkanie z filmowcami, wkurzony był już do granic możliwości. Artysta, nie bacząc już na swoją karierę, wyładował całą wściekłość na reżyserze. Widok rozwrzeszczanego furiata tylko upewnił Avildsena w przekonaniu, że nikt inny do odegrania postaci Johna Kreese’a nie nadaje się tak, jak Martin Kove.



Pucuj auto, szczylu!

Pamiętacie zabytkowe auto, które pan Miyagi kazał swojemu uczniowi pucować? Ostatecznie Daniel dostał od swego sensei w prezencie ten piękny wózek. W rzeczywistości Ralph Macchio faktycznie otrzymał to auto od producentów filmu! Podobno wyprodukowany w 1947 roku Ford Super DeLuxe Club nadal jest w posiadaniu aktora.


Oglądany: 37550x | Komentarzy: 28 | Okejek: 143 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało