Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O czasie i kalendarzu słów kilk... Sporo!

39 063  
290   47  
Wszystkim Bojowniczkom i Bojownikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku 30! A także aby nadchodzący rok 2771 był lepszy od poprzedniego 5778! Brzmi to jak bełkot, ale uwierzcie, że ma to sens*. A wszystko dlatego, że kalendarz którym się posługujemy jest tylko jednym z wielu.


Potrzeba mierzenia czasu była bardzo ważna już tysiące lat temu. Co prawda nikt wówczas nie odliczał czasu do piątkowego fajrantu, ale równie ważne było określenie kiedy nadszedł właściwy czas na siew na przykład po to, aby upraw nie trafił szlag już na starcie. Bez zastanowienia wiadomo, że najprostsze jednostki czasu, które stały się podstawą każdego kalendarza, są oczywiste – to dzień, miesiąc i rok. Problem jednak w tym, że choć wydają się one proste do określenia i zmierzenia, to jednak nie do końca takie są.

A to dlatego, że zabieramy się wtedy, jako mróweczki żyjące na jej powierzchni, za mierzenie obracającej się skały pędzącej na dodatek po niezbyt idealnej trajektorii wokół macierzystej gwiazdy. I dlatego, że niespecjalnie przejmuje się ona (ta skała) naszymi jednostkami czasu, które najpierw sobie wymyśliliśmy, a potem postanowiliśmy jakoś do rzeczywistości dopasować (z czym mamy trudności nawet dziś).

Weźmy taką dobę na przykład – każdy, oprócz bystrzaków z „Matura to bzdura”, obudzony w środku nocy powie, że związana jest z pełnym obrotem Ziemi dookoła własnej osi i trwa 24 godziny jak w mordę strzelił. Tylko że licząc to w taki sposób, biorąc pod uwagę tylko sam pełny obrót dookoła własnej osi, raz o godzinie ósmej „rano” mielibyśmy wschód Słońca, a innym razem o tej samej godzinie moglibyśmy oglądać jego zachód. Innym razem jeść obiad, a jeszcze innym – słodko spać pod niebem usianym gwiazdami. A to dlatego, że Ziemia obraca się jako bryła dryfująca przez kosmos po orbicie – i jeśli za punkt odniesienia ustalimy jakąś odległą gwiazdę (która względem Ziemi jest tak daleko, że praktycznie jest nieruchomym punktem odniesienia) to jeden pełny obrót zakończy się pod nieco innym kątem w stosunku do Słońca niż jeden poprzedni pełny obrót. Taki obrót trwa (uśredniając) 23 godziny, 56 minut i 4 sekundy (z ułamkiem, bo kosmos ma w nosie nasze sekundy) i jest to tak zwana doba gwiazdowa.

No dobra, to skąd te 24 godziny? To wynika z mierzenia doby nie według samego ruchu Ziemi dookoła własnej osi, ale z odcinka czasu między dwoma momentami, w których to Słońce znajduje się w tym samym miejscu względem obserwatora. A to już trochę inna sprawa.

Ziemia porusza się po orbicie dookoła Słońca, więc jeśli włączymy stoper kiedy Słońce będzie idealnie w zenicie (dokładnie nad naszymi głowami) i odczekamy jeden pełny obrót Ziemi dookoła własnej osi to przez ten czas (23 godzin 56 minut i 4 sekund) Ziemia dodatkowo pokona mniej więcej jeden stopień na swojej eliptycznej drodze dookoła Słońca. I to sprawia, że aby Słońce znalazło się dla tego obserwatora znowu w zenicie – to Ziemia musi jeszcze odrobinę się „dokręcić”.




(pozycja 1 oraz 2 – to pełna doba gwiazdowa – Ziemia dokonała jednego pełnego obrotu dookoła własnej osi, ale żeby wyszły nam 24 godziny i Słońce znów znalazło się dokładnie nad głową obserwatora to musi się dokręcić do pozycji 3)


I tu kryją się te „brakujące” cztery minuty. Ale orbita Ziemi nie jest idealnym okręgiem – to elipsa i nasza planeta raz jest nieco bliżej Słońca, a raz nieco dalej. To z kolei sprawia, że raz sunie przez kosmos nieco szybciej, a innym razem nieco wolniej (gdy jest bliżej Słońca zasuwa szybciej, gdy się od niego oddala – spowalnia). Nie jest też ładnie ustawiona boczkiem do gwiazdy – jest nachylona pod kątem około 23 stopni. A to oznacza, że tak właściwie to w różnych porach roku okres jaki jest potrzebny do tego, aby Słońce pojawiło się w tym samym punkcie (czyli od południa jednego dnia do południa dnia następnego) wcale nie wynosi równe 24 godziny, tylko czasem nieco dłużej albo krócej. Po makale, perfekcjoniści.

Na przykład 1 stycznia 2018 pełna doba słoneczna wyniosła 24 godziny i 0,84 milisekundy. Z kolei 25 kwietnia 2017 roku doba ta wyniosła 24 godziny i 2,20 milisekundy. Niby nic i gdybyśmy nie mieli superdokładnych zegarów atomowych, to jeszcze przez długi czas byśmy gołym okiem niczego nie zauważyli, ale niestety je posiadamy i zrozumieliśmy, że coś nam się te sekundy rozjeżdżają. I ta właśnie różnica sprawia, że od czasu do czasu trzeba dodać przestępną sekundę tak, aby wszystko się wyrównało. Ostatni taki zabieg (już dwudziesty siódmy) na czasie dokonano 1 stycznia 2017 roku o 1 w nocy naszego czasu (kiedy to po godzinie 0:59:59 nastąpiła 0:59:60, a dopiero po niej 1:00:00), a następny planowany jest póki co na 30 czerwca 2020. A jakby tego było mało, to na dodatek cała Ziemia powoli spowalnia swój obrót dookoła osi, co sprawia, że każdy kolejny dzień jest minimalnie dłuższy od poprzedniego.

OK, no to skoro już dni nie są takie idealne, to może chociaż miesiące są? To też banalnie prosty sposób na obserwowanie upływu czasu, bo zmiana faz Księżyca działa jak taki naturalny, na dodatek świecący, olbrzymi zegar wiszący na niebie (zresztą „miesiąc” to jedna z dawnych nazw Księżyca). No to tak – mamy na przykład miesiąc syderyczny – czyli jeden pełny obieg Księżyca po jego orbicie i trwa on 27 dni 7 godzin 43 minuty i 11,5 sekundy. Z kolei miesiąc synodyczny (okres między dwoma tymi samymi fazami Księżyca) trwa średnio 29 dni 12 godzin 44 minuty i 3 sekundy. Różnica wynika z dokładnie tego samego zjawiska, które powoduje różnicę między dobą gwiazdową a słoneczną – wszystko jest w ruchu i jedno pełne okrążenie Księżyca dookoła Ziemi nie da nam jednego pełnego cyklu faz. Nie dość, że nie dzieje się to w ciągu ładnej, pełnej liczby dni to jakby tego było mało cykle księżycowe mają się też nijak do roku słonecznego – 12 takich cykli daje mniej dni niż rok, a 13 – więcej.

No to skoro miesiąc jest do dupy, bo średnio współgra z naszymi latami, dniami i godzinami (Księżyc ma je gdzieś i nie wie, że lepiej byłoby, gdyby cały cykl faz zajmował np. równe 30 dni), to może chociaż ten rok da się jakoś, motyla noga, ładnie wyliczyć?

Ziemia ciśnie po swojej orbicie raz szybciej, raz wolniej, ale dokonanie jednego pełnego obiegu dookoła gwiazdy wydaje się być sensownym typem do ustalenia jakiejś jednostki czasu. Ale tu znowu, jak na złość, kosmos ma nasze chęci w nosie. Jeden taki obieg trwa w przybliżeniu 365 dni 5 godzin i 48 minut - bo oczywiście wpasowanie się idealnie w 365 dni naszego roku kalendarzowego bez żadnej nadwyżki byłoby zbyt wielką ekstrawagancją i byłoby dla nas zbyt proste.

Tak to wygląda w wielkim skrócie. Obrót Ziemi dookoła własnej osi kiepsko współgra z obiegiem Księżyca dookoła niej jak i samej Ziemi dookoła Słońca. Każde to zjawisko dzieje się w swoim czasie, a nasze jednostki, jakie sobie ustaliliśmy, nie oddają równo każdej z nich. Dniami nie wyliczy się ładnie i bez ułamków ani czasu obiegu dookoła Słońca ani faz Księżyca. Ruch Księżyca dookoła Ziemi nijak się ma do ruchu Ziemi dookoła Słońca. Nic więc dziwnego, że stworzenie sensownego kalendarza było dla pradawnych astronomów nie lada wyzwaniem…

Starożytni Egipcjanie stworzyli kalendarz składający się z 12 miesięcy po 30 dni każdy (a każdy miesiąc z 3 tygodni po 10 dni) pogrupowanych w trzy sezony – achet (pora wylewu), peret (pora siewu i wzrastania) i szemu (pora zbiorów). Do tego dodawano specjalny miesiąc składający się z 5 dni, z których każdy przeznaczony był na święto innego boga – Ozyrysa, Horusa, Neftydy, Izydy i Seta. Punktem początkowym był moment pojawienia się Syriusza na nocnym niebie – moment, który przy tworzeniu kalendarza zapowiadał nadejście wylewu Nilu.

Niestety Egipcjanie nie wiedzieli tego, co my wiemy dziś – że równe 365 dni mija się z pełnym obiegiem Ziemi wokół Słońca o mniej więcej jedną czwartą doby. A to sprawiło, że po czterech latach kapłanów zdziwić musiało, że pojawienie się Syriusza rozminęło się z ich przewidywaniami o jeden dzień. Co ciekawe – sprawy nie naprawiono. Kalendarz rozmijał się coraz bardziej z rzeczywistością do momentu, w którym różnica wynosiła pół roku – to tak, jakby nasz 1 stycznia wypadał teraz w lecie. Po tym czasie różnica znowu zaczynała się zmniejszać, aż w końcu po 1460 latach Syriusz znów pojawił się na niebie w tym dniu, w którym kalendarz przewidywał. Oczywiście już cztery lata później sytuacja zaczęła się powtarzać i po kolejnych 1460 latach, gdy święty kalendarz znowu pokrył się z rzeczywistością (już w czasach rzymskich) cesarz Antoninus Pius władający wówczas podbitym Egiptem wydał specjalną serię monet upamiętniających to doniosłe wydarzenie.


(po lewej głowa cesarza, po prawej – Izyda Sothis – „syriuszowa”, dosiadająca psa symbolizującego gwiazdozbiór Wielkiego Psa, w którym znajduje się Syriusz)

Kolejnej okazji do świętowania nie było – kalendarz egipski wyszedł z użycia, ale w zmodyfikowanej i poprawionej postaci istnieje do dziś jako kalendarz koptyjski i etiopski. Koptowie żyjący do dziś w Egipcie odmierzają 12 miesięcy po 30 dni i dodają jeden miesiąc liczący pięć dni. A lata liczą od momentu wstąpienia na tron cesarza Dioklecjana co sprawia, że dla nich jest obecnie rok 1734. Tymczasem Etiopczycy liczą swe lata od narodzin Jezusa, ale wyliczyli tę datę nieco inaczej niż kościół rzymski – dlatego pozostali 7 lat do tyłu względem nas i według ich kalendarza mamy dziś rok (jeszcze, bo nowy rok świętują innego dnia) 2010.

Babilończycy z kolei bazowali na kalendarzu księżycowym, w którym rok liczył 354 dni. To oczywiście rozmijało się z rokiem słonecznym, więc babilońscy astronomowie doszli do wniosku, że aby wyrównać tę różnicę należy dodawać co jakiś czas przestępny… miesiąc. Początkowo to królowie byli odpowiedzialni za wprowadzanie tego miesiąca, ale często robili to „a bo tak”, co wprowadzało niemały chaos w państwie. Aby temu zaradzić astronomowie zasugerowali poprawkę – ponieważ zauważyli, że 235 miesięcy księżycowych to prawie tyle samo co 19 lat (różnica wynosi jedynie dwie godziny) to uznano, że jeśli w każdy okres 19 lat wstawi się siedem lat z dodatkowym miesiącem to sprawa będzie załatwiona.


Tutaj widać, że w okresie 19 lat do roku 3, 6, 8, 11, 14, 17 i 19 dodano po jednym dodatkowym miesiącu. Rozwiązanie nieco kłopotliwe, no ale jako tako działało – na tyle dobrze, że podpatrzyli je Grecy i dziś znamy tę prawidłowość pod nazwą „cyklu Metona” (że niby wymyślił to jakiś Meton z Aten).

Majowie korzystali z innego pomysłu, opierając się na kalendarzu stworzonym przez wcześniejsze cywilizacje środkowoamerykańskie. Tutaj mamy tak właściwie trzy cykle działające niezależnie od siebie. Mamy rytualny kalendarz tzolkin, który składał się z 260 dni. Oznaczano te dni za pomocą kombinacji liczb (od 1 do 13) i dwudziestu nazw (imix, ik, akbal, kan, chicchan, cimi, manik, lamat, muluc, oc, chuen, eb, ben, ix, men, cib, caban, eznab, cauac i ahau). Zaczynano od jedynki i pierwszej nazwy - imix, potem dwójki i drugiej nazwy - ik, potem trójki i akbal itd. aż do 13 i ben, po której następowała jedynka i… kolejna nazwa z listy - ix. Oba te cykle – trzynastu liczb i dwudziestu nazw działały obok siebie nie wpływając na siebie nawzajem – doliczenie do 13 nie przerywało cyklu nazw, a wyliczenie wszystkich nazw nie przerywało cyklu 13-liczbowego.

Oprócz tego używano też kalendarza 365-dniowego – haab. Składał się z 18 miesięcy (pop, uo, zip, zotz, tzec, xul, yaxkin, mol, chen, yax, zac, ceh, mac, kankin, muan, pax, kayab, cumhu) po 20 dni oraz dodatkowego miesiąca składającego się z pięciu „nienazwanych” dni uznawanych za wybitnie pechowe, a nazywanego uayeb - w czasie którego zacierała się granica między światem żywych a umarłych i wszelkie istoty mogące sprowadzić nieszczęście miały ułatwione zadanie. Obronę w ciągu tych dni zapewnić miały rytuały – na przykład unikanie mycia czy czesania włosów. Datę zapisywano podając liczbę dnia (pierwszy dzień miesiąca to 0) i nazwę miesiąca.

Aby podać konkretną pełną datę należało wymienić nazwę dnia według kalendarza tzolkin i nazwę według kalendarza haab. Czyli na przykład 2 men 7 zip (wynika z tego, że niektórzy Majowie mogliby uznać, że 2 girls 1 cup to jakaś nasza dziwna popularna data).

Taki system sprawiał, że taka sama kombinacja nazw obu kalendarzy powtarzała się dopiero co 52 lata. Gdy kończył się taki okres, następował czas niepewności, czy aby bogowie pozwolą ludzkości przetrwać, aby mogła istnieć kolejne 52 lata. Wszechświat stawał wtedy na krawędzi zagłady – odbywały się przygotowywania do wielkiej ceremonii rozpalania „nowego ognia”, a gwiezdne demony tzitzimime wyruszały na łowy. Przygotowywano też święto „zawiązują się nasze lata”, wygaszano paleniska domowe, stare portrety bóstw wrzucano do wody, ciężarne kobiety zamykano w spichlerzach, żeby nie przemieniły się w demony, a małym dzieciom nie pozwalano zasnąć, żeby nie zamieniły się w myszy. W dniu święta procesja kapłanów wędrowała „niczym bogowie” na szczyt góry gdzie wypatrywała na nocnym niebie czy Plejady przekroczyły zenit – bo jeśli tak, to ludzkości dane będzie przetrwać kolejne 52 lata. Uszczęśliwieni kapłani, zobaczywszy ten znak (który miałby miejsce czy tak czy tak - bez względu na ich wierzenia), rozpalali na klacie jeńca ogień za pomocą drewnianego świdra, a potem rozpruwali mu wnętrzności i spalali w tym ogniu jego serce. Wszechświat został zrestartowany, można było żyć dalej. Szczęśliwy tłum widzów nacinał swoje uszy (nie oszczędzano nikogo, nawet niemowlęta raniono), a krwią pryskał w stronę góry, na której odprawiano rytuał. Święty ogień roznoszono do wszystkich miast – gdy na przykład dotarł do azteckiego władcy Motecuhzomy – ten z radości kazał złożyć w ofierze 2000 jeńców – wypruwanie ich serc trwało całe dwa dni.

Do dłuższych wyliczeń stosowano zaś „długą rachubę” – trzeci już kalendarz. Jego podstawą był dzień – kin, Dwadzieścia dni dawało jeden uinal. 18 takich uinal (360 dni) dawało jeden tun. 20 tun (7200 dni) dawało jeden katun. A 20 katun (144 000 dni) dawało jeden baktun. Istniały też większe jednostki, ale ich praktycznie nie używano. 1 stycznia 2018 roku według Majów wyglądałby mniej więcej tak:


Nie miałby żadnego specjalnego znaczenia, a oznaczałby 13.0.5.1.17 8 caban 15 kankin G1 czyli trzynasty baktun, zerowy katun, piąty tun, pierwszy uinal i siedemnasty kin, potem nazwy tzolkin i haab, a na końcu znak G1 określający „Władcę Nocy”, bóstwa przypadającego na określony dzień. Z naszego punktu widzenia taki system jest równie dziwaczny jak wiara w to, że 21 grudnia 2012 miał, według tego kalendarza, oznaczać coś zupełnie wyjątkowego. Owszem, kończył się wtedy cykl baktun, ale nikt z Majów nie mówił, że oznaczać to ma jakąkolwiek zagładę. Po prostu przeskoczyliśmy z 12 na przedzie na 13, tak samo jak 31 grudnia 2017 nie był końcem czasu, jak by sugerowały nasze kalendarze, tylko spokojnie nastał po nim 1 stycznia 2018. I aby to zrozumieć wystarczyło zajrzeć do samych zapisków Majów – z których jeden informował nas o wielkiej imprezie mającej wydarzyć się 80 okresów 52-letnich po koronacji króla Pakala – czyli w roku 4772 n.e. Trochę głupio zaś byłoby planować coś tyle lat po końcu świata, jeśli by się w niego wierzyło…

Najgorzej jednak za sprawę zabrali się… Rzymianie. Ci z kolei wymyślili sobie, że rok zaczynać się będzie w marcu i składać się będzie z 10 miesięcy – sześciu po 30 i czterech po 31 dni. To niestety daje tylko 304 dni, więc Rzymianie uznali, że pozostałe 61 dni przypadających akurat na zimę zostanie… bez żadnego przydziału, bo i niby po co? Dopiero król Numa Pompiliusz utworzył dwa nowe miesiące – styczeń i luty, ale nowa liczba dni wciąż była niezgodna z rzeczywistością – rok liczył 354 lub 355 dni. Na dodatek dostawienie nowych miesięcy sprawiło, że nazwy dotychczasowych (jak „siódmy” lub „ósmy”) stały się w ogóle bez sensu - ten błąd zresztą trwa do dziś w języku na przykład angielskim, w którym na przykład miesiąc „december” (od łacińskiego „dziesiąty”) jest dwunasty, a „september” (od łacińskiego „siódmy”) – dziewiąty.

Z powodu brakujących dni kalendarz rozjeżdżał się z porami roku, postanowiono więc, że najwyższy kapłan będzie miał prawo ingerować w niego dodając, gdy zechce, odpowiedni dodatkowy miesiąc. To oczywiście też było poronionym pomysłem, bo rzymskie życie polityczne toczyło się wokół wybieranych corocznie urzędów – więc kapłan kontrolujący czas bywał przekupywany, by czasem wydłużyć dany rok, a przy tym czyjąś kadencję lub odmawiał wydłużenia, nawet wtedy, gdy było konieczne, kiedy na stołku zasiadał ktoś, kogo nie lubił. Choć tak właściwie to chyba wielu z nas by chętnie zapłaciło, byle by nastał już rok 2019…

I wtedy na tę ubabraną w idiotyzmie scenę wkroczył Juliusz Cezar, cały na biało.



Postanowił on ogarnąć w końcu ten cały pieprznik i zebrał śmietankę astronomów ze świata hellenistycznego, by mu w tym pomogli. Astronomowie wiedzieli już, że rok trwa mniej więcej 365 i ćwierć dnia, więc opracowano kalendarz, w którym rok składać się będzie z 12 „rzymskich” miesięcy i trwać będzie 365 dni – a co cztery lata dodawać się będzie jeden dzień przestępny, aby wyrównać błąd wynikający z owej nadwyżkowej ćwiartki.

Żeby jednak wszystko elegancko wyszło, najpierw należało wprowadzić poprawki i ustawić rok „tak, jak powinien być ustawiony” – na przykład, aby święta związane ze żniwami znów wypadały w czasie żniw. I tak nastał najdłuższy rok w historii – rok 46 p.n.e., który zgodnie z dekretem Cezara trwał 445 dni. Reforma była, jak na owe czasy, całkiem solidna. Gdyby nie błąd kapłanów, którzy przez 36 pierwszych lat po jej wprowadzeniu… źle wstawiali dni przestępne - na początku czwartego roku zamiast na jego końcu (czyli w istocie co trzy lata zamiast co cztery). Oczywiście po wykryciu błąd skorygowano, stanowiska kapłanów zapewne też.

Niestety kalendarz juliański, mimo że dość poprawny, wciąż nie był doskonały. Co prawda astronomowie, którzy opracowywali dla Cezara jego reformę, zdawali sobie sprawę z tego, że nadwyżka dnia nie wynosi dokładnie ćwierci – to po pierwsze nie wiedzieli, ile dokładnie ta różnica między rzeczywistością a ich projektem wynosi, a po drugie najprawdopodobniej uznali, że jest ona tak niewielka, że w najbliższej przyszłości raczej niczego nie popsuje. Mieli rację, bo błąd wynosił jedynie około 11 minut na rok. Wystarczyło to jednak, aby po kilku wiekach zaczął być zauważalny.

Kiedy więc za pontyfikatu papieża Grzegorza XIII w XVI wieku błąd między kalendarzem juliańskim a rzeczywistością wynosił już dziesięć dni, co utrudniało ładne wyliczenie daty Wielkiejnocy – tym razem to Grzegorz postanowił zreformować sposób mierzenia czasu. Uznano, że juliański pomysł z jednym dodatkowym dniem jest dobry, ale lata przestępne były dodawane nieco zbyt często. Ustalono więc, że od tej pory rokiem przestępnym nie będzie ten będący końcem wieku z wyjątkiem tych, których liczba stuleci będzie podzielna przez 4.

Przykładowo – rok 1900 nie był rokiem przestępnym, ponieważ wypadł na koniec wieku, a liczba 19 nie jest podzielna przez 4. 2000 natomiast był, bo choć był na końcu wieku, to jego liczba setek (20) jest podzielna przez 4. Aby zaś daty znowu się zgadzały – ogłoszono, że po 4 października nastanie od razu 15 października. Nie wszyscy przyjęli tę zmianę zbyt radośnie – ponoć w Wielkiej Brytanii grupy ludzi protestowały żądając, aby władze „oddały im ich utracone dni”, jak gdyby korekta czasu miała skrócić im ich życie. Inni z kolei świętowali nadchodzące Boże narodzenie po staremu – wypadające wówczas już w styczniu według zreformowanego kalendarza. Ale jak by nie patrzeć – w każdym kraju, który zgodził się na reformę – dokładność kalendarza wzrosła. No, chyba że było się Szwecją. Kiedy oni pod koniec XVII wieku uznali, że jednak trzeba przejść na kalendarz gregoriański – zamiast uciąć na jeden raz kilkanaście dni – postanowili pomijać lata przestępne pomiędzy latami 1700 a 1740. W ten sposób w ciągu 40 lat stopniowo, powoli, zrównaliby się z kalendarzem gregoriańskim. Ale, z jakiegoś powodu (być może wielkiej wojny jaką wtedy toczyli), zapomnieli oni zastosować tę metodę w latach 1704 i 1708. I w ten sposób data w Szwecji rozminęła się zarówno z kalendarzem gregoriańskim jak i juliańskim – a Szwedzi zamiast uciąć parę dni i dokończyć reformę – postanowili wrócić do kalendarza juliańskiego. Aby wszystko „naprawić” – należało do kolejnego roku przestępnego dodać jeszcze jeden dzień. W ten sposób w 1712 roku Szwedzi mieli jedyną w swoim życiu okazję, by zerwać na kalendarzu datę 30 lutego. Na gregoriański przeszli ostatecznie w 1753 roku.



Reforma gregoriańska skróciła liczbę lat przestępnych ze stu na każde 400 lat do dziewięćdziesięciu siedmiu. I to wystarczyło, by dokładność kalendarza wzrosła bardzo znacząco. Co prawda wciąż nie pasuje on do pełnego obiegu Ziemi dookoła Słońca, ale błąd wynosi „jedynie” jeden dzień na 3236 lat. Póki co można z tym żyć.

Kraje katolickie przyjęły reformę raczej bez problemów. Co ciekawe Rzeczpospolita Obojga Narodów była jednym z tych, które przyjęły ją od razu, zgodnie z papieskimi wytycznymi (choć to akurat średnio dziwi). Większe opory mieli protestanci, którzy upatrywali w tym jakichś niecnych planów papiestwa. I tak jak Polska przeszła na nowy system w 1582 roku, tak Wielka Brytania wraz z koloniami zrobiła to dopiero w 1752. A że przez ten czas błąd kalendarza juliańskiego wzrósł – aby wszystko wyrównać poddani króla Jerzego II zostali pozbawieni 11 dni. Rosjanie zaś, którzy przyjęli go w 1918 roku, musieli już uciąć aż 13 dni.

Na honorową wzmiankę zasługuje też francuski kalendarz rewolucyjny wprowadzony w 1793 roku, który liczył lata od proklamowania republiki, ale nie miał nigdy roku pierwszego, a zaczął się od razu od drugiego, bo opracowanie go zajęło trochę czasu i wprowadzono go dopiero w drugim roku po tym akcie. Jako że rewolucja brzydziła się wszystkim, co związane z monarchią i kościołem, a także promowała naukowe podejście do świata – postanowiono wszystkich Francuzów zaskoczyć nowym kalendarzem posiadającym 10-dniowy tydzień, dwanaście 30-dniowych miesięcy i dodatkowych pięć lub sześć dni świątecznych na koniec roku. Za wymyślenie nowych rymowanych nazw miesięcy zabrał się poeta, a każdego konkretnego dnia w roku – botanik. Każdemu z dni dał nazwę rośliny, z wyjątkiem co piątego (oprócz 10, 20 czy 30, bo te miały z kolei nazwy narzędzi rolniczych), które otrzymały imiona zwierząt. No i oprócz dni pierwszego miesiąca zimy – novise, które zamiast nazw roślin otrzymały nazwy minerałów – to przecież jasne i rewolucyjnie logiczne. I tak na przykład czwarty dzień wiosennego germinala nazywał się tulipan. A dziesiąty letniego thermidora – konewka.

Bez sensu? Owszem. Ale lepiej obchodzić urodziny w dniu cebula (trzeci dzień miesiąca messidor) czwartego roku republiki niż podpaść rewolucjonistom i po francusku stracić głowę. Innym pomysłem było wprowadzenie 10-godzinnego dnia podzielonego na 100 minut dzielących się na 100 sekund. Oba pomysły jednak dość szybko poszły do lamusa – kalendarz zniesiono już w 1805 roku i reanimowano na zaledwie 18 dni za czasów Komuny Paryskiej w 1871 roku.

Tak pokrótce wyglądała historia, której zwieńczeniem był miniony sylwester. Metodą prób i błędów, obliczeń lepszych i gorszych i ciągłego poprawiania pomyłek tak, aby błąd był jak najmniejszy – doszliśmy do czasów obecnych. A czy kalendarz gregoriański jest najlepszy? No nie – dokładniejszy jest na przykład zreformowany kalendarz juliański zaproponowany przez Milutina Milankovicia w roku 1923, a którego błąd wynosi zaledwie 1 dzień na 31 250 lat. A jeszcze lepszy jest irański słoneczny kalendarz hidżryjski, bo zamiast wyliczać wszystko matematycznie kalendarz ten opiera się na bezpośrednich obserwacjach astronomicznych – dzięki czemu każdy rok zaczyna się dokładnie wtedy, kiedy powinien, a błąd wynosi mniej więcej jeden dzień na 110 000 lat. Dlaczego więc nie przechodzimy na niego?

Bo tak właściwie z naszego punktu widzenia, istot tak krótko żyjących, nie ma to większego sensu – gregoriański jest wystarczająco dokładny i wystarczająco bezlitośnie wylicza rytm naszego życia.

*W Japonii obecnie trwa 30 rok Heisei, ponieważ mija 30 lat od intronizacji cesarza, który takie imię wybrał dla okresu swego panowania. Z kolei niedługo zacznie się 2771 rok Ab Urbe Condita – „od założenia miasta”, według którego lata liczyli Rzymianie, a we wrześniu zakończy rok 5778 według kalendarza żydowskiego.

Oglądany: 39063x | Komentarzy: 47 | Okejek: 290 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało