JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Trudno zrozumieć Chińczyków i kobiety

32 782  
162   23  
Znałem Chińczyków, którzy przez dwa-trzy lata cierpliwie siedzieli nad kawałkiem kości słoniowej wielkości orzecha. Z tego nieforemnego kawałka Chińczyk, przy pomocy całej armii maleńkich nożyków i pilniczków, wycinał statek...



Był to cud pomysłowości i cierpliwości: statek miał cały osprzęt, żagle, mieścił odpowiednią ilość załogi, przy czym każdy z marynarzy był wielkości ziarenka maku, a liny były tak cienkie, że nawet nie rzucały cienia - i wszystko to było nic nie warte...

Sam statek był tak kruchy i delikatny, że jedno lekkie naciśnięcie dłonią niszczyło szatańską pracę głupiego Chińczyka.

Kobiece kłamstwo często przypomina mi chiński statek wielkości orzecha - mnóstwo cierpliwości, przebiegłości - wszystko zupełnie bez celu, wszystko ginie za sprawą zwykłego dotyku.

* * * * *
Czytanie sztuki zaplanowano na godzinę dwunastą w nocy. Przyjechałem trochę wcześniej i, paląc cygaro, zabijałem leniwie płynący czas, rozmawiając z gospodarzem, adwokatem Liazgowem.
Krótko po mnie do gabinetu, w którym siedzieliśmy, wbiegła zaróżowiona, ożywiona żona Liazgowa, którą godzinę temu widziałem w teatrze siedzącą obok naszej wspólnej znajomej, Tani Czernożukowej.

- Cóż to? - wesoło zakrzyknęła żona Liazgowa - prawie dwunasta, a publiczności jeszcze nie ma?
- Przyjdą - powiedział Liazgow. - Skąd wracasz, Simoczka?
- Ja ... byłam na lodowisku, na Basenowej, z siostrą Tarskiego.

Powoli, ostrożnie poruszyłem się na krześle i spojrzałem w twarz Serafimy Pietrowny.
Dlaczego ona skłamała? Co to znaczy?
Zamyśliłem się.
Dlaczego skłamała? Trudno sobie wyobrazić, że zamieszany był w to kochanek... W teatrze przez cały czas siedziała z Tanią Czernożukową i z teatru, sądząc po upływie czasu, pojechała prosto do domu. A więc chciała ukryć swoją obecność w teatrze lub spotkanie z Tanią Czernożukową.
Natychmiast przypomniałem sobie, że Liazgow dwa lub trzy razy przy mnie prosił żonę, by rzadziej spotykała się z Czernożukową, która, według niego, była głupią, pompatyczną durnotą i miała na żonę zły wpływ. - I wtedy zadziwiło mnie: jaka błaha, nieistotna przyczyna może czasami sprawić, że kobieta skłamie...

* * * * *
Przybył student Koniakin.
Przywitawszy się z nami, zwrócił się do żony Liazgowa i spytał:

- No, jak tam dzisiejsza sztuka w teatrze? Ciekawa?
Serafima Pietrowna z zaskoczeniem wzruszyła ramionami.
- Skąd pomysł, że wiem coś o tym? Przecież nie byłam w teatrze.
- Jak to nie? A ja zajechałem do Czernożukowych - powiedzieli mi, że pani z Tatianą Wiktorowną pojechałyście do teatru.
Serafima Pietrowna spuściła głowę i, wygładzając spódnicę na kolanach, uśmiechnęła się.
- W takim wypadku nie moja wina, że Tania jest taka głupia; kiedy wyjeżdżała z domu, mogła wymyślić inne kłamstwo...
Liazgow, zainteresowany spojrzał na żonę.
- Dlaczego ona powinna była skłamać?
- Naprawdę się nie domyślasz? Na pewno pojechała do swojego poety!
Student Koniakin żywo obrócił się do Serafimy Pietrowny.
- Do poety? Do Gagarowa? Niemożliwe! Gagarow kilka dni temu wyjechał do Moskwy, sam go odprowadzałem.
Serafima Pietrowna uparcie pokręciła głową i, z miną człowieka skaczącego w przepaść, powiedziała:
- A on i tak tu jest!
- Nie rozumiem... - wzruszył ramionami student Koniakin - jesteśmy z Gagarowem przyjaciółmi i on, gdyby wrócił, w pierwszej kolejności by mnie poinformował.
- Wydaje mi się, że on się ukrywa - stukając czubkiem buta o dywan oznajmiła Serafina Pietrowna. - Śledzą go.

Ostatnia fraza, oczywiście, rzucona była ot tak, by przerwać śliską rozmowę o Gagarowie. Ale student Koniakin zaniepokoił się.

- Śledzą? Kto śledzi?
- Ci tutaj... detektywi.
- Przepraszam, Serafino Pietrowna... Mówi pani coś dziwnego: z jakiej racji detektywi mieliby śledzić Gagarowa, kiedy nie jest on żadnym rewolucjonistą i nigdy nie angażował się w politykę.
Serafima Pietrowna obrzuciła studenta wrogim spojrzeniem i, zwilżywszy językiem spierzchnięte usta, cedząc słowa, odpowiedziała:
- Nie angażował się, a teraz się zaangażował. A w ogóle to co my tak ciągle Gagarow i Gagarow. Chcecie herbaty, panowie?

* * * * *
Przybył kolejny gość - recenzent prasowy Bljuchin.

- Mróz - oznajmił - ale to dobrze! Jest zimno do bólu. Jeździłem teraz na łyżwach przez dwie godziny. Piękne lodowisko na Basenowej.
- A moja żona też właśnie stamtąd wróciła - powiedział Liazgow, popijając herbatę ze szklanki - Spotkaliście się?
- Co ty mówisz?! - zdumiał się Bljuchin. - Przez cały czas jeździłem na łyżwach, a pani, Serafimo Pietrowna, nie widziałem.
Serafima Petrowna uśmiechnęła się.
- Jednakowoż byłam tam. Z Marią Aleksandrowną Szemszuriną.
- Zadziwiające... Nie widziałem ani pani, ani jej. Tym bardziej dziwne, że lodowisko jest przecież małe - wszystko jak na dłoni.
- Przez większość czasu wszyscy siedzieliśmy... blisko muzyki - powiedziała Serafima Pietrowna. - Śruba na łyżwie mi pękła.
- Ach tak! Jeśli pani chce, to mogę ją teraz naprawić. Znam się na tym. Gdzie ona jest?
Noga nerwowo zastukała w dywan.
- Już oddałam ją ślusarzowi.
- Jak zdołałaś oddać ją do ślusarza, kiedy teraz jest noc? - zapytał Liazgow.
Serafima Pietrowna wpadła w złość.
- A, oddałam! Coś się tak uczepił? Ślusarnia, z powodu pilnej pracy, była otwarta. No i oddałam. Ślusarzowi na imię było Matwiej.

* * * * *
W końcu pojawił się długo oczekiwany dramatopisarz Seliwański ze sztuką zwiniętą w tubę i przewiązaną wstążeczką.

- Przepraszam za spóźnienie - kłaniał się. - Zatrzymała mnie płeć piękna.
- Na dramatopisarza duże zapotrzebowanie - uśmiechnął się Liazgow. - Kto cię opóźnił?
- Szemszurina, Maria Aleksandrowna. Czytałem jej sztukę.
Liazgow klasnął w dłonie.
- Skłamał, skłamał dramatopisarz! Dramatopisarz ukrywa swoje romanse! Żadnej Szemszurinie nie mogłeś czytać sztuki!
- Jak to nie czytałem? - obrzucając towarzystwo dziwnym, podejrzliwym spojrzeniem wykrzyknął Seliwański. - Czytałem! Dokładnie jej czytałem.
- Haha! - zaśmiał się Liazgow. - Powiedz mu, Simoczka, że został złapany na gorącym uczynku: przecież Szemszurina była z tobą na lodowisku.
- Tak, była ze mną - Serafima Pietrowna kiwnęła głową, patrząc na nas wszystkich zimnym spojrzeniem.
- Kiedy? Od wpół do ósmej do dwunastej siedziałem u niej i czytałem swoją "Kometę".
- Coś pan musiał pomylić - wzruszyła ramionami Serafima Pietrowna.
- Co? Co mogłem pomylić? Godziny mogłem pomylić, Szemszurinę mogłem pomylić z kimś innym czy swoją sztukę z kalendarzem z wyrywanymi kartkami?! Jak to - pomylić?
- Chce pan herbaty? - zaproponowała Serafima Pietrowna.
- Ale nie, wyjaśnijmy: kiedy Szemszurina była z panią na lodowisku?
- Około dziesiątej, jedenastej.
Dramaturg podniósł ręce.
- Gratuluję: w tym samym czasie czytałem jej sztukę w domu.
Serafima Pietrowna uniosła sarkastycznie jedną brew.
- Tak? Być może na świecie istnieją dwie Szemszuriny? Czy też może pomyliłam nieznajomą damę z Marią Aleksandrowną? A może byłam na lodowisku wczoraj... Ha, ha!...
- Nic nie rozumiem! - Seliwański był zdumiony.
- Tak też właśnie - zaśmiała się Serafima Pietrowna. - Tak też właśnie! Ach, Seliwański, Seliwański...

Seliwański wzruszył ramionami i zaczął rozkładać rękopis. Kiedy przechodziliśmy do salonu, zostałem przez chwilę w gabinecie i, dając ręką znak Serafimie Pietrownej, pozostałem z nią sam na sam.

- Była pani dzisiaj na lodowisku? - zapytałem obojętnie.
- Tak. Z Szemszuriną.
- A ja widziałem panią dzisiaj w teatrze. Z Tanią Czernożukową.
Zarumieniła się.
- Nie może być. Cóż, że niby ja kłamię?
- Oczywiście, kłamie pani. Widziałem panią doskonale.
- Wziął mnie pan za kogoś innego...
- Nie. Kłamie pani niezdarnie, wplątuje wielu ludzi, wpada pani i znów piętrzy kolejne kłamstwa... Dlaczego skłamała pani mężowi o lodowisku?
Jej stopa stuknęła w dywan.
- On nie lubi, gdy spotykam się z Tanią.
- A ja teraz pójdę i powiem wszystkim, że widziałem panią z Tanią w teatrze.
Złapała mnie za ramię, wystraszona, z drżącymi wargami.
- Nie zrobi pan tego?!
- Dlaczego miałbym nie zrobić?... Zrobię!
- No, miły, no, dobry... Nie powie pan... prawda? Nie powie?
- Powiem.
Zarzuciła mi ręce na ramiona, pocałowała mnie mocno i, przytulając się, wyszeptała z przerwami:
- A teraz nie powiesz? Nie?

* * * * *
Po przeczytaniu dramatu jedliśmy kolację.
Serafima Pietrowna przez cały czas unikała uparcie mojego wzroku i trzymała się blisko męża. W trakcie rozmowy spytała go.
- A gdzie ty byłeś dzisiaj wieczorem? Nie było cię przecież od trzeciej.

Czekałem z ciekawością na odpowiedź. Liazgow, kiedy byliśmy sami w gabinecie, otwarcie opowiedział mi, że ten dzień spędził dość rozwiąźle: z Odessy przyjechała do niego znajoma Francuzeczka, kawiarniana śpiewaczka, z którą jadł obiad u Kontana w biurze; po obiedzie jeździli samochodem, potem on był u niej w Grand Hotelu, a wieczorem zawiózł ją do "Buff" i tam zostawił.

- Gdzie dzisiaj byłeś?
Liazgow odwrócił się w stronę żony i, pomyślawszy kilka sekund, odpowiedział:
- Byłem u Kontana. Zjedliśmy obiad. Jeden klient z Odessy z żoną Francuzką i ja. Potem zajechałem po moją klientkę w sprawie Usaczewskiego i jeździliśmy jej samochodem - ona jest bardzo bogata - omawiając kwestię usunięcia posiadłości ze spisu. Potem byłem w Grand Hotelu u jednego właściciela ziemskiego, a wieczorem zatrzymałem się na chwilę w „Buff”, aby przywitać się ze znajomym. Ot, i wszystko.

Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem: - Tak. TO jest kłamstwo!

Arkadij Awierczenko - "Kłamstwo"

Oglądany: 32782x | Komentarzy: 23 | Okejek: 162 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało