JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

RPA: książęta i żebracy, czyli o biedzie i kontrastach w mieście

49 665  
192   27  
Jak powiedział kiedyś Wojciech Jagielski[1]: RPA to jedyny kraj Afryki, w którym widuje się białych żebraków. Nie widziałem dość Afryki, żeby móc potwierdzić to gdzie indziej. Jedno jest jednak pewne: RPA to kraj pełen żebraków wszelkich kolorów.


Pamiętam moje zaskoczenie kilka lat temu w Gruzji, gdy zwykła rodzina na spacerze w parku, widząc nieprzyzwoicie białą twarz niżej podpisanego obskoczyła go i wystawiła ręce, prosząc o kasę. Następnie Gruzini kontynuowali spacer, gawędząc jak przedtem. Nie miałem wtedy poczucia, że ktoś potrzebuje pieniędzy naprawdę, raczej, że akurat widzi frajera, który może sponsorować dzisiejszą wycieczkę do McDonaldsa.

Kapsztad jest inny. Nad Kapsztadem unosi się ciężko ponura atmosfera biedy, która walczy o życie. Mowa w kraju, w którym ponad połowa osób żyje w biedzie (oficjalne statystyki), jedna trzecia nie ma pracy (a tak naprawdę więcej), jedna czwarta nie dojada, a jedna siódma głoduje.

A więc bieda w RPA, to bieda nie tylko ludzi, którzy będą stukać w okna samochodu na skrzyżowaniu, ale przede wszystkim tych, którzy widząc w twoim ręku kanapkę albo sok będą cię błagać, dosłownie błagać, żebyś im je zostawił.


Pamiętam sytuację o czwartej rano przed fastfoodem, gdy mnie i grupę pijanych znajomych okrążyła grupka bezdomnych, prosząc, byśmy się podzielili. I wżarł mi się w żyły ton głosu, który piszczał: „Ale ja byłem pierwszy. Byłem pierwszy.” gdy rzeczywiście oddaliśmy kolę i jakiegoś małego burgera temu, który stał najbliżej. To nie było „Kierowniku, złotóweczkę”. To była, wybaczcie patos, walka o życie. I może dlatego, gdy idzie się ulicą, a ktoś nas zaczepi o wsparcie, na ogół nie wystarczy: „nie”. Jedynym środkiem jest paskudna, zimna obojętność i milczenie.

Oczywiście łatwo jest mówić o tym, że trzeba wyrobić sobie twardą skórę, czy o tym, że dając cokolwiek napędza się przestępczość albo nieróbstwo. Zwykle jednak mówią to panie i panowie, którzy na wizytę u fryzjera wydają więcej, niż niektórzy mają na życie przez miesiąc. I kopie emocjonalnie ten moment, gdy idzie się ulicą z nadgryzionym jabłkiem w ręku, które nawet dla Polaka nie kosztuje tu praktycznie nic, a ktoś biegnie za nami wygłaszając litanię, której celem jest zdobycie tego ogryzka.

Bo twarda skóra, twardą skórą, ale pytanie, czy takie zamykanie oczu to jest metoda na życie. Nie znaczy to oczywiście, że znam uniwersalne rozwiązania.

Biedę w Kapsztadzie widać wszędzie. W centrum miasta na przystanku autobusowym łatwo potknąć się o kogoś, kto w nim śpi, a na ulicy spotkać wyglądających nędznie panów, którzy będą sprzedawać grzybki i korzonki, a za zdjęcie zażyczą sobie kilku randów. Bo i tym przejawia się tu nędza: przedsiębiorczością.


W townships w przeciętych na pół starych beczkach grilluje się mięso i często można spotkać kogoś, kto trzyma tam dosłownie pięć, sześć szaszłyków (każdy znowu po sześć randów – jadłem, niedobre i pewnie wkrótce umrę) i w ten sposób prowadzi biznes. Kto inny oferuje torebeczki małych czipsów, ktoś kabel od żelazka i tak dalej i tym podobne. Ciekawe są też zakłady: w blaszanych budach znajdziemy mechanika, fryzjera, czy sangoma (odpowiednik szamana), który za sto randów (30 zł) oferuje szybką aborcję. Ktoś będzie sprzedawał stare krzesła, ktoś inny wygięte pręty. Na skrzyżowaniach zawsze próbują wepchnąć mi gazetę, a ostatnio kapelusz. Facet był tak dobry, że czarując, iż wyglądam jak Tom Cruise (do czego wystarczyło jego zdaniem szeroko się uśmiechnąć) udało mu się wepchnąć dwa kapelusze do samochodu. Innym razem za naprawę okularów dla mojego przyjaciela typek zażądał niby dwudziestu randów, ale zaznaczył, że uścisk by w zupełności wystarczył, bo są przecież braćmi. Bo i tak robi się tu interesy: dając niby za darmo coś, za co i tak zapłacimy.


Bieda hartuje ludzi. Menadżer finansowy mojej organizacji wraca czasem z pracy razem ze mną, na pace ciężarówki dostawczej. Przy czym ja pchałem się tam sam, na trzy miesiące, a dla niego – człowieka po studiach i z doświadczeniem w branży – to codzienność. Niejednokrotnie widywałem ludzi, którzy w deszczu wracali piechotą z pracy po kilkanaście kilometrów, a ktoś, kto wstaje o 4 rano do pracy, żeby zdążyć z townships do pracy, a wraca do domu około 20 nie jest żadnym supermanem.

Owa sytuacja jest też ciekawym katalizatorem kapitalistycznej postawy: wielu moich rozmówców ma bardzo biznesowe, optymistyczne podejście i silne poczucie „sprawczości”. Jeżdżenie po kraju za pracą to normalka, a facet, który żyje z prowizji kilku randów ze sprzedaży ubezpieczeń opowiada mi o tym jak to trzeba brać sprawy we własne ręce. I chociaż z dwóch naiwności wolę raczej tę Ayn Rand niż Karola Marksa, to zadziwiający jest niekiedy ten liberalizm ludzi żyjących w kraju, w którym wciąż 80% ziemi i ogromna część majątków nie zmieniła właścicieli od czasów, gdy od ludzi o ciemniejszej karnacji oczekiwano, by przychodzili „do biura” w łańcuchach.

Bieda ma w RPA tysiące przejawów i niekiedy kłuje w oczy, a niekiedy sprytnie się ukrywa. Ale nie tylko biedę tu widać.

Artykuł temu wspominałem o indeksie nierówności społecznych. Tak zwany Gini index przyjmuje prostą skalę: gdy wynosi 0, oznacza to, że cała populacja zarabia tyle samo. Gdy wynosi 1, to znaczy, że jeden człowiek ma cały dochód, a cała reszta zero. Teraz mała zabawa. Lista notowanych państw liczy około 160 pozycji. Rozejrzyjcie się dookoła, popatrzcie na biedaków i sąsiadów i pomyślcie: które miejsce może mieć Polska? Jesteśmy raczej wysoko – czyli nierówni; czy raczej nisko?

Otóż Polska ma sto dwudziestą drugą pozycję. RPA: drugą. W Południowej Afryce średnia pensja jest wyższa niż w Polsce (albo bardzo podobna, zależy kto liczy), a jednak co trzeci obywatel żyje za mniej niż dwa dolary dziennie. Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć jak ogromne kontrasty to rodzi.


Zaledwie kilka kilometrów od blaszanych bud domy na plaży buduje się z pomocą dźwigów, które u nas widać tylko na placach budowy wieżowców.

Portal businesstech wycenia ten dom na około 150 mln złotych. [Fot. businesstech.co.za]

A ten na ledwie 30 milionów. [Fot. businesstech.co.za]

Maserati czy Porsche na ulicy to coś, co spotyka się kilka razy dziennie. Ferrari czy Lamborghini są rzadsze, ale również nie budzą żadnej sensacji. Nawet w townships nierzadko spotkać można całkiem nowe audi – bo i tu ludzie dorabiają się, a nie zawsze mają ochotę opuszczać stare śmieci.


Prezydent kraju, Jacob Zuma, nie zawahał się swego czasu wydać 20 milionów funtów na luksusową rezydencję. Przypadkiem akurat tyle kraj otrzymał w tym samym czasie od Zjednoczonego Królestwa w ramach pomocy rozwojowej. Piękna była też argumentacja na co te wydatki: basen na przykład tłumaczono koniecznością posiadania zbiornika wodnego na wypadek pożaru zabudowań.

Z ciekawości rozglądałem się za pracą i w zasadzie na dzień dobry oferowano mi stawkę 10-12 tysięcy randów (ok. 3300 pln netto), a prace, w których musiałbym postarać się trochę bardziej dają realną szansę zarobku w okolicach 20 tysięcy (5700 PLN). Oczywiście od tego jeszcze daleko do bogactwa, np. w Kapsztadzie nie sposób się za to utrzymać, ale ukazuje też że ogromne bezrobocie nie dotyczy wszystkich.


W pierwszej piątce najbogatszych mieszkańców Afryki jest aż trzech Południowoafrykańczyków, a „high class” jest tu bardzo mocne. Bogaci tworzą swoiste enklawy, które niosą atmosferę raju – na swój sposób – nawet kojącą. Bezpieczeństwo, uśmiechnięte twarze, spokój, cisza, dobre samochody i domy z basenami. Ta atmosfera fragmentów miasta, czasem ledwie ulic jest z gruntu fałszywa. Zdaje mi się, że to właśnie metoda zamykania oczu na tych, którzy proszą o resztkę ogryzka, na metalowe szopy i wszystko to, co nie jest „naszą” Afryką. Niekiedy będzie to ucieczka do małej wioski, kiedy indziej przedzielenie miasteczka ogrodzoną autostradą, gdzie ktoś kto mieszka w szopie townships może ponad asfaltem spojrzeć w twarz człowiekowi, który udostępnia pokoje turystom za kilkaset złotych dziennie. Ale spotkać się nie mogą.

Daleko mi do komunistycznych postulatów dzielenia się przez bogaczy swoimi ferrari (chyba że ze mną), ale trudno nie odnieść wrażenia, że podobna izolacja owocuje ogromnym niezrozumieniem. Zwykle najbardziej zamkniętymi, najbardziej radykalnymi ludźmi, z którymi rozmawiam nie są wcale nieświadomi turyści, ale ci, którzy mieszkają w RPA całe życie albo po 30-40 lat – w najlepszych dzielnicach. Ogromna część obywateli nigdy nie postawiła stopy w townships – a mieszka w nich prawie połowa populacji miast.


Myślę też, że częściowo z tego wynikają wciąż trwające podziały, o których pisałem w artykule o apartheidzie. Siedząc w basenie na szczycie wzgórza łatwo gardzić „nierobami” w szopach. Zdychając z głodu w szopie łatwo zaś nienawidzić gości ze wzgórz i pragnąć odebrać im – choćby siłą – atrybuty życia, na które nie miało się szansy.

Z drugiej strony trudno się dziwić: ja też nie spaceruję ot tak w najgorsze dzielnice mojego miasta. A to oazy bezpieczeństwa w porównaniu z townships.

Nie jest żadnym wielkim odkryciem, że to właśnie w biedzie i owych kontrastach widzę główny przyczynek dla tego, co jest tematem następnego artykułu, a co – wbrew założeniom mojego programu – sprawiło, ze pojechałem do RPA całkiem sam. Kwestii bezpieczeństwa.

* * * * *

Jeśli chcecie być na bieżąco z relacjami z RPA, zajrzyjcie na fanpage Tadeusza pod tym linkiem: https://www.facebook.com/Tadek-Vblog-1420461228022850/

W poprzednim odcinku przygód wolontariusza w RPA


Oglądany: 49665x | Komentarzy: 27 | Okejek: 192 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało