Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Postanowiłem zrobić wywiad z profesjonalną dominą. Temat (prawie) mnie przerósł

113 797  
439   98  
Lubię moją robotę. Pisanie sprawia mi sporo frajdy, a przy okazji mogę poszerzyć wiedzę na temat zagadnień, które mnie interesują. O ile proces ten z reguły odbywa się dość sprawnie i bez większych przeszkód, tak pomysł zrobienia wywiadu z odzianą w lateks dominą, której pasją jest robienie z mężczyzn mięsa mielonego, prawie mnie przerósł.


Zawsze wyobrażałem sobie taką kobietę jako kawał silnej baby, która wywrzaskuje swoje rozkazy z niemieckim akcentem, nie znosi gestów sprzeciwu i karze za niesubordynację wściekłym batożeniem ciała za pomocą pokaźnego bacika. Zanim więc zabrałem się za poszukiwania dominy, która zechciałaby zdradzić mi sekrety swojego zawodu, postanowiłem się trochę dokształcić.

Tak na wszelki wypadek. – pomyślałem – Nie chciałbym rozsierdzić takiej kobiety moim nieprzygotowaniem do wywiadu.
Przede wszystkim nazwa. BDSM. To nic innego jak skrótowiec od anglojęzycznych wyrazów bondage (niewola), discipline (dyscyplina) domination (dominacja), submission (uległość) sadism (sadyzm) i masochism (masochizm – wiadomka).
Na szczególną uwagę zasługują dwa ostatnie człony skrótu. Nawiązują one bowiem do konkretnych postaci historycznych.
Sadyzm, czyli termin określający zaburzenie seksualne polegające na czerpaniu przyjemności z zadawaniu komuś bólu, to oczywiście słowo wywodzące się od nazwiska Markiza de Sade.


To żyjący w XVIII libertyn, który zasłynął ze swoich głośnych, seksualnych skandali. A to odurzył narkotykiem grupę prostytutek, a to wychłostał i paskudnie okaleczył inną kurtyzanę, a innym razem podczas nudnego grupenseksu zlał na kwaśne jabłko jakąś pokojówkę.
Facet prowokował na każdym kroku. Jako młodzieniec wystawiał sztuki teatralne, które gdzieś w połowie spektaklu zamieniały się w regularne orgie. Za swoje wybryki de Sade spędził połowę życia w pierdlu, albo ukrywając się przed ścigającym go wymiarem sprawiedliwości.
W ciągu swego całego rozwiązłego i do bólu (!) nieobyczajnego życia, Markiz spłodził pokaźną ilość opowiadań, poematów, powieści i dramatów.

Najbardziej znanym dziełem niesfornego libertyna było „120 dni Sodomy”, którą to powieść de Sade napisał podczas odbywania kary w Bastylii. To prawdziwe studium wszelkich seksualnych fetyszy i dewiacji.
Tymczasem hrabia Leopold Ritter von Sacher-Masoch to człowiek, któremu zawdzięczamy termin „masochizm”. Ten żyjący w XIX wieku niemiecki pisarz, który zasłynął jako autor „Wenus w futrze”. Powieść ta jest niczym innym jak podkolorowanym opisem eksperymentu, który został przez Masocha przeprowadzony.


Otóż hrabia marzył o tym, aby stać się niewolnikiem silnej, dominującej kobiety. Zawarł więc układ z niejaką Fanny Pistor Bogdanow. Ta zgodziła się fizycznie i psychicznie poniżać swego sługę, który aż piszczał z podniecenia mogąc postawić się w charakterze upodlonego podnóżka. Mimo że „Wenus w futrze” uznana została za książkę lichą pod względem literackim, to wywołała burzliwą dyskusję na temat dewiacji seksualnych. Szesnaście lat po publikacji dzieła Masocha, psychiatra Richard von Krafft-Ebing zawarł to zboczenie (i na cześć autora wspomnianej powieści ochrzcił je mianem „masochizmu”) w swojej encyklopedii zaburzeń seksualnych pt. „Psychopathia sexualis”.

Nazewnictwo to oczywiście wierzchołek góry lodowej. Usiłując zrozumieć facetów, którzy są skłonni zapłacić za usługę gnębienia psychicznego, deptania moszny i bycia okładanym wielkim, silikonowym penisem, dotarłem nawet do przeprowadzonych w Portugalii badań, w których ustalono psychologiczny portret osób parających się klimatami BDSM. I tak na przykład większość mężczyzn godzących się na takie „zabawy” to osoby zdrowe psychiczne, heteroseksualne i najczęściej żonate. Tymczasem większa część domin deklaruje się jako osoby biseksualne. Żeby tego było mało pragnienie bycia zdominowanym przez kobietę wcale nie jest czymś rzadko spotykanym. Jak wynika z sondaży, ponad połowa facetów o tym fantazjuje, a spora część z nich przekuwa to na regularne praktyki w łóżku.


Cholerna, sucha wikipedyczna wiedza, prawda? Pewnie, że z takich trocin można by ułożyć cały artykuł, a potem leniwie żując marchew, w zachwycie zaczytywać się w ekstatycznym bólu dupy internetowych strażników moralności. Tylko gdzie tu wyzwanie?

Zacząłem od Roksa.pl. To serwis, za pośrednictwem którego umówić się można na spotkanie z dziwką. Prosta wyszukiwarka pozwala określić nasze zainteresowania, wiek partnerki itp. Ku mojej radości w branży tej nie brakuje pań z klimatu BDSM. Wybrałem sobie kilka takich, które wyglądały dość drapieżnie i napisałem do nich. „Dzień dobry. Jestem redaktorem portalu JoeMonsta bla bla bla… umówić się na krótki wywiad… bla bla bla… gwarantuję anonimowość… blablabla… jestem skłonny zapłacić parę groszy za poświęcony czas… bla… Pozdrawiam.”


Odezwała się jedna. Chyba Ukrainka, albo Polka, która nigdy nie posiadła umiejętności poprawnego posługiwania się mową ojczystą. Odmówiła, ale serdecznie zaprosiła mnie na spotkanie. Napisała nawet, że po wyłomotaniu mi dupy pejczykiem chętnie zrobi mi loda z połykiem. Moja wiedza, mimo że skromna, wystarczyła, aby uznać tę panią za zwykłą prostytutkę, która na fali popularności „50 twarzy Greya” poszerzyła swą ofertę o sadomasochistyczne elementy. Żadna szanująca się domina nie trudni się przecież zaspokajaniem seksualnym swoich niewolników!

Zanurkowałem w Google i szybko trafiłem na dominę z prawdziwego zdarzenia. Fajna, klimatyczna strona internetowa przedstawiała iście profesjonalne studio. Ba, to prawdziwy loch pełen średniowiecznych narzędzi tortur, w którym prym wiodły sztuczne fiuty, bicze i katowskie stoły! Zakres usług? Czytamy: scat, pissing, cewnikowanie prącia, wlewy domosznowe. Japierdolekurwamać… Autentycznie bałbym się spotkania z kimś takim. Nawet w miejscu publicznym, będąc odzianym w krzyżacką zbroję.


Napisałem jednak maila i szybko doczekałem się odpowiedzi. Pani jednak podziękowała za zainteresowanie i odmówiła wywiadu. Uznała, że jej profesja, będąca bądź co bądź częścią tzw. szarej strefy, nie wymaga dodatkowego rozgłosu. Moja wizja dominy jako twardej, nie znającej strachu, barbarzyńskiej oprawczyni, powoli zaczęła się rozpadać.
Kolejna lejdi, która miała całkiem ciekawą stronę internetową wpadła w popłoch, gdy tylko dostała ode mnie maila. Jak mnie znalazłeś? Nie mów nikomu czym się zajmuję! Nie udzielę Ci wywiadu!
Za to standardowo – zaprosiła mnie na sesję i obiecała, że będę zachwycony. Zaproponowałem więc, że zapłacę za spotkanie, a ona zamiast robić mi krzywdę, zgodzi się normalnie pogadać. Może jednak się zgodzę? No, nie wiem... Po zdjęciach wywnioskowałem, że mam do czynienia z kobiecym terminatorem, a nie niezdecydowaną, przestraszoną dziewczyną, której lico na sam dźwięk słowa „siusiak” pokryje się czereśniowym rumieńcem.

Ustaliłem jednak kwotę i namówiłem się na spotkanie. Dziewczę mieszkało w innym mieście, więc szykując się do podroży, wysłałem jej maila z pytaniem, czy ma do dyspozycji jakieś fotki swojego sprzętu do tortur. W razie czego planowałem wziąć aparat i samemu zrobić dokumentację… Zdjęcia? Żadnych zdjęć, no kurwaaaa! Przecież wszyscy się zorientują, że to ja! Nie ma mowy! Zapomnij o wywiadzie!
Cóż z tego, że strona internetowa tej pani pełna jest gadżetów i detalicznych zdjęć każdego z narzędzi tortur wykorzystywanych przez tę damę? Nie, to nie. Nic na siłę.


Idąc za radą koleżanki, która lubi dodać nieco sadomasochistycznej pikanterii do swoich łóżkowych zabaw, zarejestrowałem się na kilku portalach zrzeszających fanów kobiecej dominacji. Przez miesiąc nurkowałem w postach. Jednocześnie dołączyłem do jakiejś supertajnej grupy na Facebooku. W praktyce był to bazarek dla fetyszystów. Dominy tam nie znalazłem, ale za to jakby ktoś z was, drodzy czytelnicy, chciał kupić noszone non-stop przez dwa tygodnie stringi, nieco zużyte kulki analne, czy śmierdzące niemytą stopą pończoszki to dajcie znać. Dzięki moim poszukiwaniom, mam kontakty…
Wielebny Joe zaproponował mi jedyne sensowne rozwiązanie. Umówić się na regularną sesję. Jakby nie patrzeć, wszystkie reportaże, które dotąd robiłem podparte były praktyką. Chciałem pisać o Ayahuasce to odbywałem podróż do dżungli Amazońskiej, wymarzył mi się artykuł o meskalinie to zapierdzielałem w Andy szukać kaktusowych szamanów, wpadłem na pomysł tekstu o deprywacji sensorycznej to dobrowolnie zamykałem się w specjalnej kabinie floatingowej.

Czemu tu miałoby być inaczej? A temu, że o ile na potrzeby reportażu dałem się kiedyś nakłuć patykiem umoczonym w jadzie jakiegoś tropikalnego płaza, to już pozwolenie na to, aby jakaś baba cewnikowała mi fiuta daleko wykracza poza moją dziennikarską ciekawość. Nawet jeśli nagrodą miałby być interesujący materiał.


Po dwóch miesiącach poszukiwań i wymianie niezliczonej ilości maili z kolejnymi, przerażonymi pomysłem wywiadu, dominami doszedłem do wniosku, że najwyższy czas dać sobie spokój z tym tematem.
I wtedy, całkiem nieoczekiwanie odezwała się ona. Pani Klementyna. Domina przez duże de. Ku mojemu zaskoczeniu od razu przeszła do konkretów. Nawet się nie obejrzałem, jak w umówionym miejscu, o umówionej godzinie pojawiła się bardzo ładna, filigranowa dziewczyna z ujmującym uśmiechem. Wiara w BDSM odzyskana! Znaleźliśmy ustronne miejsce, odpaliłem dyktafon…

Rezultaty tego spotkania poznacie już niedługo.

Oglądany: 113797x | Komentarzy: 98 | Okejek: 439 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.06

19.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało