< > wszystkie blogi

W królestwie Posejdona, czyli "nurkowałem" z rekinami.

20 grudzień 2016
Godzina 4:45 rano czasu lokalnego. Umówiony kierowca wraz z moim znajomym zajeżdża pod moje lokum. Wsiadam do środka, bo czeka nas ponad godzina jazdy na południe od Durbanu w stronę Rocky Bay Beach. Pogoda całkiem przyjemna, lekkie zachmurzenie. Sielanka. Po drodze mijamy wioski i ich mieszkańców zaczynających poranne porządki. Sporo ludzi próbuje złapać stopa stojąc bezczelnie przy lewym pasie drogi, wymachując ręką w nadziei że ktoś się zatrzyma. Ot poranek jak co dzień. Ale nie dla każdego. My postanowiliśmy zostać Bagginsami. Jedziemy ku przygodzie!



O 5:50 dotarliśmy na miejsce. Wita nas przemiła pani z obsługi, która każdemu z nas wręcza kombinezon surfingowy. Mój był prawie ok. Zapiąłem się, ale po chwili stwierdziłem, że miło było by pozostać nie tylko suchym ale i móc oddychać. Na szczęście mieli większy. Cóż wychodzi na to, że trzeba schudnąć jeszcze bardziej. Gdyby okazało się, że nie mają mojej rozmiarówki to też raczej nic by się nie stało (temperatura oceanu przekraczała 20, może nawet 25 stopni Celsjusza, a ja miałem ręcznik i kąpielówki). W jednej turze wypływało 8 osób. My byliśmy turą drugą, przedostatnią tego dnia więc rozpoczęcie zanęcania i ustawianie stanowiska do obserwacji niestety mnie ominęło. Zapakowani w neoprenowe pianki zeszliśmy na brzeg, gdzie naszym oczom ukazała się łódka? Ponton? Zdecydowanie hybryda, bardzo fajna lekka łódeczka, którą musieliśmy sami sobie zatargać do wody.



Nasz kapitan (imienia niestety nie pomnę) zarządził wepchnięcie pontonu do pewnej głębokości, po czym pierwsza część osób (kobiety i najniżsi) wsiedli na pokład, a reszta dokończyła robotę. Tak więc w 10 osób (licząc kapitana i majtka) odbiliśmy od brzegu, aby pomknąć wgłąb całkiem spokojnego Oceanu Indyjskiego. Po jakichś 300 metrach kapitan zarządził zdjęcie kapoków, co też uczyniliśmy i to z dużą chęcią. Nasze oprzyrządowanie bezpieczeństwa było dość duże i niewygodne. Po około 30 minutach bezproblemowej żeglugi dotarliśmy do celu naszej podróży, gdzie pierwsza grupa właśnie zakończyła podwodne safari. Z racji tego, że pierwsza łódź związana była z klatką czekała nas logistyczna operacja wymiany 16 osób między łodziami. I nie byłby to taki problem, gdyby wokół nie kręciło się stado wygłodniałych bestii, których płetwy grzbietowe przecinały wodę jak ciepły nożyk masełko... Widok wzbudzający respekt. Szczególnie gdy widzi się go pierwszy raz na żywo. Przerzucanie pasażerów chwilę trwało, i muszę przyznać, że przeprowadzane było w dość interesujący sposób. Otóż załogi pontonów "przerzucały" nas między nimi. Dwóch, po jednym na każdy ponton, trzymało pontony tak, aby się nie oddalały zbytnio, a dwóch kolejnych transportowało ludzi. Siadaliśmy plecami do pontonu przeznaczenia, gdzie załogant łapał nas pod pachy, natomiast ten z pontonu opuszczanego łapał nas za łydki. Na łodzi nr 2., oddalonej o 2.5 km od brzegu i o 3.5 km w linii prostej od naszego portu, przywitał nas właściciel, fotograf i kapitan. Rozdał nam maski, poinstruował jak zachować się w klatce i wpuścił pierwszą, czteroosobową grupę do środka. Tak maski, żadnego akwalungu , żadnych płetw. Ot biznes przystosowany dla niepełno sprytnych. Nie trzeba nawet umieć pływać, wystarczy trzymać się prętów, stąd w tytule nurkowanie umieściłem w cudzysłowie. Zdjęcia, które znajdują się pod spodem nie oddają piękna widoków, a tym bardziej ruchu rekinów, podsycanego, dorzucanymi do wody, rybimi wnętrznościami. Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek uświadamia sobie piękno i potęgę natury. Dla mnie takim momentem było sztyletowanie się wzrokiem z jednym z rekinów. Nasze spojrzenia śledziły się przez całą długość klatki, dopóki nie musiałem wynurzyć się po świeżą dawkę powietrza.


Jeszcze przed pierwszym zanurzeniem, ta orka najbliżej brzegu klatki to ja.


Jak zauważyliście zdjęcia zostały zrobione z zewnątrz klatki, a John Miller, bo tak się ów jegomość zowie, jest prawdziwym profesjonalistą. Wciąż posiada wszystkie kończyny. Po ok. 15 minutach nastąpiła zmiana i pod wodę zeszła druga czwórka, a ja i jeszcze jedna osoba zaczęliśmy odczuwać, skutki chwilowej amnezji... Nie wziąłem żadnego leku na chorobę morską. Z drugiej tury musiałem zrezygnować, ale klęcząc przy przeciwległej burcie i tak miałem okazję obserwować rekiny. Woda była na tyle czysta, że bez problemu widziałem drapieżniki zainteresowane moją dłonią, która od czasu do czasu majtała się w wodzie. W między czasie fale zaczęły robić się coraz wyższe i coraz częstsze. Kiedy druga grupa zakończyła drugą turę oglądania morskich bestii, zaczęło się oczekiwanie na kolejną łódź z poszukiwaczami przygód, która zjawiła się na szczęście dość szybko. Po ponownej akcji logistycznej i przepakowaniu 16 osób, tym razem w nieco utrudnionych warunkach, rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną. Mimo wysokich fal i dość dużych "hopek" (nawet 1,5 m płasko z grzbietu fali na powierzchnię wody) oznaki choroby morskiej całkowicie ustąpiły, a my mogliśmy się cieszyć rollercoasterem o długości 3.5 kilometra. Czasem dotknięcie stopą piasku potrafi być bardzo, ale to bardzo miłym uczuciem, nawet gdy nie mieliśmy tej sposobności tylko przez 2 godziny. W podsumowaniu chciałbym poinformować, że cena takiej wyprawy, bez kosztów transportu z Durbanu i z powrotem wyniosła nas po ok. 300 zł/os. W cenie otrzymaliśmy zdjęcia, które możecie oglądać powyżej oraz mały poczęstunek po powrocie. (Zdjęć jest o wiele więcej, ale bez przesady.) Muszę przyznać, że ta mała wyprawa zrobiła na mnie ogromne wrażenie (mimo problemów żołądkowych - żołądek nawykły do wódki nie koniecznie musi mieć funkcję stabilizacji na morzu) i chyba czas pomyśleć o jakimś kursie nurkowym, żeby przejść do bardziej bezpośrednich kontaktów z tymi pięknymi i niebezpiecznymi stworzeniami.

 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi