Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Syndrom K - tajemnicza, zakaźna choroba, która podczas II Wojny Światowej uratowała życie setkom Żydów

36 191  
220   25  
Mama zawsze mówiła, żeby podczas zabawy w piaskownicy unikać dzieci, które kaszlą. Taki szczyl może przecież zarazić nas paskudnym choróbskiem i sprawić, że przez kilka tygodni będziemy leżeć złożeni wysoką gorączką, smarkać oraz pić paskudne syropki.


Okazuje się, że podczas II Wojny Światowej ten waśnie naturalny odruch unikania kontaktu z chorymi jednostkami znakomicie sprawdził się jako narzędzie do ratowania ludzi zagrożonych wywózką do obozów śmierci.

Był rok 1943. Podczas afrykańskiej kampanii włoska armia dostała bolesny łomot od wojsk angielsko-amerykańskich. Ponadto na Sycylii wylądował aliancki desant i po kilkutygodniowej walce wróg przejął kontrolę nad wyspą. Król Emanuel III, od samego początku wojny opowiadający się za neutralnością Włoch i wyrażający pogardę dla niemieckiej polityki, zorganizował spotkanie z Mussolinim, a następnie kazał go aresztować. Mimo że formalnie Włochy w dalszym ciągu prowadziły wojnę z aliantami, monarcha jednocześnie rozpoczął z nimi negocjacje.
Adolf Hitler nie był w ciemię bity i absolutnie nie ufał ani królowi, ani nowemu premierowi sojuszniczego kraju. Już wkrótce do Włoch wkroczyły niemieckie wojska i pod pozorem walki z wrogiem rozpoczęły okupację państwa. Jej częścią była oczywiście etniczna czystka i regularne transporty ludności żydowskiej do obozów koncentracyjnych. W ciągu kilku miesięcy Niemcy wywieźli do tych miejsc ok. 10 tysięcy Żydów.
Oczywiście szybko powstał ruch oporu działający na rzecz ratowania zagrożonych wywózkami obywateli. Jedna z najbardziej spektakularnych operacji tego typu wcale nie była dziełem tajnych szpiegów czy włoskich dowódców wojskowych, tylko zwykłych pracowników szpitala w Rzymie!



Położony na niewielkiej wyspie znajdującej się na rzece Tyber szpital Fatebenefratelli powstał w 1585 roku i od samego początku swego istnienia doskonale sprawdzał się jako miejsce, w którym leczeni byli pacjenci roznoszący zakaźne choroby. Oddzielony od miasta wodą gmach odegrał ważną rolę podczas kilku plag, w tym i XIX-wiecznej epidemii cholery. W latach 30. ubiegłego wieku szpitalem kierowali katoliccy duchowni.
Dzięki współpracy chirurga doktora Giovanni Borromeo z polskim zakonnikiem Maurycym Białkiem miejsce to zyskało sławę nowoczesnej placówki medycznej. Oprócz niewątpliwego powołania do walki o życie każdego człowieka, wspomniani panowie mieli jeszcze jedną wspólną cechę – wyjątkowo nienawidzili nazistów.

Giovanni Borromeo

Kiedy w październiku 1943 roku Niemcy zorganizowali nalot na żydowską dzielnicę Rzymu, wielu jej mieszkańców szukało schronienia w szpitalu Fatebenefratelli. Problem w tym, że budynek ten był patrolowany przez oddziały niemieckich żołnierzy. Trudno więc byłoby ukryć tam zbiegów. Na szczęście doktor Borromeo miał pewien pomysł. Lekarze zauważyli, że zaciągnięci do regularnych inspekcji Niemcy to, delikatnie mówiąc, skończeni debile, którzy paniką reagowali na każdy sygnał o pacjencie z zakaźną chorobą. W szczególny zaś popłoch wpadali na wieść o gruźlicy.
Personel placówki podjął więc decyzję o wykorzystaniu tej słabości wśród niegrzeszących rozumem nazistów i „stworzył” sztuczną chorobę nazwaną „Syndromem K”. Miano to wymyślił doktor Adriano Ossicini – lekarz wybitnie wręcz gardzący włoskimi faszystami i ich polityką współpracy z Hitlerem. Literka „K” w nazwie tej fikcyjnej dolegliwości nawiązywała do marszałka Alberta Kesselringa – zbrodniarza wojennego, który stanął na czele armii odpowiedzialnej za okupację Włoch.
Personel szpitala miał rację – żaden z Niemców nie zadał sobie trudu sprawdzenia czym jest „Syndrom K” ani nie zorientował się, że praktycznie każda z cierpiących na tę silnie zakaźną chorobę osób miała żydowskie pochodzenie.



Pomieszczenia, w których umieszczano chorych, omijane były przez patrole jak najszerszym łukiem, a na dźwięk kaszlu niejeden szwab uciekał w popłochu niczym gówniarz goniony przez rozwścieczoną osę. Grupą „udawanych” pacjentów zajmował się młody, bo zaledwie 28-letni żydowski doktor – Vittorio Sacerdoti. To on uczył dzieciaki teatralnie kaszleć za każdym razem, gdy w promieniu ich wzroku pojawiał się niemiecki patrol.
Wspomniany wyżej Adriano Ossicini, już jako 96-letni staruszek, tak wspominał przygotowywanie dokumentacji dla swoich podopiecznych:

„Syndrom K został umieszczony na kartach pacjentów, aby wskazać, że chory wcale nie cierpiał na żadną chorobę, ale po prostu był Żydem. Stworzyliśmy te dokumenty dla Żydów jako zwykłych pacjentów i w rubryce, gdzie musieliśmy określić, na jaką chorobę cierpieli wpisywaliśmy Syndrom K, oznaczający nie więcej, jak: "Przyznaję się do bycia Żydem". W rzeczywistości ci ludzie byli zdrowi”.



Oprócz tego bezczelnego grania na nosie niezbyt rozgarniętym żołnierzom patrolującym placówkę, lekarze nie bali się też ukrywać w budynku ściganych przez Niemców wrogów politycznych. Mało tego – ojciec Białek założył w piwnicy szpitala specjalny odbiornik radiowy, za pomocą którego podsłuchiwał komunikaty wysyłane przez Niemców. Te wiadomości przekazywał doktorowi Borromeo, który następnie dzielił się nimi z członkami włoskiego ruchu oporu.

Wszyscy pacjenci wtajemniczeni w symulowanie choroby mieli nakazane milczeć na temat tej mistyfikacji. Nawet po przegranej Niemców – na wypadek, gdyby nazistom znów udało się stanąć na nogi. Całe to przedsięwzięcie wyszło na jaw dopiero ponad pół wieku po zakończeniu II wojny światowej.
Nie wiadomo, ilu dokładnie Żydów uratowali pracownicy szpitala Fatebenefratelli, ale mówi się o setkach osób. Niemcy nigdy nie zorientowali się, że padli ofiarą cwanego oszustwa. Tymczasem Giovanni Borromeo zmarł w 1961 roku, zabierając do grobu tajemnicę „Syndromu K”. Dopiero niedawno, gdy pozostali lekarze biorący udział w tym szalonym przedsięwzięciu zdecydowali się ujawnić tę mistyfikację, doktor Borromeo trafił na listę Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.



Historia pracowników Fatebenefratelli nie jest jednak jedyną sytuacją, gdy lekarze wykorzystali niemiecki strach przed chorobami zakaźnymi. Na tej samej strunie zagrał Eugeniusz Łazowski – pediatra, który od początku wojny pracował w szpitalu Polskiego Czerwonego Krzyża w Rozwadowie – jednej z dzielnic Stalowej Woli. Jego przyjaciel doktor Stanisław Matulewicz dokonał interesującego odkrycia – zauważył bowiem, że wyniki badań krwi osób zakażonych zupełnie niegroźną baterią Proteus OX19 są identyczne z tymi, którymi „pochwalić się” mogą pacjenci cierpiący na tyfus. Jednocześnie jednak nie wykazywali żadnych symptomów tej zakaźnej choroby. W normalnych warunkach taka informacja nie miałaby żadnego praktycznego znaczenia, ale w tej sytuacji taki interesujący, naukowy fakt można było wykorzystać do szczytnego celu…



Łazowski i Matulewicz nawiązali kontakt z ruchem oporu i szybko rozpoczęli program szczepień, tworząc w ten sposób coś na kształt fałszywej epidemii. Zaczęto od zbadania krwi nieszczęśnika, który dogorywał na zapalenie płuc. Tyfus! Próbkę posoki wysłano do niemieckiego laboratorium w Tarnobrzegu. Badania potwierdziły wyniki polskich lekarzy. Niedługo potem gruchnęła wieść o dziesiątkach, a wkrótce i setkach przypadków choroby.
Pacjenci oczywiście nie mieli pojęcia o całej akcji. Zastrzyk dostawał każdy – od zasmarkanego robotnika, przez babę skarżącą się na ból brzucha. Zdecydowano się również nie aplikować bakterii Żydom, bo zazwyczaj wykrycie choroby u osoby tego pochodzenia kończyłoby się dla niej natychmiastowym rozstrzelaniem. Kiedy Niemcy zorientowali się, że tyfus rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie, natychmiast zarządzono błyskawiczną ewakuację wojsk. Od tego momentu dzielnica Stalowej Woli była strefą wolną od łapanek i wywózek, a co za tym idzie – wielu Żydów szukało schronienia właśnie w tej części miasta.



Dopiero w 1943 roku Niemcy „odkryli”, że z jakiegoś powodu cała ta epidemia tyfusu charakteryzuje się wybitnie małą ilością zgonów. Wysłano wówczas do Rozwadowa specjalną grupę inspektorów na czele z szanowanym niemieckim lekarzem, który osobiście miał wziąć sprawę pod lupę. Polacy przyjęli gości z wielką pompą. Przybyszy poczęstowano polskim jadłem i wódką. Dużą ilością wódki… Główny inspektor został upity w trupa, a reszcie półprzytomnych z alkoholowego zamroczenia medyków pokazano leżących w obskurnych barłogach najbardziej wynędzniałych, starych, ubranych w łachmany mieszkańców miasta. To oni odegrali rolę chorych na tyfus biedaków. Obraz był tak przejmujący, że Niemcy nie zadawali żadnych pytań i uwierzyli w fałszywą epidemię.
Ostatecznie przez trzy lata mieszkańcy okolic Stalowej Woli nie musieli obawiać się łapanek ani wywózek na przymusowe roboty. Niemcy nie chcieli, aby groźna epidemia dotarła do ich kraju razem ze ściąganymi do obozów Polakami. A o ten scenariusz nie było trudno – chorobę roznosiły przecież wszy, których w takich miejscach nie brakowało.
Szacuje się, że szczepionki Łazowskiego uratowały od śmierci z rąk Niemców 8 tysięcy osób! Tymczasem sam zainteresowany zawdzięcza swoje życie jednemu z nazistowskich żandarmów, który w porę poinformował go o planach aresztowania lekarza za pomoc w leczeniu rannych członków Armii Krajowej. Niemiecki żołnierz miał u Łazowskiego dług wdzięczności - polski medyk pomógł mu kiedyś w wyleczeniu się z choroby wenerycznej. Teraz, dzięki swojemu dawnemu pacjentowi, lekarzowi udało się uciec przed łapanką.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 36191x | Komentarzy: 25 | Okejek: 220 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.06

19.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało