Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Kawałki mięsne 2005 > Pratche[t]t cz.4 i ostatnia
vanee
vanee Superbojowniczka od 25 kwietnia 2003 | Wolska
2004-06-08 20:28:20 Zgłoś
czyli o so chodzi...

część 1

część 2

część 3

I pointa całej historii. Żegnam się.


Jaskinia przeistaczała się w pieczarę wypełnioną gęstą niebieską mgłą, pełną sugestii skomplikowanych cieni. I pełną dźwięków – ćwierkanie, lekkie bzyczenie i okazyjne łup czy bang, które sugerowało pracę w trakcie trwania, gdzieś we mgle.
Myślak zdjął z policzka żuka i zaczął się gapić na kształt tuż przed nim.
To była przednia połowa słonia.
Druga połowa, balansująca wbrew wszelkim prawom prawdopodobieństwa, stała dęba na tylnych nogach kilka jardów dalej. Pomiędzy nimi była... reszta słonia.
Myślak Stibbons stwierdził, że gdyby rozciąć słonia na połowy i wygarnąć środek, to otrzyma się... tego, bałagan. Ale tu nie było zbyt wiele bałaganu. Różowe i purpurowe rurki leżały schludnie zwinięte na stole. Mała drabinka stała przy kolejnym gąszczu rurek i bulwkowatych organów. Ogólne wrażenie metodycznej pracy panowało wokół. To nie był horror słonia dotkniętego wybuchową śmiercią. To był słoń w trakcie budowy.
Małe chmurki białego światła kręciły się we wszystkich kątach jaskini, zawirowały przez moment i zmieniły w boga ewolucji, który stał na drabince.
Zerknął na Myślaka.
- Och, to ty, - powiedział – Jedna ze szpiczastych istot. Możesz mi powiedzieć co się dzieje ja zrobię tak?
Sięgnął w niezmierzone czeluście przedniej połowy. Uszy słonia zawachlowały.
- Uszy zawachlowały – pisnął Myślak.
Bóg cofnął się, rozpromieniony.
- To niesamowite jak trudno to uzyskać – powiedział – W każdym razie, co o tym sądzisz?
Myślak przełknął ślinę.
- Bardzo dobre – udało mu się wydobyć. Cofnął się o krok, wpadł na coś i odwrócił się, żeby spojrzeć na rozwartą paszczę olbrzymiego rekina. Był on w środku innej... cóż, musi o tym myśleć jak o rodzaju biologicznego rusztowania. Łypnął na niego okiem. Za nim o wiele większy wieloryb był składany.
- Tak, nieprawdaż – powiedział bóg.
Myślak spróbował skoncentrować się na słoniu.
- Mimo to... – zaczął.
-Tak?
- Jest pan pewien z kółkami?
Bóg zastanowił się.
- Myślisz, że są za małe? Nieodpowiednie na step?
- Raczej nie...
- Bardzo ciężko zaprojektować organiczne koło, wiesz? – powiedział bóg z wyrzutem – To małe arcydzieła.
- Nie sądzi pan, że poruszanie się na, wie pan, nogach, będzie prostsze?
- Och, nigdzie nie dojdziemy, jak będę kopiował wcześniejsze pomysły – powiedział bóg – Różnorodność i wypełnienie wszystkich nisz, to rozwiązanie.
- A leżenie na plecach w błotnistym dołku z kołami w górze to bardzo ważna nisza? – zapytał Myślak.
Bóg spojrzał na niego a potem popatrzył posępnie na na wpół ukończonego słonia.
- Może jak zrobię większe opony? – powiedział głosem pozbawionym nadziei.
- Nie sądzę – powiedział Myślak.
- Och, pewnie masz rację – małe ręce boga zadrżały – Nie wiem, próbuję różnorodności, ale czasami to takie trudne...
(...)
- Po co na przykład jest słoń?
Bóg trzymał już prawie ukończonego żuka w ręce. Był zielony.
- Nawóz. – powiedział triumfalnie. Żadna głowa przy przyczepianiu do ciała nie powinna wydawać dźwięku jak korek wciskany do butelki, ale tak właśnie było z żukiem w rekach boga.
- Co? – powiedział Myślak – To raczej dużo zachodu dla marnego nawozu, prawda?
- To ekologia, obawiam się. – powiedział bóg.
- Nie, tak na pewno nie może być – zaprotestował Myślak – A co z wyższymi formami życia?
- Wyższymi? – zapytał bóg – Masz na myśli coś jak... ptaki?
Nie, mam na myśli... – Myślak się zawahał. Bóg wydawał się niezwykle zaciekawiony magami, może ze względu na ich brak podobieństwa do żuków, ale spostrzegł tu pewną niewygodną kwestię teologiczną.
- Jak... małpy – powiedział.
- Małpy? Och, bardzo pocieszne, na pewno, oczywiście żuki muszą mieć coś do rozrywki, ale... – bóg spojrzał na niego i załapał w końcu – Och, jejku, chyba nie myślisz, że one są celem tego całego interesu, prawda?
- Raczej przypuszczałem...
- O jejciuś, celem całego tego interesu jest, właściwie, bycie tym całym interesem. Mimo to – pociągnął nosem – Jeżeli wyjdzie z żukami nie będę się skarżył.
- Ale z pewnością, celem... mam na myśli, czy nie byłoby miło, gdyby wyszła jakaś istota, która zaczęłaby myśleć o wszechświecie...?
- O rany, nie chcę niczego grzebiącego wokół! – powiedział bóg z irytacją – Jest wystarczająco dużo łat i szwów na nim, żeby jakiś bystrzak szwędał się i szukał nowych, zapewniam cię. Nie, bogowie na głównym kontynencie chociaż tu mają rację. Inteligencja jest jak nogi – zbyt wiele i się potkniesz. Sześć to w sam raz, jeżeli o mnie chodzi.
(...)
-Ja nie mogę, niesamowite miejsce!
Myślak wzniósł oczy. To można powiedzieć o magach. Jeśli wejdą do niesamowitego miejsca, powiedzą ci. Głośno.
- Ach – powiedział bóg – to reszta twojego... roju, prawda?
- Lepiej pójdę i powstrzymam ich – powiedział Myślak, gdy magowie rozproszyli się niczym mali chłopcy w salonie gier, gotowi naciskać wszystko na wypadek, gdyby była jeszcze jakaś darmowa kolejka. – Szturchają rzeczy i mówią „co to robi?”.
- Nie pytają co to robi zanim to szturchną?
- Nie, mówią, że się nigdy nie dowiesz dopóki nie szturchniesz – powiedział Myślak ponuro.
- Więc czemu pytają?
- Po prostu tak robią. I próbują rzeczy, a potem mówią „ciekawe czy to jest trujące” z pełnymi ustami. I wiesz co jest najbardziej wkurzające? Nigdy nie jest.
(...)
- Zadziwiająca zabawka. – powiedział Ridcully wyłażąc ze słonia – Bardzo dobre kółka. Maluje się elementy przed przyczepieniem, tak?
To nie zabawka, sir – powiedział Myślak odbierając mu nerkę i wtykając z powrotem – To prawdziwy słoń w trakcie budowy!
- Och.
- Właśnie tworzony, sir. – dodał Myślak, widząc, że do Ridcully’ego nie dotarło – To nie jest zwyczajne.
- Acha. A jak są normalnie tworzone w takim razie?
- Przez inne słonie, sir.
- Ach tak...
- Naprawdę? Są? – zapytał bóg – Jak? Te trąby są bardzo zwinne, sam muszę przyznać, ale nie nadają się do delikatnej pracy.
- Och nie w ten sposób, oczywiście. Przez... wiecie... seks... – powiedział Myślak czując wyłażący rumieniec.
- Seks?
Myślak pomyślał: Wyspa Mono, o rany...
- Ehm... samce i samice... – zaryzykował.
- Czym one są? – zapytał bóg. Magowie zatrzymali się.
- Proszę kontynuować panie Stibbons – powiedział Nadrektor - Nadstawiamy uszu. Zwłaszcza słoń.
- Ehm... – Myślak wiedział, że się czerwieni – skąd pan bierze kwiatki i inne w tym momencie?
- Robię je – powiedział bóg – Potem obserwuję jak działają i kiedy się zużyją robię poprawioną wersję opierając się na przeprowadzonych badaniach. – zawahał się – Jednak ostatnio rośliny dziwnie się zachowują. O co chodzi z tym nasionami, które robią? Próbuję je zniechęcać, ale chyba nie słuchają.
- Sądzę, że... ehm... usiłują wynaleźć seks, sir – wykrztusił Myślak – Ehm... seks jest kiedy można... one mogą... stworzenia mogą... mogą robić kolejne... stworzenia.
- Chcesz powiedzieć... słoń może zrobić więcej słoni?
-Tak, sir.
- Niech mnie! Naprawdę?
- O, tak.
- Jak to robią? Wykalibrowanie wachlowania uszami jest niesamowicie czasochłonne. Używają specjalnych narzędzi?
Myślak zauważył, że Dziekan gapi się na sufit, a pozostali magowie również poznajdowali coś fascynującego do oglądania, co umożliwiało im unikanie swojego wzroku.
-Um, w pewnym sensie. – powiedział Myślak. Wiedział, że przed nim leży grząska ścieżka i poddał się – Ale ja naprawdę nie wiem o tym zbyt wiele...
- I warsztatu, zapewne – dodał bóg. Wyjął z kieszeni notes i ołówek zza ucha. – Nie będzie ci przeszkadzało jeśli zrobię notatki?
- Są... ehm... samice... – spróbował Myślak.
- Samice – powtórzył posłusznie bóg zapisując to w notatniku.
- Więc ona... najpopularniejszy sposób... ona... tak jakby robi następną... w swoim środku.
Bóg przestał pisać.
- Teraz wiem, że to nie tak – powiedział – Nie można zrobić słonia wewnątrz słonia...
- Ehm...mniejszą wersję...
- Ponownie muszę wytknąć błąd w rozumowaniu. Po kilku tworzeniach skończy się na słoniu wielkości królika.
- Ehm, on się później powiększa...
- Naprawdę? Jak?
- Cos w rodzaju... rozbudowuje się... od środka...
- A to drugie, które nie jest, uh, samicą? Jakie jest jego zadanie? Czy twój kolega dobrze się czuje?
Starszy Dyskutant walnął Dziekana w plecy.
- W porządku – pisnął Dziekan – często... okruszki... wpadają...
Bóg notował pracowicie przez parę sekund, potem przestał i przygryzł końcówkę ołówka w zamyśleniu.
- Czy ten seks jest wykonywany przez niewyszkolonych pracowników? – zapytał.
- O, tak.
- Żadnej kontroli jakości?
- Ehm, nie.
- Jak wasz gatunek sobie z tym radzi? – zapytał bóg. Spojrzał badawczo na Myślaka.
- To... ehm... my... ehm... – wyjąkał Myślak.
- Unikamy tego – powiedział Ridcully – Okropny kaszel, Dziekanie.
- Naprawdę? – zapytał bóg. – To bardzo interesujące. Co robicie zamiast? Dzielicie się na pół? To świetnie działa u ameb, ale u żyrafy jest piekielnie trudne, możecie mi uwierzyć.
- Co? Nie, my koncentrujemy się na wyższych rzeczach – powiedział Ridcully – I bierzemy zimne kąpiele, zdrowe poranne przebieżki, takie rzeczy.
- Mój boże, lepiej to zapiszę – powiedział bóg, klepiąc się po todze – Jak ten proces się dokładnie odbywa? Czy samice wam towarzyszą? Te wyższe rzeczy... Jak wysokie, dokładnie? To jest bardzo interesujący pomysł. Zakładam, że ekstra ofiary są niezbędne?
- Co? Przepraszam? – powiedział Myślak.
- Nakłaniać stworzenia, żeby się robiły, hę? Sadziłem, że ta cała sprawa z nasionami to wyższe sprawy, tak, widzę, że to zaoszczędzi wiele pracy, wiele pracy. Oczywiście trzeba będzie włożyć sporo wysiłku na etapie projektu, rzecz jasna, ale potem jak przypuszczam będzie to przebiegać samoczynnie... – ręka boga rozmyła się gdy notował i ciągnął – Popędy i imperatywy będą bardzo istotne... ehm... Jak to działa na przykład u drzew?
- Wystarczy wujek Myślaka z pędzlem – powiedział Starszy Dyskutant.
- Sir! – wykrzyknął Myślak.
Bóg obdarzył obu spojrzeniem pełnym inteligentnego niezrozumienia, jak człowiek, który właśnie usłyszał dowcip w całkiem nieznanym języku i nie jest pewien czy autor już wygłosił pointę. Potem wzruszył ramionami.
- Jednego tylko nie rozumiem do końca – powiedział – dlaczego jakakolwiek istota miałaby spędzać czas na tym całym... – zajrzał do notatek – seksie, kiedy mogłaby cieszyć się... Och, jej, wasz towarzysz chyba się dławi, obawiam się...
- Dziekanie! – wrzasnął Ridcully.
- Nie mogę niezauważyć, – powiedział bóg - że kiedy mowa o seksie wasze twarze czerwienieją i przestępujecie nerwowo z nogi na nogę. To jakiś sygnał?
- Ehm...
- Gdybyście mogli mi tylko opowiedzieć jak to działa...
Zakłopotanie zawisło w powietrzu, wielkie i różowe. Gdyby było kamienne można by w nim wykuć wspaniałe różano – różowe miasta.
Ridcully uśmiechnął się zastygłym uśmiechem.
- Proszę, wybaczyć. – powiedział – Kadrowa narada, panowie?
Myślak patrzył jak magowie zbili się w kupkę. Mógł usłyszeć kilka fragmentów z szeptanej rozmowy.
...Mój ojciec tak mówił, ale oczywiście mu nie wierzyłem... nigdy nie podniósł swej ohydnej głowy... Dziekanie mógłbyś się zamknąć? Nie możemy... zimne prysznice, naprawdę...
Ridcully odwrócił się i zademonstrował ponownie zakrzepły uśmiech.
- Seks nie jest czymś o czym rozmawiamy. – powiedział.
- ..dużo. – dodał Dziekan.
- Och, rozumiem. – powiedział bóg – No cóż, praktyczna demonstracja będzie o wiele bardziej wyjaśniająca.
- Ehm, my nie...eee, planowaliśmy...
-He-eelo! Tutaj panowie są!
Pani Whitlow weszła do jaskini. Magowie nagle się uciszyli, wyczuwając swoimi magicznymi umysłami, że przedstawienie pani Whitlow w tym momencie będzie elektrycznym zapłonem w zupie życia.
-O, jeszcze jeden z was – powiedział bóg radośnie. Przyjrzał się. – A może inny gatunek?
Myślak czuł, że powinien coś powiedzieć. Pani Whitlow obdarzyła go Spojrzeniem.
- Pani, ehm, Whitlow to, ehm, dama. – wykrztusił.
- Aha, zanotuję sobie. – powiedział bóg – A co one robią?
- Są, um, tego samego gatunku co, ehm, my. – powiedział nieszczęśliwy Myślak – Um... tego.. um...
- Słabszą płcią – ruszył na odsiecz Ridcully.
- Przepraszam, zgubiłem się. – stwierdził bóg.
- Ehm... ona jest, um, ehm, żeńskiego wyznania – powiedział Myślak.
Bóg uśmiechnął się uszczęśliwiony.
- Och, jak dobrze się składa.
- Przepraszam – powiedziała pani Whitlow tonem tak ostrym, jakim tylko się odważyła w obecności magów – czy ktoś przedstawi mi tego dżentelmena?
- Tak, oczywiście. – pośpieszył Ridcully – Proszę mi wybaczyć. Boże, to jest pani Whitlow. Pani Whitlow to jest Bóg. Bóg. Bóg tej wyspy, właściwie. Uch...
- Iestem ociarowana – powiedziała pani Whitlow. W przekonaniu pani Whitlow bogowie byli społecznie akceptowalni, przynajmniej dopóki mieli ludzkie głowy i nosili ubrania; plasowali się powyżej Najwyższych Kapłanów i zajmowali ten sam poziom co Książęta.
- Czi powinnam uklęknąć? – zapytała.
- Mwaaaaa – wyskamlał Starszy Dyskutant.
- Jakiekolwiek oddawanie czci nie jest wymagane – powiedział bóg.
- Ma na myśli nie – wytłumaczył Myślak.
- Och, jak pan sobie życzy – powiedziała pani Whitlow. Wyciągnęła dłoń.
Bóg ją uchwycił i pomachał kciukiem w przód i w tył.
- Bardzo praktyczne, – powiedział – przeciwstawny, jak widzę. Myślę, że powinienem to zanotować. Czy poruszasz się zwisając na rękach? Czy jesteś dwunożna z nawyku? O, zauważyłem, że unoszą ci się brwi, to jakiś sygnał. Zauważyłem też, że jesteś innego kształtu niż pozostali i nie masz brody. Jak mniemam, to oznacza, że jest mniej mądra?
Myślak zauważył, że oczy pani Whitlow zwęziły się a nozdrza zadrgały.
- Czy mamy jakiś problem, panowie? – zapytała – Poszłam za waszymi śladami dio tej śmiesznej łodzi, a tam była tilko ta jedna ścieżka, więc...
- Omawialiśmy seks. – powiedział entuzjastycznie bóg – Brzmi ekscytująco, nie sądzisz?
Magowie wstrzymali oddech. Przy tym prześcieradła Dziekana wyglądały nieistotnie.
- Tio nie jest temat, na który wyraziłabym opinię. – powiedziała pani Whitlow ostrożnie.
- Mwaaaaa – wyskrzeczał Starszy Dyskutant.
- Nikt nie chce mi powiedzieć – naburmuszył się bóg. Iskra przeskoczyła z jego palca i wypaliła niewielki krater w podłodze, co wydawało się go zaskoczyć w tym samym stopniu co magów.
- Och, jej, co wy o mnie pomyślicie? Tak mi przykro – tłumaczył się – Obawiam się, że to naturalna reakcja, kiedy staję się, wiecie... zirytowany.
Wszyscy patrzyli na krater. Skała zabulgotała delikatnie obok stopy Myślaka. Nie odważył się ruszyć butem, na wypadek gdyby zemdlał.
- To była tylko irytacja? – upewnił się Ridcully.
- No cóż, mogę być trochę... rozdrażniony, jak sądzę – powiedział bóg – Nic na to nie poradzę, to taki boski odruch. Obawiam się, że jako... gatunek nie potrafimy sobie radzić z, wiecie, oporem. Tak mi przykro. – wydmuchał nos i usiadł na nawpół skończonej pandzie. – Och, jej. Znowu to robię... – Mały piorunek wyskoczył mu z kciuka i eksplodował. – mam nadzieję, że to nie będzie powtórka z Quintu. Wiecie co tam się stało...
- Nigdy nie słyszałem o mieście Quint – powiedział Myślak.
- Przypuszczam, że już nie. – powiedział bóg – W tym właśnie rzecz. To nie było właściwie miasto. Było przede wszystkim zrobione z gliny. No cóż, mówię z gliny, ale potem to była głównie ceramika. – odwrócił nieszczęśliwą twarz w ich kierunku – Znacie te dni, kiedy warczycie na wszystkich?
Kątem oka Myślak zauważył, że magowie, w rzadkim pokazie nieruchliwości, przesuwali się na boki, bardzo powoli, w stronę wyjścia.
O wiele większy piorun wyrwał dziurę w podłodze w pobliżu wejścia do jaskini.
- Och, jej, jak mi wstyd. – powiedział bóg – to wszystko podświadomość, obawiam się.
- Nie możesz zażyć czegoś na przedwczesny wybuch?
- Dziekan! To nie jest odpowiednia pora!
- Sorry, Nadrektorze.
(...)
Pani Whitlow obdarzyła boga chłodnym spojrzeniem.
- Co dokładnie chciałbyś wiedzieć? – zapytała.
- Hę? – powiedział Ridcully.
- No cóż, bez obrazy, alie chciałabym stąd wyjść bez płonącej frizury – powiedziała gospodyni.
Bóg spojrzał do góry.
- Ten męsko – żeński koncept jest naprawdę obiecujący – powiedział pociągając nosem – ale nikt nie chce zagłębić się w szczegóły...
- Och, to, - stwierdziła pani Whitlow. Spojrzała na magów, po czym pociągnęła boga na nogi. – Panowie wybaczą...
Magowie patrzyli na nich jeszcze bardziej zaszokowani niż podczas pokazu błyskawic, a potem Wykładowca Studiów Nieokreślonych nasunął sobie kapelusz na oczy.
- Nie odważę się na to patrzeć – i dodał – co oni robią?
- Eee... tylko rozmawiają... – powiedział Myślak.
- Rozmawiają?
- I ona... tak jakby... macha rękami.
- Mwaa! – powiedział Starszy Dyskutant.
- Szybko, dostarczcie mu świeżego powietrza. – powiedział Ridcully – Czy ona się śmieje?
I gospodyni i bóg spoglądali na magów. Pani Whitlow kiwnęła głową, jakby zapewniała go, że to co właśnie powiedziała to prawda i obydwoje się roześmieli.
- To brzmiało jak chichot – powiedział Dziekan surowo.
- Nie jestem pewien czy to pochwalam. – stwierdził Ridcully wyniośle – Bogowie i śmiertelne kobiety, wiecie. Słyszałem opowieści.
- Bogowie zmieniający się w byki – dodał Dziekan.
- W łabędzie też – włączył się Wykładowca Studiów Nieokreślonych.
- Deszcze złota – powiedział Dziekan.
- Tak. – powiedział Nieokreślone. Zawahał się na sekundę. – Wiecie, nad tym się często zastanawiałem...
- Co ona teraz opisuje?
- Hej, czy ktoś mógłby pomóc Dziekanowi, bardzo proszę? – powiedział Ridcully – Poluzujcie mu ubranie, czy coś!
Usłyszeli okrzyk:
- To co robi?
Pani Whitlow spojrzała na magów i chyba ściszyła głos.
- Czy ktoś spotkał pana Whitlow? – zapytał Nadrektor.
- No cóż... nie. – powiedział Dziekan – Nie przypominam sobie. Chyba wszyscy zakładaliśmy, że nie żyje.
- Ktoś wie na co umarł? – ciągnął Ridcully – Ach, ciszej... wracają...
Bóg pokiwał radośnie głową gdy się zbliżyli.
- To już wszystko wyjaśnione – powiedział zacierając dłonie – Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć to w praktyce. Wiecie, nawet gdybym siedział tu przez tysiąc lat nigdy bym... naprawdę, nikt by nie uwierzył na poważnie... mam na myśli... – Zaczął się dusić ze śmiechu przy akompaniamencie ich zastygłych twarzy. – Ten kawałek kiedy on... a ona... Naprawdę jestem zaskoczony, że ktokolwiek przestaje się śmiać na wystarczająco długo, żeby... Mimo wszystko widzę jak to może zadziałać i z całą pewnością otwiera to całkiem nowe możliwości...
Pani Whitlow w skupieniu obserwowała sufit. W jej postawie i sposobie w jaki jej raczej odnotowalna pierś się poruszała była delikatna sugestia, że usiłuje się nie śmiać. To było peszące. Pani Whitlow nie miała w zwyczaju śmiać się z czegokolwiek.
(...}
- Tak, oczywiście, nie zatrzymuję was – powiedział bóg machając ręką – Wiecie, im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że ten „seks” rozwiąże wszystkie moje problemy.
- Nie każdy może to powiedzieć – powiedział Ridcully ponuro.


--
paskud
paskud Nadworny Bluesman JM od 11 kwietnia 2003 | uzdrowiskowe na śląsku | GG: 5399750
2004-06-08 20:55:38 Zgłoś

--
Forum > Kawałki mięsne 2005 > Pratche[t]t cz.4 i ostatnia
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj