Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Forum > Kawały Mięsne > [Detektyw] Pałac Chrobrego (część IV)
Cieciu
Cieciu Bułgarski Łącznik od 1 września 2004 | Warszawa | GG: ...
2018-02-17 19:25:24 Zgłoś


W poprzednim odcinku

Czasami, bardzo rzadko, ale czasami bywa tak, że splot głupich pomysłów, idiotycznych zagrywek oraz nierozsądnej ilości wypitego alkoholu, może doprowadzić do czegoś dobrego. Raz na tysiąc lat taki zestaw okazuje się rewelacyjny. Jak w przypadku tego Greka, Archimedesa, który po pijaku wpierdolił się do wanny, rozchlapał całą wodę i odkrył prawo wyporności. Tym razem to dla mnie gwiazdy ułożyły się pomyślnie i mocno pchnęły sprawy do przodu. Splot wyżej wymienionych okoliczności sprawił, że do dziś nie wszystko jest dla mnie jasne i oczywiste. Skupmy się na tym, co pamiętam najlepiej.

Po uspokojeniu Gienia porządnie daliśmy w palnik, żeby do końca ostudzić emocje. Skutek był wspaniały. Szybko poczułem się niezwyciężony. A skoro tak, czas nadszedł na pokera u Chrobrenkrantza. Nie zważając na krótkotrwałe utraty równowagi, zatoczyłem się w stronę najważniejszego z namiotów. Przed wejściem stało dwóch ochroniarzy, których rozgoniłem machnięciem ręką. Coś tam protestowali, ale nie przejąłem się tym i wparowałem do środka niczym kowboj wpadający do saloonu na coś mocniejszego i spotkanie ze znajomą dziwką. Jak do siebie.
- No, to jak, panie Chrobrenkrantz, z tymi kartami? Pogramy? – Czułem, że jestem w stanie rozbić tego wieczoru bank. Kilka zdziwionych twarzy obróciło się w moją stronę.
- O, widzę miejscowa szlachta już jest – kontynuowałem. – Moje uszanowanie, panie burmistrzu, szczęść Boże, księże proboszczu, cześć, gnoju. – Jako ostatniego przywitałem szefa lokalnej mleczarni. Ten nie odpowiedział na zaczepkę. Prawdopodobnie bardzo dobrze zrobił.
- Panie Detektywie, ja pana bardzo proszę o zachowanie pewnego poziomu. Tu sami kulturalni ludzie się zebrali – odparł Morris.
- Pan się cieszy, że ja jeszcze pion trzymam. O poziomie pogadamy zaraz. Można tu coś wypić? – Rozsiadłem się wygodnie przy stole.
- Oczywiście! – gestem przywołał kelnera.
- Pan sobie życzy?
- Pan sobie życzy, szklaneczkę Burbona, Scotcha i piwko do tego. – Chyba zacytowałem jakiegoś starego bluesmana, nie miało to większego znaczenia. I tak już przekroczyłem punkt, w którym można jeszcze przestać pić, więc taki bukiet napojów wydawał się doskonałym planem na najbliższe minuty. Już po chwili zamówione trunki stanęły obok mnie.
- Jak ksiądz proboszcz sobie radzi? Karta idzie?
- Z bożą pomocą, synu, jeszcze nie przegrałem.
- Ładnie to tak, proszę księdza, moce boskie do niecnych czynów wykorzystywać?
- Wspominałem ci synu, że na szczytne cele idą wygrane. I odrzuć ten prowokacyjny ton, albowiem wroga we mnie nie masz, jeno przewodnika możesz znaleźć.
- I do ciemnej doliny ksiądz mnie zaprowadzi. Dziękuję, postoję. Albo posiedzę. Panie Morris, nie uwiera, że wspierasz pan lokalnego patriarchę?
Morris akurat stał obrócony do nas plecami. Znajdowaliśmy się jakieś dwa – trzy metry wyżej niż reszta namiotów, a właściciel właśnie podziwiał swój dobytek.
- Pan, pozwoli i podejdzie, panie Detektyw.
Pozwoliłem. Podszedłem do niego. Z okna widać było całe kasyno. Okna z folii, ale zawsze.
- Co pan tu widzi?
- Mordownię ubraną w eleganckie opakowanie. Prawdę mówiąc.
- A ja tu co innego widzę, panie Detektyw. Ja tu widzę ludzi, którzy przyszli się bawić. Zapomnieć o troskach, wyszaleć się w niecodzienny sposób. To właśnie widzę, panie Detektyw. Więc i nie przeszkadza mi, że jednym z uczestników jest ksiądz. A proboszcz to przecież nie tylko zwykły ksiądz. Opiekun stada, czyż nie tak?
Gość wkurzał mnie taką gadką, ale w gruncie rzeczy miał trochę racji. Ludzie ufne duchownym, więc jak mieli tu przedstawiciela, czuli się trochę lepiej. A przynajmniej jakoś tam rozgrzeszeni. Wróciliśmy do stolika. Pierwsze rozdanie padło łupem mleczarza. Dobrze zagrał, trochę blefował, ale finalnie zgarnął całkiem przyzwoitą pulę. Dwa kolejne były księdza. Oczka świeciły mu z radości. Mnie akurat nie szło, co delikatnie osłabiło dobry humor i poczucie niezwyciężenia. Problem polegał na tym, że miałem ograniczone środki. Biedny nie byłem, ale na szastanie gotówką na lewo i prawo raczej nie było mnie stać. Przegrane rozdania rekompensowałem drogim alkoholem. Skoro gospodarz częstuje, nie wypada odmawiać. To elementarne zasady dobrego wychowania.
Po prawie dwóch godzinach gry moje położenie było następujące. Kasa prawie na wyczerpaniu, niebezpiecznie mało fajek i arogancja, która miała szanse mnie zgubić. Rzucałem sporo aluzji pod adresem legalności tego interesu, co u właściciela wywoływało niezbyt przychylne reakcje. Z tego co pamiętam, dostało się też burmistrzowi. Utyskiwałem, że przedstawiciel organów państwowych, więc jakby nie było, władzy, bierze udział w tej hecy. Po trzeciej godzinie mieli mnie serdecznie dość. Po czwartej jakiś drab złapał mnie za kołnierz i wywlókł z namiotu Chrobrenkrantza. Próbowałem stawiać jakiś opór, ale byłem już takim stanie, że obszedł się ze mną jak z dzieckiem. Było o tyle miło, że nie rzucił mną o glebę, tylko odstawił przed namiot szefa. Złapał mnie za poły płaszcza, przyciągnął do siebie i coś tam ględził o tym, że mam spierdalać i się tu nie pokazywać. Co miałem w tej sytuacji zrobić? Wyrżnąłem mu z bańki w nos i polazłem w swoją stronę. Każdy normalny człowiek postąpiłby tak na moim miejscu, prawda?

W kasynie świeciło pustkami. Musiało się zrobić bardzo późno, a mończanie, spłukawszy się zapewne do cna, powędrowali do swoich domów. Ja nie miałem ochoty iść do motelu i zamykać się w czterech ścianach. Wpadłem na genialny pomysł. Z kalibru tych pomysłów, które w stanie alkoholowej szajby urastają do rangi najwspanialszych odkryć w historii nauki. Ruszyłem w stronę miasta. Za cel geograficzny wyprawy obrałem nasz moniecki szpital, zaś za cel tak zwany merytoryczny, wyznanie siostrze Marylci miłości. No bo, kurwa, czemu nie?! Problem polegał na tym, jak mi to później Marylcia opisała, że dowlokłem się do szpitala zalany w pestkę, bełkoczący i brudny jak jasna cholera. I pomyśleć, że miałem w planach szarmanckie zagrywki, przyjemną pogawędkę oraz czułe półsłówka, które miały doprowadzić do wyznania głębokiego uczucia miłości oraz przyrzeczenia dozgonnej wierności. Plan był w swoich założeniach bardzo odważny. Próbowałem nawet włamać się do kwiaciarni, bo zimą na zewnątrz nic nie mogłem znaleźć. Kwiatków, znaczy się. A przecież ona zasługiwała na kwiaty.
Podobno, bo wiem to z relacji, byłem uparty. Tyle tylko, że Marylcia nic nie rozumiała z mojego bełkotu. Może finalnie to i dobrze? Nie wiem. Ostatnią rzecz, jaką zapamiętałem w przebłysku świadomości, to Marylcia wyganiająca mnie z dyżurki.
- Niech Detektyw sobi idzi, i mi głowy ni zawraca idiotyzmami. W pracy przeciż jestem, a Detektyw miał pilnować chłopów, a ni sam si jak świnia uchlać. Jak to tak można, a? Ni wstyd panu?
Nie, wtedy akurat wstydu nie czułem. Czułem zawód i brak zrozumienia, ale nie wstyd. To przyszło później.
- No, już mi stąd, ni chcę pana widzic.
A to już zabolało bardzo. Obraziłem się, obróciłem na pięcie i powlokłem się w stronę motelu. Nie jestem wam w stanie opisać ile czasu musiałem ją potem przepraszać. Długo to trwało, ale w końcu jakoś udało mi się tę kochaną ptaszynę o złotym sercu ubłagać i wybaczyła. Ale to temat na osobną opowieść. A właściwie, nie wasz zafajdany interes.
Pijany i zły jak osa szorowałem ulicami Moniek. Na stacji benzynowej kupiłem butelkę wódki i postanowiłem opróżnić ją pod dworcem, od strony peronów. Jest tam miejsce przyzwoicie osłonięte od wiatru, skombinowałem trochę walających się gazet i kartonów i umościłem sobie miejsce przeznaczone na odarcie się z resztek człowieczeństwa.

Obudził mnie przeraźliwy ziąb i stukot kół pociągu. Do świtu pozostawało jeszcze trochę czasu, świateł miasta zwyczajnie nie było, więc siedziałem w niemal absolutnej ciemności. Jedynie dwie czy trzy latarnie na peronach rozświetlały delikatnie mrok nocy. Stukot kół się nasilał. Coś mi nie pasowało. Po niemal roku mieszkania w bliskim sąsiedztwie torów, znałem rozkład jazdy prawie na pamięć. O tej porze nic tędy nie powinno jeździć. A już na pewno nie ze strony Ełku, a byłem pewien, że hałas nadchodzi właśnie z tamtego kierunku. Ciekawostka. Ostatni osobowy przejeżdża tędy koło dwudziestej pierwszej, pierwszy jakoś po ósmej. Towarowych zasadniczo brak. Z niecierpliwością oczekiwałem na przejazd pociągu widmo. Promile grały jeszcze swoją symfonię, więc emocje uderzały ze zwojoną mocą. Gdybym był w motelu, nawet nie zwróciłbym na ten hałas uwagi. A tu proszę, jak zwykle, chcąc nie chcąc, na coś wpadłem.
Po kilku minutach skład zaczął przetaczać się przez stację Mońki. Skład to za dużo powiedziane. Lokomotywa i dwa wagony towarowe. Logo na plandekach informowało, że właścicielem towaru jest firma „Gniezno Chr. & Otto Co. Limited”. Trochę pogłówkowałem i gdzieś w zakamarkach pamięci zaświeciła świeczka. Mam cię, gagatku. Ciekawe tylko, co tym przewozisz. To było dosyć łatwe do sprawdzenia. Pociąg wlókł się tak powoli, że bez trudu go dopadłem i wspiąłem się na tylną rampę. Odsłoniłem plandekę i zakląłem ciężko z wrażenia. Minęliśmy peron i jak tylko znalazłem miejsce na bezpieczne lądowanie, zeskoczyłem z wagonu. Szczęśliwie nikt mnie nie widział, bo lądowanie dalekie było od mistrzowskiego. Potłukłem się, nabiłem kilka sińców, ale ogólnie byłem w dobrym stanie.
Teraz należało sprawdzić co takiego planuje Morris. Bo teraz już motyw stał się jasny. Wszyscy z okolicy są wyłączeni przez cały weekend, nikt się nie interesuje niczym innym poza kasynem. Łatwo i sprawnie można by przewieźć kolumnę czołgów i gówno by to kogokolwiek obchodziło.

Najpierw jednak musiałem odpocząć i doprowadzić się do w miarę przyzwoitego stanu. Wyglądałem i czułem się parszywie. Na szczęście szybko się regeneruję i już po trzech godzinach byłem gotowy do działania. Dyskretnego, wywiadowczego. Potrzebowałem jednej prostej informacji. Czy towar jedzie za granicę, czy też mam jeszcze szansę się wmieszać i napsuć krwi Chrobrenkrantzowi. Najprawdopodobniej jakiekolwiek informacje mogłem zdobyć tylko w okolicach biura i skarbca kasyna. Problem stanowił kamuflaż. Na tle bialutkiego śniegu byłem widoczny jak na dłoni, pech chciał, że dzień był słoneczny. Ale z tym sobie poradziłem dosyć prostym trikiem. Z prześcieradeł, a zawsze miałem dwa w pokoju, w końcu motel trzymał poziom, skleciłem sobie kombinezon i okryłem nim płaszcz i kapelusz. Zostawiłem tylko szparę na oczy.
Kasyno obszedłem szerokim łukiem, szczęśliwie przez nikogo niezauważony. Podkradłem się pod kontener Chrobrenkrantza i zacząłem nasłuchiwać. Zimno dawało mi się we znaki, ale nie odpuszczałem. I słusznie. Po dwóch godzinach do biura wszedł jakiś człowiek. Oświadczył Chrobrenkrantzowi, że przesyłka jest na miejscu i czeka na dystrybucję. Ten podziękował mu i obsobaczył od góry do dołu, że drzwi nie zamyka, a zimno tu jak w psiarni. Mój fart, przez zamknięte drzwi prawdopodobnie niewiele bym usłyszał. A tak byłem w posiadaniu cennej informacji. Transport był nie dalej niż dwie godziny stąd. Pytanie tylko, gdzie?
Musiałem zasięgnąć rady kogoś obeznanego w pociągach i transporcie szynowym. Mieliśmy tu w Mońkach kapelę powiatową Kwintal Pro Farma. Goście specjalizowali się w wiejskich potańcówkach, przygrywali na dożynkach czy innych zielonych świątkach. Królowali też na festynach i odpustach. Wydali album, który dorobił się statusu azbestowej płyty. A jeden z grajków tej kapeli był maniakiem pociągów. I pod ten adres należało zastukać. Oczywiście nie o suchym pysku. Wziąłem butlę czegoś lepszego i wybrałem się do Kaźmirza Brudnicza.

- Dobry, panie Kaźmirzu.
- O, Detektyw, no was ja si tu ni spodziwałem. Rzadko pan zaglądasz.
- Po świecie jeździcie z koncertami, to i okazji mało.
- Po powiecie.
- Słucham?
- Po powiecie, nie świecie. Ali i na świat przyjdzi pora.
- A w to akurat nie wątpię. Słuchajcie, panie Kaźmirz, jakbyście chcieli ukryć, powiedzmy, pociąg, powiedzmy, towarowy, powiedzmy, z dwoma wagonami trefnego transportu, to gdzie byście to zrobili?
- Myślisz pan o całym kraju? Pewni gdziś na Śląsku.
- Nie, nie. W okolicy. Załóżmy, że nie dalej niż trzy godziny drogi stąd.
- Nu, to musi Łapy. Tam we starej lokomotywowni, jak się dogadać z cieciem, to schowasz pan wszystko i nikt nic ni znajdzi.
- Daleko to?
- Od Białego dwadzieścia sześć kilometry.
Racja, przejeżdżałem przecież przez Łapy, jadąc tu kiedyś z Tłuszcza. Wypiliśmy jeszcze po szklance, podziękowałem i pożegnałem się grzecznie.
W głowie ułożyłem już plan działania. Pozostawało zorganizowanie ekspedycji karnej. Nie musiałem się zbytnio martwić o skład ekipy. Uderzyłem prosto do Tyczki. Nie wyglądał najlepiej. Oczy zapuchnięte, gęba cała czerwona, ręce w delirce. Czyli tak niedzielnie.
- Tyczka, sprawa jest.
- Nu? – Kumpel wyraził delikatne zainteresowanie.
- Na wycieczkę pojedziemy.
- Głupi? Jaką wycieczkę?
- Do Łap – oznajmiłem.
- A po wała to Łap mamy si ładować? Tam nic ni ma.
- Żałował nie będziesz, u mnie masz jak w banku. Potrzebuję też ze sześciu chłopaków i transport na miejsce. Najlepiej busikiem.
Tyczka wszedł w tryb kombinowania.
- Czyli, ty, ja i jeszcze sześciu? Mów wyraźni, bo ja ciężko zbieram myśli teraz.
- Dobrze liczysz. Osiem osób, busik, palnik i ewentualnie nożyce do łańcuchów. Do zrobienia?
- Nu, ni widzę problemu. Tylko o której, bo wisz impreza w kasynie wiczorem. Finał zabawy. Rozumisz.
- Godzinę po zamknięciu imprezy. Z tego co się orientuję, koniec zaplanowany jest na pierwszą w nocy. Potem zaczną się zwijać i do rana znikają. My zaczynamy o drugiej.
- Niprzespana noc? Zwariował?
- Nie zwariował, aha, i najważniejsze. Macie być trzeźwi jak niemowlęcia w żłobku.
- O, tego ni mogę zagwarantować.
- To się postaraj. Od tego sporo zależy.
- Kurwa mać – westchnął ciężko.
To chyba oznaczało zgodę. Przynajmniej tak uznałem. Miałem nadzieję, że mimo wszystko nie będą nawaleni w trupa.

Kolejnym elementem układanki było spotkanie z mundurowymi. Bułą i Różyczką, rzecz jasna. Z lokalnymi nie chciałem mieć nic wspólnego. Z nimi zbyt łatwo o puszczenie pary z ust. Duet przeniesiony karnie ze stolicy był natomiast godny zaufania. Mieli tego dnia wolne, więc bez trudu znalazłem ich w kafejce internetowej. Tłukli zaciekle w jakąś grę, dobrzy chłopcy spuszczali manto złym chłopcom. Tak jak trzeba.
- Uszanowanie, panowie władza.
- O, Detektyw. W czym możemy pomóc? – Po rozprawie z Barbie miałem w tych dwóch osobnikach prawdziwych sojuszników.
- Przychodzę do was z takim tematem – i zacząłem opowiadać. Z każdym kolejnym zdaniem, z każdą kolejną minutą ich oczy robiły się coraz większe. Na koniec wyłuszczyłem szczegóły nocnej akcji i opisałem czego potrzebuję.
- Gruba sprawa, naprawdę gruba – Różyczka pierwszy zdobył się na komentarz.
- Wiem, dlatego do was z tym przychodzę. Będziecie mogli pomóc?
- Naturalnie – potwierdził Buła. – Od tego jesteśmy. Kończymy partyjkę i zabieramy się do roboty.
- No to jesteśmy umówieni. Moje uszanowanie. – Poprawiłem kapelusz i wyszedłem. Zapaliłem papierosa i szybko wykonałem rachunek sumienia. Wyszło na to, że o wszystkim pomyślałem i plan pozostawał w zasadzie już tylko do zrealizowania. A to oznaczało, że mam sporo wolnego czasu.
Nie zmarnowałem go. Wykorzystałem najlepiej jak tylko można było przed akcją. Czyli w pełni się relaksując przy piwku. Nie nerwowo, raptem kilka. Tak dla rozruszania skołatanego przez nocne ekscesy ciała.
Wieczorem naturalnie wybrałem się do Pałacu Chrobrego. Tylko po to żeby się pokazać. Unikałem jednak rozrób i alkoholowego szaleństwa. Musiałem mieć jasny umysł. Przy okazji skontrolowałem też Tyczkę. Ku mojej wielkiej radości i sporemu zaskoczeniu był trzeźwy. Zły, wkurwiony ale trzeźwy. Z zadania się jednak wywiązał. Wszystko było przygotowane i czekało na godzinę zero. No, na drugą w nocy, ale odrobina dramatyzmu… i tak dalej.

Z kasyna zebrałem się godzinę przed zakończeniem balangi. Nie interesowały mnie konkursy i loterie, w karty też nie chciało mi się grać. Nic tu po mnie, pomyślałem i wróciłem do motelu. Za piętnaście druga wyszedłem w ciemną noc. Dla pozorów zostawiłem włączone światło w pokoju. Punkt druga zebraliśmy się pod karczmą. Siedmiu chłopaków trzęsło się z zimna, w mroku tańczyły ogniki papierosów.
- Wszyscy są?
- Kapelusz, jak ja mówi, że będzi załatwione, to będzi. Busik czeka, palnik i nożyce gotowe. Chłopaki trzeźwi, tak jak chciałeś. Nu, to mówże po chuj ciężki do tych Łap jedziemy.
- Wszystko opowiem po drodze. Panowie, macie jakiś sprzęt ze sobą?
W odpowiedzi z rękawów kurtek wysunęły się gazrurki, szczęknęło kilka noży sprężynowych. O to szło.
- Dobra, nie spodziewam się zadymy, ale lepiej być ubezpieczonym. W drogę.
I wyruszyliśmy w podlaską noc. Do Łap dotarliśmy w godzinę. Teraz czekała nas akcja. Do starej lokomotywowni zajechaliśmy od zakrystii, czy jak kto woli, od tyłu. Strączek zaparkował auto pięćdziesiąt metrów od bramy.
- Idziemy na zwiad, ja i dwóch chłopaków. Reszta na razie czeka. Jasne?
Potaknęli. Tyczka i jeden z ekipy ruszyli za mną. W absolutnej ciszy podeszliśmy pod stróżówkę. Światło było zgaszone, wyglądała na opuszczoną. Trochę podejrzane, ale w sumie były to stare hale, z których nikt nie korzysta. Co się dało złomiarze już dawno wynieśli.
- Chyba jest spokój, tnijcie łańcuch.
Przecięli i weszliśmy na teren. Panowała niczym niezmącona cisza.
- Tyczka, leć po resztę, a my się trochę rozejrzymy. Na wszelki wypadek.
Wypadek i owszem, okazał się wszelki. Zlokalizowaliśmy dwóch typów kręcących się przy wejściu do hali. Nie spodziewali się kogokolwiek, więc dwa szybkie ciosy w tył głowy rozwiązały problem. Czysta robota, szybko, sprawnie i bez hałasu. Po chwili dołączyła reszta naszej wesołej brygady. Weszliśmy do środka. Po lokomotywie nie było już śladu, za to dwa wagony stały na środku w całej swojej okazałości. Podszedłem do plandeki i rozsznurowałem zamknięcia.
- Panowie, przygotujcie się na przedstawienie. – To mówiąc zerwałem plandekę z pierwszego wagonu.
- Kurwa.
- Mać.
- Jebana.
Tyle emocji na raz uwolniło się gdy przed zebranym elementem monieckim ukazały się trzy cuda inżynierii samochodowej. Bugatti, Porsche i Ferrari. Na drugiej platformie kolejne trzy supersamochody.
- I jak wrażenia?
- Kapelusz, to jest niwiarygodne. Dużo w życiu ukradłem, ale to? Ni wierzę własnym oczom.
- To pora uwierzyć, przyjacielu. Nasz drogi właściciel kasyna organizuje sobie przerzut tych cudeniek. Na sto procent kradzione na zachodzie i wywożone gdzieś na wschód. A tu mamy stację przeładunkową. No, nie stójcie jak te ćwoki. Rozładowywać wagony. Odpalicie te auta?
Chłopcy poczuli się niedocenieni i z urazą oświadczyli, że owszem. Kazali stanąć z boku i przyjrzeć się pracy profesjonalistów. Istotnie, byłem pod wrażeniem. Sprawnie sprowadzali samochód za samochodem z platform. Staraliśmy się minimalizować hałas, więc operacja trochę potrwała. Po godzinie samochody były już w naszych rękach.
Ustawiliśmy auta w szyku i ruszyliśmy w drogę powrotną. Jeśli policja wykonała swoje zadanie należycie, pościg powinien już ruszać za TIRami Chrobrenkrantza.

Nie mogliśmy za szybko jechać, podlaskie drogi zdecydowanie do tych aut nie pasowały. Powrót zajął nam sporo czasu, ale nad ranem wszystkie samochody były już dobrze ukryte po okolicznych stodołach.
Na południe zaplanowałem zakończenie tej imprezy. Wcześniej zdzwoniłem się z gliniarzami. Tak jak przypuszczałem, kilkoma rozmowami uruchomili nawet Interpol. Auta kradziono na zachodzie Europy, a potem wsiąkały jak kamień w wodę. Śledztwa nie przynosiły rezultatów. Kiedy zachodnia policja dowiedziała się o moim odkryciu, ruszyła ogromna machina. Śmigłowce, straże przybrzeżne, co tylko dało się wykorzystać, wykorzystano.
W południe ryknęły silniki sześciu cudów współczesnej techniki. No, pięciu, bo jeden był ekologiczny i nie ryczał. Mończanie wylegli na ulice podziwiać przejazd tej niesamowitej kolumny. Przejechaliśmy powoli przez centrum miasta, kierując się pod komisariat. Chłopcy zaparkowali równiutko przed budynkiem i rozpłynęli się w powietrzu. Nikt nie miał ochoty na spowiedź u mundurowych. To wziąłem całkowicie na siebie.

W ciągu następnych dwóch miesięcy mieszkańcy nieźle się wzbogacili. Multimilionerzy oferowali bowiem spore sumy znaleźne za swoje zabawki. I te sumy trafiły pod nasze dachy.
Myślałem o tym, czy miasto nie będzie mi miało tego wszystkiego za złe. W końcu pozbawiłem ich corocznej rozrywki. Wyszło dobrze, mężczyźni dostali od kobiet zakaz wkurwiania się na mnie z powodu kasyna.

Po złożeniu wyjaśnień na komendzie wyszedłem na mroźne powietrze. Postawiłem kołnierz prochowca, poprawiłem kapelusz, zapaliłem papierosa i pomyślałem o Chrobrenkrantzu. Jednak nie zawsze wygrywa kasyno, frajerze.


Koniec i bomba

To była kolejna pasjonująca wycieczka. Dzięki za towarzyszenie mi w niej
:brood_k, no offence, kolego

& :szufla

--
Kosovo je Srce Srbije !! "Ovo je ovde Balkan mirisni cvet totalno nerazumljiv za ceo svet" Folklor, legendy i historia Bułgarii. Po mojemu.
Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
markiz_de_czad Superbojownik od 7 listopada 2004 | gocław/Zdrowie
2018-02-17 20:36:22 Zgłoś
Super. Dzięki.
Ostatnio edytowany: 2018-02-17 20:36:35

--
Vanitas Vanitatum et Omnia Vanitas
brood_k
brood_k Superbojownik od 11 marca 2010 | Poznań | GG: 4942735
2018-02-17 20:39:46 Zgłoś
Kwintal to ja prawie że ważę, więc uzasadnione
Ostatnio edytowany: 2018-02-17 20:39:54

--
Kwartet ProForma Sensoria BKD
Ethordin
Ethordin Superbojownik od 30 września 2013 | Durban
2018-02-17 20:40:16 Zgłoś

--
UWAGA: w komentarzu powyżej tej sygnatury może być ukryty sarkazm!!!
Rezyduję w RPA: blog; tyrury
brood_k
brood_k Superbojownik od 11 marca 2010 | Poznań | GG: 4942735
2018-02-17 21:02:47 Zgłoś
A w Łapach chodzi o halę po byłych ZNTK - największy pracodawca w mieście zbankrutował w 2009.
W środku wygląda tak:
https://urbex.buczel.pl/2009/zntk-w-lapach-s-a-1870-1995/

--
Kwartet ProForma Sensoria BKD
pracownik
pracownik Bojownik od 21 listopada 2013
2018-02-17 21:31:50 Zgłoś
Cóż, po czym takim trudno się spodziewać dalszego ciągu. Kapelusz zdemaskowany to i musi w inny region się udać (i nie w kapeluszu) Czyli jednak może być nasz zachwalany --ciąg dalszy!

--
Życie należy przeżyć tak, aby gołębie przelatujące nad twoim grobem zesrały się z wrażenia.
oldbojek
oldbojek Superbojownik od 23 października 2004 | Borówiec
2018-02-17 21:32:04 Zgłoś


poproś JM, żeby wydali tego Twojego detektywa w formie książkowej (był już taki precedens). Wtedy kupię i poczytam.
Teraz nie mam czasu ;)

Pozdrowienia

--
Cieciu
Cieciu Bułgarski Łącznik od 1 września 2004 | Warszawa | GG: ...
2018-02-17 21:47:43 Zgłoś
:pracownik, Detektyw nie zamierza wyprowadzać się z Moniek. Nie ma też powodu
, na pewno się dowiesz, jeśli kiedyś trafi to do księgarń ;)

--
Kosovo je Srce Srbije !! "Ovo je ovde Balkan mirisni cvet totalno nerazumljiv za ceo svet" Folklor, legendy i historia Bułgarii. Po mojemu.
Peppone
Peppone Nowy Ruski od 19 marca 2003 | Warszawa
2018-02-18 01:13:10 Zgłoś
Zastanawia mnie jedno. Czemu akurat to Mońki wymagały odwrócenia uwagi, przecież taki ciapąg to przez niejedną miejscowość przejeżdża. W dodatku koleją najkrótsza trasa to chyba przez Białystok-Fasty prowadzi.

No i skoro kasyno zjeżdżało co rok i było wiadomo o tym ze sporym wyprzedzeniem, to Chrobrenkrantz tak raz na rok wywoził po te kilka samochodów na wschód?

Dziwny geszeft.


--
Pracuj u podstaw. Zaminuj fundamenty systemu. Wszelkie prawa do treści wrzutów zastrzeżone
szurszon
szurszon Superbojowniczka od 20 marca 2003 | Wrocław
2018-02-19 10:02:29 Zgłoś
Seria z Detektywem jest cudna i dopisuję się do długiej listy wielbicieli jego przygód
A za Pana Kaźmierza i jego Kwintal Pro Farma masz dodatkową okejkę z mojej strony

--
here or there...
Cieciu
Cieciu Bułgarski Łącznik od 1 września 2004 | Warszawa | GG: ...
2018-02-19 10:53:30 Zgłoś
:szurszon, bardzo mnie to cieszy
, Po prostu Chrobrenkrantz nie był przestępcą doskonałym, a trafił na dużo lepszego i bardziej pijanego od siebie

--
Kosovo je Srce Srbije !! "Ovo je ovde Balkan mirisni cvet totalno nerazumljiv za ceo svet" Folklor, legendy i historia Bułgarii. Po mojemu.
Peppone
Peppone Nowy Ruski od 19 marca 2003 | Warszawa
2018-02-19 11:39:56 Zgłoś
- moim zdaniem on trzepal więcej kasy na kasynie, niż na autach. Dopóki trzymał się tego, na czym się znał - biznes hulał. Ale skusił go extra geszeft i poplynał ;)


--
Pracuj u podstaw. Zaminuj fundamenty systemu. Wszelkie prawa do treści wrzutów zastrzeżone
Forum > Kawały Mięsne > [Detektyw] Pałac Chrobrego (część IV)
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj