Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Forum > Hyde Park V > Szukam dziennikarza chętnego do zrobienia reportażu...
KvCh
KvCh - Superbojownik · 3 miesiące temu
Na "Głupie pytania" chyba się nie nadaje.
Na "Narzekalnię" raczej też nie.
Może tutaj ktoś będzie miał pomysł?

Do rzeczy: Za namową społeczności skupionej wokół fanpeja (Jak będzie w przedziale?) na portalu Marco Cukiergóry.

Szukam dziennikarza / stacji / programu, który chciałby zrobić reportaż.



Nazywam się Krzysztof. Rocznik 1983.
Od dziecka chciałem być maszynistą. Stukot kół pociągu towarzyszył mi już chyba nawet przed narodzinami. Moja mama, będąc ze mną w ciąży, pracowała w kiosku "Ruch"-u na stacji w rodzinnej Chojnie. Rodzice śmieją się czasami, że już wtedy słyszałem oprócz bicia serca matki, stukot kół przejeżdżających pociągów. Odkąd tylko sięgam pamięcią coś mnie pociągało w kolei. Zabawy w przedszkolu? Tylko plastikowe pociągi. Podobnie w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Czytać nauczyłem się już w wieku 4 lat. Zaczęło się od literek "pe-ka-pe" albo "py-ky"py". Dziecięce rysunki zawsze miały jakiś motyw kolejowy. W szkole podstawowej jedna z nauczycielek zasugerowała nawet wizytę w poradni psychologiczno-pedagogicznej, bo według niej miałem obsesję na punkcie pociągów. Ulubione słuchowisko dla dzieci? "Szczęśliwa lokomotywa". Ulubiony wierszyk? "Lokomotywa" Tuwima. Pierwsza lektura jeszcze zanim stała się dla mnie obowiązkowa? "O psie, który jeździł koleją". W bibliotece miejskiej nie było książek z tematem kolejowym, których bym nie przeczytał. Po kilkadziesiąt razy! Nawet w oddziale "dla dorosłych" bezradnie rozkładano ręce, mówiąc, że wszystkie możliwe tytuły zostały już przeze mnie przeczytane. Nie pasowałem zbytnio do rówieśników. Zamiast kopać z kolegami piłkę na boisku, wolałem przesiadywać na stacji kolejowej oglądając przejeżdżające pociągi. Ojciec często wymyślał jakiekolwiek błahe powody, aby przejechać się ze mną pociągiem do Kostrzyna albo Szczecina. A to po rybki do jego akwarium, a to po karmę dla rybek... Nawet jak jeździłem rowerem, to tylko "po torach" wyznaczonych przez ułożone w długich rzędach płyty chodnikowe. Poza tym miałem oczywiście inne zainteresowania. Muzyka. Nauczyłem się grać ze słuchu na keyboardzie. Kilka lekcji nauki gry pozwoliło mi poznać nuty. Od 1995 roku, do 2003 byłem organistą w jednym z kościołów w Chojnie.
Jak opiekowałem się młodszą siostrą to na spacer zabierałem ją na stację, po to tylko, żeby przez moment móc popatrzeć na pociągi. Nawet ona mając kilka lat, potrafiła odróżnić pociąg od samotnej lokomotywy czy drezyny. Dzięki albo raczej przeze mnie.
Moje marzenia zostały pogrzebane na początku roku 1998. Musiałem wybrać szkołę średnią. Mój wybór był prosty: technikum kolejowe w Szczecinie. Badania lekarskie, wykazały wadę słuchu. Nie miałem o niej wcześniej pojęcia. Lekarz powiedział, że nie będę mógł nigdy pracować jako maszynista, ani w ogóle na kolei. Przepisy. Wymagana pierwsza kategoria wzroku i słuchu. Okulary na badaniu wstępnym wykluczone. Później można mieć. Ale słuch? Musi być idealny. Cały czas.
Ukończyłem liceum ogólnokształcące w Chojnie. Po nim poszedłem na studia. Przez 3 lata studiowałem filologię polską i pedagogikę. Nie ukończyłem ich. Pierwsza praca? Mycie pociągów. Ciężka i niewdzięczna. Ale blisko kolei!
W tym czasie poznałem człowieka, z którym założyłem stowarzyszenie miłośników kolei. Działam na tym polu do tej pory, jako prezes stowarzyszenia chcącego uratować pozostałości po Stargardzkiej Kolei Dojazdowej. Tutaj też jest bardzo ciężko. Ciągła walka z biurokracją PKP i samorządami. Ale to inny temat. W 2007 roku, o ile dobrze pamiętam pojawiło się ogłoszenie o naborze na konduktorów w PKP Przewozy Regionalne. Pragnienie wzięło górę nad rozsądkiem. Ale się udało. Dzięki podstępowi. Badanie słuchu zrobił za mnie kolega. Z dzisiejszej perspektywy patrząc - było to bardzo nieodpowiedzialne, ale nic się nie stało. Dostawałem nawet pochwały od pasazerów. Jazda skończyła się po kilku miesiącach. Zaspałem nie słysząc budzika. Pociąg pojechał beze mnie, ja dostałem reprymendę od przełożonego. Przyznałem się, że chyba mam mały problem ze słuchem. Wysłano mnie na badania kontrolne. Prawda wyszła na jaw. Nie zwolnili mnie od razu. Przeszedłem na warsztat. Naprawiałem wagony pasażerskie. Pracowałem tam 2 lata. Nastały czasy "reorganizacji" PKP. Zwolnienia grupowe. Byłem pierwszy w kolejce. Mały staż pracy.
Kolejną pracę dostałem u człowieka, którego poznałem wcześniej, a o którym już wspomniałem. Praca na warsztacie kolejowym. Naprawa lokomotyw i wagonów. Pracowałem tam prawie 4 lata. Do czasu reorganizacji spółki. Nowy dyrektor, który niezbyt za mną przepadał - nie miał faktycznych powodów aby mnie zwolnić. Swoje obowiązki wykonywałem sumiennie i ponad to, co musiałem robić. Jednak szukał możliwości aby wcisnąć "swoich" ludzi. Znalazł. Wysłał mnie na badania słuchu, o których doskonale wiedział, że ich nie przejdę.
Przez jakiś czas byłem bezrobotny i załamany. Prace dorywcze nie zapewniały bezpieczeństwa finansowego dla mnie i ówczesnej mojej partnerki i jej dziecka. Wyjechałem do Niemiec. Bad Kissingen. Daleko na Bawarii. Pracowałem tam w restauracji. Zmywak, pomoc kuchenna, kucharz. W tym czasie moja ówczesna partnerka mnie zdradzała, a ode mnie oczekiwała tylko pieniędzy. Rozstaliśmy się. Bardzo to przeżywałem. Jest jednak pozytywny aspekt tej sytuacji. Nawet kilka!
Szefowa w restauracji, muzułmanka, myślała, że jestem lekko upośledzony umysłowo. Dopiero moja współpracowniczka, polka, powiedziała jej, że mam problem ze słuchem. Byłem przygotowany na to, że szefowa mnie zwolni... Nie. Zabrała mnie do akustyka, gdzie kupiła mi pierwsze w moim życiu aparaty słuchowe. W Polsce nigdy ich nie miałem. Były za drogie. Nie mogły to być aparaty ogólne, tylko specjalistyczne, wzmacniające tylko wybrane częstotliwości. Mój Boże! Ile nagle zaczęło się dziać dookoła! Odkryłem, że liście szeleszczą, śnieg skrzypi, woda szumi, ptaki śpiewają! Nawet muzyka zaczęła brzmieć inaczej!
Po tym jak rozstałem się dziewczyną, nie miałem już "obowiązku" utrzymywania jej i mieszkania, w którym nie byłem od prawie roku.
Wróciłem do Polski. Do rodziców. Bezrobotny. Zrobiłem za zaoszczędzone pieniądze kurs na operatora wózka widłowego. Znalazłem pracę w dużej firmie w Kostrzynie. Jednak musiałem się wykłócać z lekarzem medycyny pracy. Nie chciał mnie dopuścić do pracy z powodu tego, że mam aparaty słuchowe. Sam musiałem odszukać i pokazać mu odpowiednie przepisy, że mogę pracować na poziomie ziemii, a zakaz jest tylko dla wózków wysokiego składowania. Dla mnie swoją drogą też nonsens. Nie mam zaburzeń równowagi, tylko niedosłuch na pewnych częstotliwościach, co jest rekompensowane aparatami słuchowymi!
Po jakimś czasie poznałem nową dziewczynę. Była ode mnie o wiele młodsza. Mieszkała daleko. Ponad 300 km. Jeździłem do niej niemal co weekend. Uczyła się jeszcze w tym czasie w szkole średniej.
Zmieniałem pracę jeszcze kilka razy. Jedna firma w Polsce. Kilka w Niemczech. Żadna nie spełniała moich marzeń i była poniżej moich oczekiwań. Na budowę się nie nadawałem i nie był to mój świat.
Zrobiłem kurs spawacza. Znalazłem pracę w mobilnym serwisie kolejowym w Niemczech. Znów praca blisko kolei. Ale bardzo ciężka i męcząca. Pewnego razu wysłali mnie na rutynowe badania lekarskie. Spytałem lekarza czy mając aparaty słuchowe, można pracować w Niemczech jako maszynista... MOŻNA!
Pewnego razu pod koniec roku 2019 zupełnie przypadkiem znajomy ze starej pracy w Kostrzynie, który wiedział, że interesuje się koleją podesłał mi link, w którym stało, że firma z Berlina zajmująca się szkoleniem maszynistów na rynek niemiecki szuka kandydatów na kurs. Co więcej, oddział zagraniczny ma swoją siedzibę w Szczecinie! To było jak uderzenie pioruna! Szybkie podanie, 3 dni przed zakończeniem rekrutacji. Rozmowa przez telefon, gdzie jeszcze łamanym niemieckim, umówiłem się na rozmowę. Przyjęli mnie. Warunek przejście badań lekarskich.
W serwisie było coraz gorzej. Nie chcąc tracić zdrowia i nerwów złożyem wypowiedzenie. Postawiłem wszystko na jedną kartę.
Pojechałem na badania wstępne. Gdy tylko zobaczyli, że mam aparaty słuchowe, nawet nie chcieli przeprowadzić badań. Kubeł zimnej wody i panika: przecież się zwolniłem z pracy! Odnalazłem odpowiednie przepisy, pokazałem lekarzowi prowadzącemu. Pomyślał i powiedział, że jak znajdę lekarza medycyny kolejowej, który przeprowadzi mi badanie suchu według przepisów i będzie pozytywne, będę mógł iść na kurs.
Znalazłem! Przeszedłem badania w tzw. "wolnym polu". Rozpocząłem kurs na maszynistę! Mała grupka 8 osób. Kazachstan, Białoruś, Rosja, Ukraina i ja. Jedyny Polak. Jedyna osoba z UE. Szkolenie trwało ponad rok, a nasza grupa była eksperymentem. O ile koledzy w Niemczech dostawali na ten cel dofinansowanie do kursu z Arbeitsamt, my dostawaliśmy stypendium w wysokości ok 500 zł i mieszkanie. Koledy ze wschodu. Ja nie. Dojeżdzałem do Szczecina z Chojny. Potem nastał czas pandemii. Nasz wykładowca i kierownik szkoły w jednej osobie zginał tragicznie w lutym 2020, w wypadku samochodowym. Przez 3 miesiące siedzieliśmy w domach nie wiedząc - co dalej? Dostaliśmy polecenie, żeby przyjechać do Berlina na kontynuację nauki. Wynajęto nam hotel. Szkolenia modułowe i po każdym module egzamin. Wszystko w języku niemieckim. Czasami zdarzała się poprawka (do trzech razy sztuka). Jednak chyba byliśmy "niewygodni". Eksperymentalna grupa, na którą nie było dofinansowania. Robiono wszystko żeby się nas pozbyć. A to zapomniano poinformować o egzaminie, a to zapominano o stypendium. Udało mi się zdać egzaminy wymagane do uzyskania "prawa jazdy" na lokomotywę. To dopiero połowa sukcesu. Trzeba było jeszcze zrobić i zdać praktykę.
Kilku kolegów w czasie praktyki zatrzymała policja i nakazała opuszczenie Niemiec. Firma nie zatroszczyła się o wizy, a sprawa kart pobytu w Polsce bardzo się przeciągała. Mi skończyły się oszczędności, przez co nie miałem pieniędzy na paliwo, żeby dojeżdżać na praktyki. Kiedy zwróciłem się do biura firmy z pytaniem, czy jest możliwe dofinansowanie chociaż do kosztów paliwa - po 3 tyodniach dostałem wypowiedzenie umowy szkolenia. Zostałem na lodzie. Nawet obiecane załatwienie otrzymania "prawa jazdy", po tym jak zdałem wymagane egzaminy, zostało przez firmę pokpione. Mimo zwodzenia, że tak, że już, że zaraz. Sam napisałem do Niemieckiego Urzędu Kolejowego zapytanie, na jakim etapie jest sprawa mojego prawa kierowania. Nic nie dostali z tej firmy...
Wysłałem ponad 50 CV do firm na terenie całych Niemiec, wyjaśniając sytuację, że potrzebuję zrobić praktyki i zdać egzamin praktyczny. Otrzymałem odpowiedź tylko z dwóch. Jedna z Bawarii, druga z Brandenburgii (Lübbenau) ale w ruchu towarowym.
W tym czasie przeprowadziła się do Szczecina moja dziewczyna. Zamieszkaliśmy razem, a ja rozpocząłem współpracę z firmą z Brandenburgii. Praca na pociągach towarowych, chociaż piękna jest trochę niewdzięczna. Wyjeżdżało się na 7 - 10 dni, wracało na 2 -3 do domu. Ciężko, ale droga do marzeń nie jest gładka...
Żeby było ciekawie: szkoliłem się pracując, prowadząc głównie pociągi dla PKP Cargo. Naszego narodowego przewoźnika. Oczywiście tylko na terenie Niemiec. Trwało to kilka miesięcy. Zbliżał się czas egzaminu państwowego. Ogromne nerwy. Ale udało się! Dzięki serdecznej atmosferze wśród kolegów, dzięki talentowi mojego maszynisty-instruktora, dzięki szansie danej mi przez szefa małej firemki, zostałem maszynistą! Będę im wdzięczny do końca życia.
Zanim samodzielnie usiadłem za sterami lokomotywy, jeździłem z kolegami, którzy dawali mi rady i uczyli niuansów niełatwej sztuki panowania nad kolosami ważącymi po 1600 ton. W czasie mojej pierwszej samodzielnej jazdy (kolega był na lokomotywie, ale w tylnej kabinie i "tak jakby go nie było" - wszystko robiłem sam, on był tylko jako "anioł stróż") stało się coś strasznego... W Osnabrück prowadzony przeze mnie pociąg uderzył młodego chłopaka, siedzącego na krawędzi peronu. 85 km/h, ponad 600 ton, noc, tor na łuku... Nie miałem szans. On też jej nie miał...
Odchorowałem to. Zacząłem samodzielne jazdy. Mimo wszystko nie było to jeszcze to o czym marzyłem, bo moja dziewczyna była sama, w obcym mieście, w czasie pandemii. Źle się z tym czułem. Szukałem innych możliwości.
Dostałem odpowiedź na dawno wysłane podanie od Deutsche Bahn. Praca jako maszynista pociągów regionalnych. Przy granicy z Polską! Trasa Angermünde - Szczecin Główny!
Chociaż paskudnie się z tym czułem, jakbym zdadzał osoby, które mi zaufały i okazały niesamowitą serdeczność - zwolniłem się z pracy na pociągach towarowych i przeszedłem do DB. Skończyłem wymagane szkolenia dodatkowe. Jestem maszynistą pociagów regionalnych i jeżdżę nawet po polskich torach!
Nie mogę być maszynistą we własnej ojczyźnie, ale jako pracownik firmy zagranicznej - nie ma problemu! Mogę jeździć po polskich torach.
Przepisy kolejowe w Polsce nie zmieniły się chyba od czasów parowozów, kiedy nie było radiotelefonów i systemów bezpieczeństwa, a sygnalizacja była oparta na semaforach kształtowych oraz sygnałach gwizdkami i trąbką. Technika poszła do przodu. Kiedy nasi rządzący zrozumieją, że okulary nie służą temu, aby widzieć jak Supermen - tylko żeby widzieć normalnie? Kiedy zrozumieją, że aparaty słuchowe nie służą temu, żeby słyszeć jak Daredevil - tylko po to żeby słyszeć normalnie? W Berlinie pracuje mój kolega. Stracił nogę w wypadku. DB kupiła mu protezę. Chłopak jest maszynistą! U nas byłby osobą z "ciężkim" orzeczeniem o niepełnosprawności!
Miałem duże trudności w znalezieniu pracy na wózkach widłowych. Nawet na spawacza nie chciano mi podpisać badań - bo niby trzeba dobrze słyszeć. Nie chciano mi podpisać badań kiedy chciałem zacząć studia na kierunku: bezpieczeństwo w ruchu drogowym i kolejowym - trzeba dobrze słyszeć. Mam w Polsce orzeczenie o lekkim stopniu niepełnosprawności. Robi to problemy z potencjalnym znalezieniem pracy. Bo albo szukają osób zdrowych albo z większymi stopniami niepełnosprawności - bo przecież pieniążki... Można latać w kosmos z okularami, ale nie można prowadzić pociągu.
W Polsce nie mogę pracować jako maszynista. Czy rozpaczam z tego powodu? Nie. Nie mam powodów. Szczególnie tych natury finansowej. Ale mam żal do mojego kraju. Czuję się trochę jak "Untermensch" we własnej ojczyźnie. Żałuję tylko, że nie zacząłem wcześniej.
Jestem uparty. Dążę do szczęścia. Mam plany na przyszłość: domek, motocykl, kolejka w ogrodzie, drezyny. Może licencja pilota turystycznego?


To jak bojownicy? Pomożecie?

Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
Gdyby ktoś był zainteresowany to streszczenie:
1. Facet chciał być maszynistą, ale ma istotną wadę słuchu, co w Polsce go dyskwalifikuje z tego zawodu
2. Dostał aparaty słuchowe
3. Został maszynistą w Niemczech

Krzychpl
Krzychpl - Superbojownik · 3 miesiące temu
@LordKaftan 3. de facto po części w Niemczech, po część w Polsce, gdzie jeździ na niemieckich papierach i gdzie odbył znaczącą część szkolenia

--
Kłamstwo obiegnie cały świat, zanim prawda zdąży włożyć buty. Terry Pratchett - Prawda

Hej, a może by tak wstawić swoje zdjęcie? To łatwe proste i szybkie. Poczujesz się bardziej jak u siebie.
@Krzychpl został maszynistą=zrobił uprawnienia
Taki skrót myślowy ;)

Szamano
Szamano - Superbojownik · 3 miesiące temu
Pierwszy raz widzę, żeby ktoś pracując dla DB dalej szukał pracy w skansenie.

--
"Czujesz to? To beton, synku. Nic na świecie tak nie pachnie."

poradnia
poradnia - Dziunia gównoburzanka · 3 miesiące temu
@KvCh Ja tu widzę potencjał nie tyle na artykuł, co na serial dla Netflixa. Co prawda do problemów zdrowotnych, Netflix dorzuciłby kilka dodatkowych niuansów natury typowej dla swoich produkcji, ale temat jest.

A teraz poważniej. Wielką trzeba mieć wolę, żeby w tym niepełnosprawnym pod wieloma względami Świecie, borykając się w zasadzie z umowną niedoskonałością, przebić się przez betonowe, co ja piszę! Przez żelbetonowe artefakty minionych epok.

W czasach, kiedy zdrowi młodzi ludzie rozwalają sobie delikatne noski na często wyimaginowanych przeszkodach, będących jednocześnie nader często wytworem nie tyle ich nadwrażliwości, co produktami cwaniaków od zarabiania na ideologiach i modach, inni młodzi ludzie z klarowną wizją siebie muszą się napierdalać ze zidiociałymi systemami, wymyślonymi z powodów każdych, byle nie tych pragmatycznych i realnie pożytecznych człowiekowi.

Jesteś Krzysztof przekozak, a historia, którą opisałeś warta jest nie jednego, lecz całego cyklu artykułów i reportaży. Na forumku jest sporo cichociemnych "nygusów" ze sporymi możliwościami publicystycznymi i publikatorskimi. Trzymam kciuki
Ostatnio edytowany: 2022-10-25 17:09:52

Jez_z_lasu
Podpisuję się pod @poradnia

Tak jak feniks - wróg stagnacji, śmierci i powrotu do starych tradycji
https://marvel.fandom.com/wiki/Phoenix_Force_(Earth-616)

--
Dying has never frightened me. But there are few things I fear.

Krzychpl
Krzychpl - Superbojownik · 3 miesiące temu
@LordKaftan kto drogi prostuje, ten w polu nocuje
a kolega/bojownik to miał tę drogę dość krętą, za to osiągnął to czego pragnął

--
Kłamstwo obiegnie cały świat, zanim prawda zdąży włożyć buty. Terry Pratchett - Prawda

Cieciu
Cieciu - Bułgarski Łącznik · 3 miesiące temu
:kvch, radziłbym skontaktować się gościem od książki "Opóźnienie może ulec zmianie" (btw, świetna książka). Facet przetarł, nomen omen, szlak opisania nam drogi maszynisty od "chciałbym" do "prowadzę pociągi". Być może wskaże Ci kontakt, albo przynajmniej zasugeruje do kogo uderzyć. Tak czy siak, powodzenia

--
"A poza tym sądzę, że należy ***** ***" Kato Starszy Folklor, legendy i historia Bułgarii. Po mojemu.
Forum > Hyde Park V > Szukam dziennikarza chętnego do zrobienia reportażu...
Aby pisać na forum zaloguj się lub zarejestruj