< > wszystkie blogi

Meteora blog bojowniczy

Potwornie meteorowy blog

Diabelski wschód Słońca w bieli

20 stycznia 2017

Diabelski wschód Słońca w bieli,

czyli marzenia trzeba realizować choćby nie wiem, jak były szalone!


Przedstawiam wam opis tej fantastycznej wyprawy która zapoczątkowała coroczną tradycję zimowej przygody na Królowej Beskidów a odbyła się dniach 16/17.II.2013.



W piątkowy wieczór kiedy przy piwku w Starym Porcie
omawialiśmy ostatnie szczegóły i okazało się, że jedziemy w trójkę,
Piotr333krak rzekł znamienne słowa: "ta wycieczka będzie epicka". Jakże
one okazały się prawdziwe.... ;-)

Sobotni poranek - na termometrze w Krakowie ... +4 stopnie...

Bus do Zawoji Policzne, obok nas siadają dwie dziewczyny z 3 letnim
chłopczykiem - okazuje się, że też jada do Zawoji i idą... na Markowe
Szczawiny na kurs.. lawinowy. Czyli już mamy spokój wewnętrzny, iż w
razie czego będzie miał kto nas szukać pod zwałami śniegu, a wiadomo, że nie ma to jak rzucenie na głęboką wodę i szukanie żywych zwłok pod
lawiną. 3 letni Staś - turysta jak się patrzy - 8 tygodni i pierwsza
wyprawa w Tatry - jednym słowem chcieć to móc!

Kierowca bombow... wróć, busa zapytany czy przypadkiem na Krowiarki
nic nie jedzie, mówi, że nie. Ale za jakąś chwilkę zagaja, że skoro
wybieramy się we trzech to... za 30 zeta nas podwiezie :). Szybka
wymiana zdań z dziewczynami czy wolą iść z Zawoji do schroniska czy
Górnym Płajem od Przełęczy Lipnickiej - i już jedziemy w piątkę. Jeszcze jeden chłopaczek też wyraził żywą chęć jechania na Krowiarki, więc jedziemy w szóstkę - jednym słowem - zacznij o czymś myśleć, a sytuacja sama się tak wyklaruje aby Ci to umożliwić! Przy takiej liczbie chętnych cena co prawda "skoczyła" do 40 zeta, ale luzik - 7 zł na łepka - jest git ;-)

Krowiarki - no to zaczynamy marsz! Wpierw chwila dla fotoreporterów,



Potem małe co nieco na ząb i ubrawszy sprzęt ruszamy ku Babiej Górze!


Mijani ludzie rozwiewają nasze nadzieje na jakieś widoki na górze: "Panie chmury siedzą, że mało co widać..."




Idziemy powoli, gdyż z racji mojego nie w pełni sprawnego kolana oraz
naddatku czasowego po prostu nie mamy się co spieszyć. 1:20 h i jesteśmy
na Sokolicy.



Czwórka z Rabki siedząca i racząca się Wiśnióweczką tylko zapowiadała to
co nas będzie czekać wieczorkiem, a co chłodziło się w plecaku Michała
;-)





Godzinkę później - Kępa (1521 m n.p.m.), przed nią w końcu ubrałem raki,
choć i tak chłopaki na rakietach szybko odskakiwali do przodu.



Gówniak (1617 m n.p.m.) to następne ok. 40 minut marszu.



Gówniak znany też jest pod nazwą Wołowe Skałki, która to nazwa pochodzi stąd, że dawniej wypasano tu woły, natomiast nazwa obecna pochodzi od ich odchodów. Często też można usłyszeć wersję, iż nazwa związana jest z tym, iż wychodząc na ten szczyt po prostu... gówno widać...

Szło się bardzo dobrze, ścieżka wydeptana bez żadnych problemów (stąd też moja zachęta na nocne wejście na wschód Słońca...).



Za Gówniakiem jakieś 20 minut marszu i... Słońce!!!





Co prawda na razie nieśmiało, ale zaczęło się przebijać przez chmury!! Czyżby pogoda nam miała rzeczywiście sprzyjać???
Z tą coraz bardziej materializującą się nadzieją, dotarliśmy na szczyt Królowej Beskidów!





Na szczycie Babiej Góry nie dość, że coraz bardziej pojawiało się
Słonko, to i od północy zaczęło się przebijać niebieskie jak jasny
atrament niebo!!!



Mając niebo i Słońce, zdjęcia już zaczęły wychodzić barrrdzo fajne ;-) A
że szło trzech zapalonych foto-amatorów nie trzeba tłumaczyć jak
wyglądało pierwsze kilkanaście minut na szczycie i czym byliśmy zajęci
;-)













Po obfoceniu wszystkiego dookoła trzeba było podjąć decyzję - gdzie
śpimy. Jako, że jak na szczyt Diablaka wiatr był praktycznie
nieodczuwalny (a to rzadka rzadkość wszak) była opcja wykopania jamy i
spania w tejże. Jednak postanowiliśmy zejść do bacówki po słowackiej
stronie przy żółtym słowackim szlaku aby ją obadać. Po drodze minęliśmy
czwórkę (2+2) ludzi kopiących dość dużą i szeroką jamę dwiema saperkami
(jak się później okazało pod... namiot), 5-6 minut marszu i oczom naszym
ukazał się bardzo ciekawy rzekłbym widok... Bacówka stała owszem...


...sobie pięknie ośnieżona i skrząca się w promieniach Słońca, ale wejście do niej... hmmm...



No w sumie było - u samej góry była kilkudziesięciocentymetrowa szpara w
śniegowej zaspie :-D. Wszedłem obadać teren i.... zwycięstwo!!!



Ta wielka tama ze śniegu miała tylko jakieś 30 centymetrów, potem dość
ostro spadała w dół, więc druga cześć schronu była jak najbardziej do
zagospodarowania! A więc saperka w ruch i kopiemy... schody wejściowe
:-D. Po zamelinowaniu się w środku pierwsze w ruch poszedł palnik - trza
wszak zjeść jakiś obiadek (znaczy się chińczyk razy "czy") ;-)



Po obiadkach, herbatkach - widząc coraz piękniejsze rozgwieżdżone
niebo znów w ruch poszły aparaty, tym razem już ze statywami ;-)



Potem urodzinowa wisnióweczka Michała (świętować urodziny na Diablaku
- świetna sprawa!) i poszliśmy spać w świetnych humorach. Miejsca
między ławeczkami starczyło w sam raz na trzy osoby więc spokojnie się
pomieściliśmy. Ja oczywiście nie mogłem na takiej (wymarzonej wszak)
wyprawie nie raczyć się chociaż jednym Desperadosikiem 8-) ).



Budzik został nastawiony na 5:40, ale wywlekliśmy się z "gniazda" o 6-ej.



Wyjście schodami na górę wiaty i.... szczęki zbieraliśmy gdzieś z brzegów jeziora Orawskiego - przed nami był CUDOWNY WIDOK zapierający dech w
piersiach!!! Morze a w zasadzie ocean mgieł pod naszymi nogami... gdzie
okiem sięgnąć!!! Z tego oceanu bieli wyłaniały się Tatry, Wielki Chocz,
Mała Fatra i Pilsko!!! Widok boski, a co najważniejsze na niebie
praktycznie ANI JEDNEJ chmurki!!! Znaczy się wschód Słońca w takich
okolicznościach będzie BOSKI, ZJAWISKOWY, CUDOWNY, FANTASTYCZNY ect. ;-)
I tak też rzeczywiście było!!!





Na szczycie było ok. 20 osób (drugi namiot się pojawił jeszcze) które
z rodziawionymi buziami niedowierzającymi, że jest tak cudownie i
pięknie, oglądało cudny spektakl wschodu Słońca ;-). Tu oszczędzę Wam
opisu - zdjęcia oddają o wiele lepiej i trafniej to co widzieliśmy!!!
Wystarczy, że napiszę iż ocean (nie morze ale właśnie ocean!) chmur był
na wysokości ok. 1300 m n.p.m.



Temperatura była ok. - 10 stopni, więc nie było źle. Po zrobieniu
setek zdjęć przez Michała i Piotra (mój aparat.... odmówił posłuszeństwa
wieczorem, co nie powiem mnie trochę zdołowało...) oraz sporej ilości
czasu wróciliśmy do naszej bazy wypadowej. Ale mając taką piękną pogodę i
wspaniałe widoki nikt nie myślał o powrocie do śpiworów.



Ale że Strzelce to takie uparte istoty (znaczy się ja) próbowałem
naprawić migawkę, która co prawda do połowy działała, łapała ostrość,
ale... ni hu.. hu.. dalej... W końcu lekkie ogrzanie aparatu i kolejne wyjęcie
oraz ponowne włożenia baterii i... JEST - DZIAŁA!!!



Więc plan natychmiast powstał następujący - ja zapierniczam na szczyt
porobić zdjęcia, chłopaki "ścinają" szczyt, aby się na niego znów nie
wdrapywać. Czas operacyjny który mi został przydzielony (czyli 7,5
minuty) znacznie oczywiście przekroczyłem, ale... warto było ;-) )

Mała Fatra


Tatry


Lodowe rzeźby na Diablaku


Rzeźb ciąg dalszy i nie tylko


Daszek naszej wiaty nad oceanem chmur


Gęsta wspaniała pierzynka była wszedzie!






Możliwość robienia zdjęć gdy jest taki GENIALNY widok, ocean chmur i
pięknie świecące Słońce - czysty orgazm fotograficzny ;-) Było ok. godz.
9-ej, chmury zdążyły podejść już na ok. 1500 m n.p.m., więc Cyl już był
prawie cały zakryty, ale Pilsko i reszta dalej pięknie wystawała z tej
białej kipieli!













W końcu trzeba było zacząć schodzić w dół, pożegnać się z pięknymi
widokami i naszą Królową, ale.. to nie koniec atrakcji jakie moja ukochana Babia Góra
nam przygotowała tego dnia! W pewnym momencie schodząc w dół
zauważyliśmy... WIDMO BROCKENU!!! Dla mnie było to pierwsze widmo w moim
życiu i jakże cudowne, bo spotkane czy też uwidziane na mojej
najukochańszej górze !!! ;-)





Po obfoceniu widma, co zajęło nam kilka minutek, idąc dalej w dół
mogliśmy oficjalnie powiedzieć "Do widzenia"... Słońcu, którego już
rzeczywiście tego dnia nie zobaczyliśmy.



Schodząc w dół w kierunku Brony mijaliśmy kursantów z kursu
lawinowego, co też było dość ciekawe bo szli... powiązani liną. Jedna
Pani mijana na szlaku, koło 50-ki, też zapalona "Diablaczka"
(przynajmniej 4-5 razy jest na Babiej w zimie!) na wieść o Widmie
stwierdziła, że ona już ma chyba trzecie albo czwarte swoje wcielenie,
bo tyle ich już widziała (a wieść gminna (czy też górska) niesie, że po
zobaczeniu widma - osoba je widząca zginie w górach - "odczarować" to może
uwidzenie trzeciego widma!), jak zdecydowana większość spotkanych na
Diablaku osób po prostu bardzo pozytywna osoba ;-).



Zejście czerwonym szlakiem z Brony do
"hotelu" schroniska (w zeszłym roku po rozmowie z przesympatycznymi siostrami prowadzącymi schronisko na Markowych Szczawinach poprawiłem swoje wcześniejsze błędne odbieranie tej budowli - krótko mówiąc to PTTK jest odpowiedzialny za tą... ekhem... "architekturę" w miejscu bardzo klimatycznego wcześniejszego schroniska) na Markowych
Szcawinach było... szyyybkie :-D Rynna zrobiona na większej długości
szlaku przez wcześniej idące (znaczy się zjeżdżające) tędy osoby
sprawiła, że nawet nie myśleliśmy o innej metodzie pokonania tej trasy
niż... jazda na swoich czterech literach (następnym razem koniecznie
trzeba wziąć "jabłuszka" ;-))


W ten sposób złamaliśmy w dość prosty sposób owe sławetne 15 minut z Brony w dół ;-)


"Hotel" Schronisko na Markowych Szczawinach zaskoczył nas pozytywnie... darmowym
wrzątkiem (niestety rzadkość w schroniskach). A więc kolejne japoń...
wróć, chińczyki, lekka przebierka i w dół do Zawoji. Bus do Krakowa
nadjechał zaledwie po minucie od dojścia na przystanek - tak co byśmy
nie myśleli, że tego dnia coś może iść nie po naszej myśli ;-)


Generalnie reasumując tę wyprawę - była to moja najcudowniejsza
wycieczka w góry a zarazem na Babią Górę odkąd chodzę sam, czyli od
jakichś 20 lat! 8-)


Co ważne Diablak w zimie jest... łatwiejszy niż latem, gdyż:
kosodrzewiny niet, francowatych schodów toże niet. Choć wiadomo jak to w
górach zdrowy rozsądek jest obowiązkowy!!!

Wysmażyła się też prezentacja z wyprawy (a w niej m. in. rakietujący
Michał z Piotrem ;-) ), która pokazuje jeszcze lepiej niż słowa jak
cudowna była to wyprawa!


Prezentacja z tej cudownej wycieczki:

Diabelski wschód Słońca w bieli

Gorące podziękowania jeszcze raz dla Michała i Piotra za towarzystwo i
za uczestnictwo w eskapadzie i zawierzenie moim zapewnieniom, że pogoda
na wschód Słońca zamówiona na Diablaku jest i będzie piknie. Także
wielkie podziękowania dla tych którzy użyczyli sprzętu (Raffee,
Humanitas, Catka) bez którego byłoby na pewno ciężej i zimniej:


  • saperka - spisała się perfekcyjnie - wykopywanie (wyrąbywanie)
    schodów wejściowych o ponad dwu metrowej wysokości do wiaty - epickie
    ;-)
  • raki - przydatne w pierwszy dzień, mimo iż miałem je na nogach pierwszy raz w życiu, od razu odczułem ich pomocną moc,
  • inne sprzęty z których jedynie (na szczęście) GPS nie był nam potrzebny ;-)

Jeśli spodoba wam się taka forma artykułu/fotorelacji będą i następne.

Jeśli ktoś z bojowników czy też bojowniczek chciałby do nas dołączyć - zapraszam :)

W tym roku idziemy już piąty raz, i co wyjątkowe znów idzie nasza trójka, która była właśnie pięć lat temu razem, wbrew niemal wszystkiemu i wszystkim na swojej wyprawie życia! ;)

Do zobaczenia już w lutym na kolejnym już piątym "Diabelskim wschodzie Słońca w bieli" ;-)

Z diabelsko-górskim pozdrowieniem - Meteor ;)
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi