<< >> wszystkie blogi

Skiosku&Pokiosku

bo rzeczywistość jest bardziej od fikcji, nawet ta pokioskowa

Strażnik miejski

2015-04-10 23:27:00 · Skomentuj
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Co dla pana?
- Zaraz... Tu mi kolega dał, tu jest 24 zł.
Podaje kupon, który przepuszczam przez maszynkę. Nic.
- Brak wygranej. Musiał się kolega pomylić.
- Proszę puścić jeszcze raz.
Z początku mnie to dziwiło, potem przywykłam: ludziom się wydaje, że za drugim, trzecim, a w przypadku bardziej upartych za czwartym razem lottomat zmieni zdanie i wypłaci spodziewaną wygraną. Dlatego bez komentarzy wrzucam raz jeszcze. Nic. Zdziwienie na twarzy umundurowanej jednostki płci męskiej nakazuje mi czynność powtórzyć. A co! Może na świecie jest magia i są zaczarowane lottomaty, które mają możliwość zmieniania zdania, a ja mam okazję pracować przy jednym z nich? Nadal nic. Zwyczajne "plum" - jak mawia jeden stały klient ("Proszę mi zrobić plum, żeby się stara znowu czepiała, że przegrałem").
Strażnik łapie za telefon i dzwoni.
- Kurak, tu mi pani mówi, żeś nie wygrał.
- ...
- No, trzy razy sprawdzała.
- ...
- Pani puści jeszcze dwa razy, ja przyłożę telefon, żeby kolega usłyszał. - I pcha mi się za ladę, telefon przykłada do ekranu, no to wrzucam jeszcze raz i już czuję, że nie dam rady skutecznie zamaskować swojego ubawienia. Na szczęście Strażnik albo nie jest rozgarnięty, albo jest raczej kiepskim obserwatorem cudzych emocji, bo nie zwraca uwagi na mój uśmieszek.
- Kurak, no i co teraz?
- ...
- Acha, dobra. No, to cześć. Kolega by chciał, żeby powtórzyć te same liczby na następne losowanie.
- Nie ma sprawy - mówię, wciskam "zagraj ponownie" i podaję kupon Strażnikowi. Wychodzi zza lady, grzecznie płaci i nagle doznaje olśnienia:
- On wiedział, że nie wygrał! Musiał wiedzieć! Tylko że ja bym mu nie poszedł nadać, ale jak obiecał, że postawi piwo, jak mu zaniosę wygranego lotka do wypłacenia, to... To on mnie oszukał, cwany Kurak!
A tak narzekają, że Straż Miejska to głupia jest, a tu proszę, Sherlock Holmes w czarnym wdzianku prędko rozgryzł kolegę.

Małolata i Dres

2015-04-10 23:01:00 · 1 komentarz
Niepełnoletnim nie wolno grać w totka. Ba, zdrapki nie mogą sobie kupić. Straszono mnie prowokacjami, jakie robi się kolektorom, żeby później nałożyć karę za sprzedaż niepełnoletniemu, oby tylko 200 zł, nie więcej. Dzieciaki czasem kombinują, chyba dla samego sportu. Jestem ostrożna i nieugięta.

Tenisówki, getry z szatańskim kotkiem i pryszczata twarzyczka, całkiem sympatyczna. Gimnazjum, może pierwsza liceum - zgaduję. Na pewno mieszka niedaleko, bo raczej nie chodziłaby w takich getrach i przydeptanych butach.
- Poproszę dużego lotka za 4 zł.
- Najpierw chciałabym zobaczyć dowód osobisty.
- A... do tego trzeba być pełnoletnim?
- Tak.
- To przepraszam, to nie wiedziałam. To... do widzenia.
- Do widzenia.
Wyszła, stoi przed kioskiem, dzwoni do kogoś. Kończy rozmawiać przez telefon i zaczyna się rozglądać. Zatrzymuje przechodnia, starszego mężczyznę, coś mu tłumaczy, ten kręci przecząco głową i odchodzi. Historia powtórzy się jeszcze cztery razy i dopiero za czwartym razem propozycja dziewczyny nie spotka się z odmową.
Po chwili do kiosku wchodzi Małolata w towarzystwie Dresa.
- Dużego lotka z plusem, proszsz... - mówi Dres i kładzie 10 zł.
- Cztery złote - mówię, drukuję i podaję Dresowi. Wszystko zgodnie z prawem. Dres oddaje kupon Małolacie, a resztę pieniędzy zwyczajnie chowa do kieszeni.
- Ale to moje!
- Za usługę się należy.
- Niech pan odda!
- Lekcja kosztuje.
- Jaka lekcja?!
- Lekcja życia! Nigdy nie ufaj obcym!
I wyszedł. Została Małolata, trochę pochlipała i wolnym krokiem wyszła z kuponem w dłoni.
Sama nie wiem, skurwysyn czy nauczyciel. Kim się okazał, decyzję podejmie Małolata.

Przedwielkanocni

2015-04-02 21:50:00 · 4 komentarze
Stały totolotkowicz, bierze Kaskadę, za cholerę nie pamiętam dwie czy trzy. Kończę rozmawiać przez telefon, więc na palcach pokazuję: trzy czy dwa kupony? Obruszony pokazuje dwa. Odkładam telefon.
- Kurczę, nie zapamiętałam, spróbuję na przyszłość...
- Pani nic, tylko próbuje! Już któryś raz!
- No, próbuję. A co złego w próbowaniu?
- Pani - charakterystyczne machnięcie ręką, po czym facet nachyla się i kończy konspiracyjnym szeptem. - Gdybym ja chciał próbować, to bym się ze trzy razy musiał żenić!

- Ma pani farbki do jajec?
- Nie, nie mam chemii.
- Toż to nie chemia, tylko farbki, co pani!
- Nooo, z tego co wiem, to naturalnie zafarbować można tylko jakimś zielskiem, cebulą, a to co pani chce kupić, to chemia.
- Przecież jakby to była chemia, to by tym jajec nie można było pomalować, by nie dopuścili! Ludzie to jedzą!
- Skorupki jedzą?
- Eeee, pani taka durnowata.
- To powtórzę: farbek do jajek nie mam.
- I nie można było tak od razu?! Ja tu nogi wystajam... Do widzenia.
I trzask drzwiami. Jak na babuleńkę miała krzepę, jak choćby gimnazjalista.

- Kartki świąteczne, sześć sztuk proszę. I znaczki.
- Znaczki już panu daję, a kartki Pan wybierze, są na stojaczku.
- Pierdolę stojaczki, pani da byle jakie, to dla koleżanek żony.
- Uuuu! Nieładnie tak. A czym panu podpadły?
- Stare małpy, babę mi do Rodziny Radia Maryja wciągnęły!
Cisza.
- To ja może podam te kartki...

Dziadki

2015-03-27 10:48:00 · 4 komentarze
Pierwszy dziadek wszedł do kiosku bardzo wolno, bo wsparty o dwie laski. Kiedy zamknął w końcu drzwi, głośno obwieścił:
- Przyszłem po świerszczyki dla dużych chłopców!
Puścił oko i obleśnie się uśmiechnął. Wskazałam mu dwie półeczki.
- Ale ja nie chcę filmów. Takie bez filmów, proszę.
- Będą tu, na końcu po lewej.
Dziadek odstawił obie laski i balansując sięgnął po wszystkie trzy. I zaczął je wyciągać z folii.
- Proszę pana, proszę nie wyciągać gazet z folii, bo mi później zwrotu nie przyjmą w Kolporterze.
- Co?! Ty... (tu Dziadek popłynął nie tyle wulgarnie, co z ułańską fantazją łącząc w jednej obeldze Żydów, masonów, komunistów, pederastów i moją skromną osobę. Nie przytoczę, nie potrafiłam zapamiętać. Dość, że stałam z otwartą buzią). Skąd ja mam wiedzieć, co jest w środku?!
- Jak to co? - odezwał się inny klient. - Gołe baby. Bierz pan i spierdalaj.
Dziadek, zaskoczony obcesowością i bezpośredniością odpowiedzi zapłacił za te rozpakowane, i z gazetami pod pachą, wsparty o laski, wykuśtykał.

Drugi dziadek przeszedł od razu do sprawy:
- Bo ja, proszę pani, zbieram różne wydawnictwa, w których się pokazują medaliki. I się dowiedziałem, że w Fakcie jest teraz taki krzyżyk świętego Franciszka. Ma go pani jeszcze?
- Owszem, mam.
Dziadek ubrał okulary, długo się krzyżykowi przyglądał i komentował, że święty Franciszek to ze zwierzętami rozmawiał, święta Klara to świętą została, bo to jego na nią wpływ itp. Zapłacił, pożegnał się mówiąc "Szczęść Boże". Kiedy wychodził, dostał drzwiami od młodego chłopaka, na co zareagował:
- Jak leziesz, chuju!

Masturbanci i złodziej

2015-03-19 23:43:00 · 3 komentarze
Gazety giną. Nie często, jedna, dwie w miesiącu. Specyficzne takie, bo ślizgacze. I to te tańsze, bo bez płyt. Znaczy mamy konesera o raczej skromnych potrzebach. Drogą eliminacji odrzuciłam tych oto stałych klientów:
1. Głowa rodziny, ojciec trzech córek w wieku 5-10-15. Przychodzi co niedziela po Nasz Dziennik i przy okazji zagląda na najwyższą półkę. Kiedy do kiosku wchodzi inny klient, szybko odkłada gazetkę i z udawanym zainteresowaniem wertuje czasopisma motoryzacyjne wyłożone półkę niżej. Już sama taka akcja przyprawia go o drżenie rąk, nie sądzę, by potrafił coś ukraść bez ataku serca.
2. Psychol. Jest wielki, sapie, nosi spodnie na szelkach zaciągnięte wysoko za pępek. Ogląda okładki. Kiedy zbytnio się podnieci, zaczyna głośno, bardzo głośno liczyć do 30, łapie się za krocze i wychodzi. Nigdy niczego nie kupił i nie sądzę, by były mu potrzebne inne podniety poza samymi okładkami.
3. Dziadek i Babcia. Bliżej siedemdziesiątki, sympatyczni, dyskutują, dopytują i bez skrępowania kupują, pod warunkiem, że do gazety dołączona jest płyta. Po co mieliby kraść?
4. Badylarz. Typ wredny i rozwiedziony. Kiedyś przyniósł ślizgacza do reklamacji, bo na okładce był dziewczyna, której zdjęć nie znalazł w środku. Ten to ma cały rytuał wybierania: zakłada okulary i wertuje tytuły, głośno komentuje, nierzadko prosi o pomoc w wyborze przypadkowych ludzi, często wprawiając ich tym w zakłopotanie. Na pewno by nie ukradł.
5. Młody. Ma te osiemnaście lat, ale do półki ze ślizgaczami musi stawać na paluszkach. Czemu się papierowymi lalkami interesuje, Bóg raczy wiedzieć. Może się kreuje na oldschool? Przypuszczam, że gdyby chciał coś zawinąć, zwaliłby sobie półkę na łeb.

Więcej stałych klientów, amatorów golizny nie mam. Tak myślałam.
Stoję przy lottomacie, bo kumulacja, ludzi dużo. Wchodzi elegancik w garniturze, z walizką, przylizany i podchodzi do górnej półeczki. Uśmiecha się do mnie, więc skinęłam głową i wróciłam wzrokiem do lotka - co się będę facetowi przyglądać, jak miłości w życiu szuka? Nagle zamieszanie, coś mu wypadło z rąk, za dużo tego wziął, a że gazetki w foliach, ślizgają się, kolejne spadają na ziemię. Facet próbuje szybko je zebrać, upycha na półkę. Ludzie udają, że nie patrzą, niektórzy naprawdę nie patrzą, zgorszeni czy zawstydzeni - nie wiem. Gość żegna się i prędko wychodzi. I wtedy odezwał się z kolejki menel, śmierdzący taki, brudny i bezzębny w te słowa:
- Pani zapamięta tego pana.
- Dlaczego?
- Bo on pani regularnie gazety zajebuje.

Wróżka

2015-03-12 21:47:00 · Skomentuj
Na oko ma jakieś cztery lata. Braki w uzębieniu dodają uroku jej uśmiechowi spod różowej czapki. Przyszła z mamą. Mama kupiła program telewizyjny i jakieś celebryckie ścierwo. Przy kasie Wróżka do mamy:
- Kup mi zdlapkę za złotówkę.
- A są takie?
- Są. Tata mi tu kiedyś kupił.
- No dobrze. Poproszę zdrapkę za złotówkę. A wiesz jaką? - pyta matka przyglądając się obrazkom zdrapek.
- Wiem, taką z selduskiem.
Podaję Wróżce, niech losuje. Mama w tym czasie płaci. A mała komentuje:
- Telaz wyglam.
Drapie i z satysfakcją podaje mamie. Jest złotówka. Mama podaje mi, a Wróżka prosi:
- Jeszcze jedną, to wyglam.
Podaję, losuje wywalając język. Drapie. Kolejna złotówka. Mama z rozbawieniem podaje mi los. Wróżka prosi o jeszcze jedną. Podaję, język na brodzie, chwila zastanowienia, ciągnie i mówi:
- Telaz nie wyglam, ale jak mi kupisz jeszcze jedną, to wyglam więcej.
I drapie. Na zdrapce brak wygranej. Mama się nie uśmiecha, mimo to kupuje kolejną i podaje córce. Wróżka drapie i jest... cztery złote. Mama pochyla się nad dzieckiem i pyta:
- Kochanie, a może podyktujesz mamusi sześć numerków?
Mała nie słucha, łapie za klamkę i mówiąc głośne, przedszkolackie "Do wi-dze-nia!" wychodzi.

Bezdomny

2015-03-10 22:14:00 · Skomentuj
Kiedyś był podobno szyszką na miejskim świeczniku, czy jakoś tak... Dziś ma ponad 70 lat i domek na działce. Bezdomnym został zaraz po tym, jak sąd przyznał mieszkanie jego żonie. Było lato, postanowił uczcić rozwód imprezą na działce. Troszkę mu się ta impreza przeciągnęła i na działce mieszka od tamtej pory, czyli ładnych kilkadziesiąt lat. Na zimę zawija do Schroniska dla Bezdomnych prowadzonego przez Braci Albertynów. Tej zimy został na działce, bo było mu ciepło. Więc śmierdzi.
Myję podłogę przy otwartych drzwiach i czuję smród. Wychodzę na zewnątrz w poszukiwaniu zwyczajnej psiej kupy gdzieś za progiem, ale ku memu zdziwieniu źródło zapachu weszło do kiosku. Drzwi nie zamykam.
- Małego lotka bym nadał, zaraz mi pani da, tylko skreślę.
- Mhm - jedynie na taki przekaz werbalny mnie stać. W ogóle stoję dalej, niż metr od niego i organizm się broni, jak przed utonięciem: jestem na wdechu, taki odruch.
I nagle Bezdomny znika. Pod ladą znika. Zerkam zaniepokojona, tam spożywka jest, za szybą, ale umiejętnie da się wyciągnąć kilka chińskich zupek czy Kubusia Playa. Jest. Zaraz obok stoi kosz, do którego gracze wyrzucają nieważne kupony, niepotrzebne blankiety czy puste zdrapki. Bezdomny grzebie w tym koszu.
- Czego pan tam szuka?
- Liczb!
- Słucham?
- Liczb szukam, co je ludzie poskreślali. Przepiszę sobie. Na swoim się nie wzbogaciłem, to może kto inny mi przyniesie szczęście.
Przepisał, nadał, wysłałam, poszedł. Smród został. Naprawdę gorąco życzę mu tego szczęścia.

Rogacz

2015-03-03 13:56:00 · 3 komentarze
- Tata, ja chcę te cukierki!
- Które?
- Te o! - wskazuje palcem na prezerwatywy.
- To nie są cukierki.
- Jak nie są?! Mama takie ma!
- Mama? Gdzie?
- W torebce, jak szukałam chusteczek to znalazłam. I mi nie chciała dać!
- Takie? Na pewno?
- Tak. Takie z panią. Kupisz mi?
- Takich ci nie kupię. Wybierz inne.
Unikałam jego wzroku tak długo, jak się dało. Kiedy płacił, trzęsły mu się ręce, twarz miał czerwoną, a zęby zaciśnięte. Córeczka wyszła niezadowolona z paczką mentosów, przekonana, że "te z panią" na pewno są smaczniejsze.

Mamusie

2015-02-22 21:37:00 · 2 komentarze
Jako że praca w kiosku jest moim zajęciem dodatkowym, pracuję tam między 16.00 a 20.00. Pracuję też co drugi weekend przez cały dzień. Niektórzy stali klienci zdążyli się przyzwyczaić do tego rytmu.
W tę sobotę, gdzieś koło południa odwiedziła mnie matka trojaczków, jedna ze stałych klientek. Dwie dziewczynki i chłopiec mają prawie dwa latka i niespożyte pokłady energii oraz dorównującą im ciekawość, której towarzyszy niezwykła wręcz pomysłowość. Ojciec wesołej gromadki zarabia na pieluchy za granicą, więc mama zdana jest na siebie (o bliższej lub dalszej rodzinie jak dotąd nie słyszałam). Zamotana weszła z podwójnym wózkiem (i dwojgiem pasażerów) oraz jednym z trójki na ręku, zaparkowała, postawiła malucha na podłodze i powiedziała:
- Dobry wieczór.
- Dzień dobry. Czemu pani tak...
- O matko! Pani zawsze wieczorami, no to pewnie wieczór, myślę, a jeszcze obiadu nie było!
Pośmiałyśmy się z tego i czas naszej pogawędki wystarczył, by jedno z dzieci zdążyło rozpakować i zaczęło wchłaniać gumkę z ołówka.

Wdowa, matka nastoletniego jedynaka. Zachodzi z synem do kiosku wracając z cmentarza co niedziela. Ma dziwny sposób mówienia do swego dziecka, czego nie da się nie zauważyć.
- Czy kupię u pani długopis?
- Tak. Niebieski czy czarny?
- Czarny poproszę.
I zwracając się do chłopaka:
- Widziś? I tejaś mamusia będzie mogła jobić pisiu-pisiu!

Staruszek z zapałkami

2015-02-18 11:34:00 · 1 komentarz
Śmierdzi, ale nie alkoholem, nie tytoniem, tylko brudem, potem, moczem, bo ja wiem, czym jeszcze? Wygląda jak żul, kumpluje się z żulami, ale nie pije. Fenomen. Ma stare ubrania, które kiedyś musiały być drogie. Nosi długie włosy i brodę, którą najwyraźniej sam niedbale przystrzyga nożyczkami. Jest cichy i kulturalny.
Kupuje codziennie tylko zapałki. Kilka paczek. Na pytanie, które odważyłam się w końcu zadać: po co mu te zapałki, odpowiedział:
- Mam mieszkanie. Płacę czynsz. Ale wodę, światło i gaz dawno mi odcięli. Co trzeba, zrobię przed zmrokiem. Jak jest ciemno, zapalam zapałkę i sobie świecę pod nogi. Tyle mi wystarczy.
- Czemu pan nie zapali świeczki?
- Bo jeszcze nie umarłem! Nie mieszkam na cmentarzu.
Ludzi, którzy go znają mówią, że jest zbyt dumny, żeby pójść do opieki społecznej, albo poprosić swoje dzieci o pomoc.
Wczoraj kupiłam mu zapalniczkę. Nie podziękował. Za to po raz pierwszy spojrzał mi prosto w oczy i wyszedł.

Autor
O blogu
  • Kilka lat temu pracowałam na pół etatu w kiosku, a że ludzie są różne - przekonuję się o tym do dziś
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty
Statsy bloga
  • Postów: 96
  • Komentarzy: 103
  • Odsłon: 44932

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi