Blog Krasnoludzkiego Łowcy

Opowieści, dyskusje, rozważania i wszystko inne na temat łowiectwa.

Łowieckie historie #1 - Kuszenie starości

2 sierpnia 2019
Darz Bór. Przedstawię dziś historię o tym jak udało mi się pozyskać swojego pierwszego rogacza, a wydarzenie to miało miejsce 27 lipca.Teraz na chłodno kiedy wszystkie emocje trzymające się mnie przez cały tydzień opadły mogę Wam ją przedstawić. Zapraszam do lektury.

Polowania na rogacze cieszą się wśród braci łowieckiej swego rodzaju kultem. O ile często myśliwi nieczęsto polują na kozy i koźlęta, to pogoń za rogaczem jest nie lada rarytasem. Dopóki nie zostałem selekcjonerem swoista "gorączka" omijała mnie szerokim łukiem. Aż do tego roku.

Poszukiwania rozpocząłem już od maja, ale cały czas borykałem się z niepewnością własnej oceny lub spotykałem ewidentnie nieselekcyjnego osobnika - na pomidora. W moim odczuciu nie mogłem pozwolić sobie na błąd w ocenie wieku. Prawdopodobnie spotkałem w tym czasie kilka osobników selekcyjnych, jednak jak wspomniałem wcześniej, ogrom niepewności wynikający z braku doświadczenia przytłaczał. Długie obserwacje nie przynosiły efektu. Ba! Wręcz go pogłębiały. W pewnym momencie - jakoś w połowie czerwca - odpuściłem sobie temat. Wszelkie próby polowania z podchodu czy z zasiadki, z wabikiem czy bez spaliły na panewce. Przestałem szukać tego jedynego i po prostu jeździłem polować bez konkretnego planu.

Ruja w moim łowisku rozpoczęła się książkowo. 15 lipca usłyszałem pierwszy kozi mikot wśród łąk. Serce zabiło szybciej, a krew przyspieszyła. Można powiedzieć, że znów poczułem zew. Podjąłem decyzję, że będę jeździł kiedy tylko mogę, a w weekendy zintensyfikuję liczbę polowań wychodząc również rano.

Jak rzekłem tak zrobiłem. Jeździłem w różne części obwodu z różnym skutkiem. Czasem nie widziałem nic, a czasem oglądając prawdziwy spektakl miłości. Przeganiające się wzajemnie kozły czy gonitwy za ukochaną siutą cieszyły moje oko. Jednakże nie spotkałem cały czas rogacza co do którego byłbym w 100% pewny. Pod koniec drugiego tygodnia lipcowych poszukiwań odpuściłem wyjazd w sobotę rano na rzecz dłuższego snu i spędzenia poranku ze swoją lepszą połówką. Wczesnym wieczorem 27.07 około godziny 19 udałem się na ambonę obok rejonu na którym ostatnio polowałem. Przyjeżdżając wcześniej przyglądałem się okolicznym uprawom. W niektórych miejscach zboże cały czas było na pniu zaś w innych pozostały tylko krótko przycięte ścierniska, niczym "młodzieńczy jeżyk". Nieraz wśród łanów zbóż dostrzegłem wydeptane przez jelenie bądź dziki zboże. Niestety trzeba będzie zapłacić za te szkody.

Schodząc w dół wzgórza do ambony nie zauważyłem pasącego się na łące koziołka. Widząc mnie popędził w znajdujące się opodal zakrzaczenia, a mi pozostała w gardle gorzka gula niezadowolenia z własnej nieuwagi. No nic pozostało mi tylko wejść na nią i liczyć na to, że może sam z nich wyjdzie, ale uda mi się go przywabić.

Siedząc na ambonie podziwiałem jak niebo zmienia swojej kolory w coraz to intensywniejsze odcienie, życie w okół ambony wraca do normy po zamieszaniu jakie wywołałem swoim wejściem na ambonę. Czas powoli mijał, a chwilę przed godziną 20 rozpocząłem wabienie. Niestety, ale rogacz nie pojawił. Dałem mu chwilę. I znów zawabiłem go kozim mikotem. Moje nawoływanie go nie przynosiło skutku. Przynajmniej tak myślałem. Po trzeciej próbie wapienia wyskoczył z krzaków znajdujących się 30 metrów od ambony. Prawdopodobnie cały czas kierował się w moją stronę, skutecznie unikając otwartych przestrzeni. Widać był mocno podekscytowany, lecz jego wigor momentalnie spadł widząc pustą łąkę przed sobą.

Powoli zaczynał się zachód słońca. Przyglądając mu się przez lornetkę zauważyłem że jest dosyć drobny jak na budowę swoich parostków. Były jak na niego naprawdę wysokie. Na prawej był szóstakiem regularnym zaś lewa to skręcony szydlarz. Zima nie była zbyt sroga więc mogło to być mechaniczne uszkodzenie w trakcie wzrostu albo silne uwstecznianie się. Przyglądając się sukni zauważyłem, że nie jest ona dopasowana, a jej kolor podchodzi bardziej po brązowo-szary niżli rudy.

Pewność we mnie wzbierała, ale potrzebowałem jeszcze czegoś, żeby podjąć ostateczną decyzję. Z plecaka wyciągnąłem starą ruską lunetę obserwacyjną - Tento 20-60x66. Oparłem o półkę na ambonie i uważniej przyglądałem się jego głowie w poszukiwaniu okularów oraz zwracając uwagę na możdżenie, ponieważ na wysokości około 5 cm od róż parostki zaczynały się zbiegać. Przez lornetkę sprawiało to wrażenie bliskich możdżeni, a co za tym idzie młodego wieku. Nie chciałem popełnić błędu w oszacowaniu, ale przyglądając się przez lunetę miałem pewność, że są one szeroko rozstawione.

Potrzebowałem jeszcze chwili. Krew już pędziła w moich żyłach. Serce przyspieszyło, a język zdrętwiał w gardle. Każdy następny ruch wykonywałem nieznośnie powoli, a może tak mi się tylko wydawało? Otworzyłem klapkę na swojej lunecie, a pod drewnianą osadę podłożyłem pasek. Broń wylądowała na parapecie. Mój X-Bolt w .308 był przygotowany. Wskoczył w swoje miejsce na ramieniu i czekał. Poprawiłem ułożenie nóg, ostrość i powiększenie. Widzę jego łopatkę. Spokojnie czekam, aż przestanie jeść i podniesie głowę. Uspokajam oddech. Próbuję zgrać je z jego ruchami. Czekam. Lewa dłoń którą trzymam broń zaczyna się pocić. Nie chcę przerywać tego. Nadal czekam. Nie wiem jak długo do niego mierzyłem. Dla mnie to były niemalże godziny, ale w końcu przyszedł ten moment. Oddałem strzał.

Parapet na którym oparłem broń był nadgryziony zębem czasu przez co po oddaniu strzału nie udało mi się dostrzec reakcji kozła. Odsuwając się od lunety zauważyłem tylko, że pognał w stronę ciernistej miedzy za którą, znajdowała się duża uprawa kukurydzy oraz las.

Szybka kalkulacja. Powinien paść w ogniu. Odległość 90 metrów. Strzał? Celowałem w komorę. Może pudło? Trzeba sprawdzić. Szybko oporządziłem się na ambonie i zadzwoniłem do ojca. "Słuchaj strzelałem do kozła.". "Jestem jeszcze w drodze, gdzie jesteś?". "Na Skodzie. Idę sprawdzić. Zadzwonię.". Schodząc z ambony złość na siebie samego rosła we mnie. Mam nadzieję, że nie cierpi. Dochodząc do miejsca zestrzału zauważyłem, że biegnąc przez łąkę rogacz odcisnął w trawie wyraźny trop. Nie. Podstawy. Idź na miejsce zestrzału.

Od razu zauważyłem farbę. Nie było jej jakoś nadzwyczaj dużo, ale mało też nie. Zacząłem iść w stronę którą pobiegł, przyglądając zostawionym przez niego śladom. Z każdym krokiem obserwowałem przestrzeń przed sobą licząc na to, że dostrzegą go wśród traw przed miedzą. Tak się nie stało. Kozioł, albo wpadł w miedzę, albo przebiegł dalej na pole. Podchodząc do gęstwiny cierni wąż niepewności jaki znajdował się w moim żołądku powiększał się, a razem z nim moja złość na siebie. Z każdym krokiem.

Miedza była na tyle zarośnięta, że nie mogłem przejść na drugą stronę. Mogłem jedynie sprawdzić czy kozioł nie spoczął gdzieś w środku. Nic. Pusto. Obszedłem ją i szukałem śladów farby po drugiej stronie. Szybko na nie natrafiłem. Było jej dużo. Zdziwiło mnie to i dało pewną nutkę nadziei. Może trafiłem go na wydechu? Nie ma czasu na zastanawianie się. Idę dalej. Zostawiłem plecak i pastorał pod dębem, zabierając ze sobą tylko latarkę i broń. Farba którą kozioł zostawiał na łodygach i liściach kukurydzy była dobrze widoczna, ale gleba była tak sucha, że cewki nie zostawiały żadnych tropów. Ślad prowadził mnie cały czas prosto. Mijam jeden rządek kukurydzy, potem drugi, trzeci. Staram się nie połamać ich, ale kilka uległo pod moim naporem. W pewnym momencie trop się urwał.

Żadnej farby, żadnej złamanej łodygi. Nic. Śladów cewek nie widać. Muszę się wrócić. Cofnąłem się do ostatnio widzianego tropu. Ukucnąłem i zacząłem się baczniej przyglądać z tej perspektywy. Powoli i systematycznie przyglądałem się każdej roślinie od lewej do prawej. Emocje które we mnie buzowały rozhulały się jeszcze bardziej. Rosły wręcz wykładniczo. Kiedy zacząłem tracić już nadzieję, że go znajdę, kątem oka coś przykuło moją uwagę. Jest!

W tym miejscu odskoczył w prawo i przebiegł jeszcze 10 metrów. Kiedy podszedłem miałem pewność. Czysty strzał na komorę. Strzeliłem, kiedy krew była mocno w obiegu, dlatego przebiegł prawie 40 m. Cofnąłem się po pastorał. Wszelkie negatywne emocje odeszły ustępując miejsca uldze. Cieszyłem się, że mój strzał go nie zranił tylko zapewnił szybką śmierć. Dopiero teraz czułem jak mocno byłem zestresowany. Teraz trzeba się nim zająć. Cofnąłem się po pastorał, aby na nim wynieść go stamtąd. Przygotowując kozła do wyciągnięcia go zauważyłem, że jest o wiele drobniejszy niż myślałem, a unosząc go miałem wrażenie, że nad wyraz lekki. Zadzwoniłem do ojca. "Mam go. Był w kukurydzy. Chcesz przyjechać?" "Będę za jakieś 20 minut."

Kiedy o wyciągnąłem i odpowiednio ułożyłem na trawie. przyszedł czas na ostatni kęs i pieczęć. Szacunek należy się każdej zwierzynie. Po chwili dotarł również ojciec. W białej koszuli. Zapomniałem, że był na wyjeździe. Obejrzał kozła po czym złapał mnie w niedźwiedzi uścisk mimo, że jest prawie dwa razy mniejszy ode mnie. Po przyjętych gratulacjach wręczył mi złom z dębu i ponownie zamknął w swoim uścisku. Cieszyłem się, że przyjechał tutaj i mógł zobaczyć jak się nim zajmuję. Zasady które mi wpoił przez te wszystkie lata są dla nas bardzo ważne.

Czas go oprawić i odwieźć do skupu tym razem. Mamy na razie zamrażarkę pełną dziczyzny więc nie ma co brać na siłę. W trakcie oczyszczania tuszy z wnętrzności zauważyłem, że na wątrobie znajdują się dziwne plamy. Przyglądając się im bliżej stwierdziliśmy, że chorował na motylicę wątrobową. Larw było naprawdę sporo. To one były przyczyną słabej kondycji kozła.

Tak właśnie upolowałem swojego pierwszego kozła. W tym samym miejscu mój dziadek od strony ojca upolował jednego ze swoich. Czy uda mi się pozyskać jeszcze jednego? Trudno powiedzieć. W naszym obwodzie wypada raczej po jednym rogaczu na myśliwego, a większość planu jest już wykonana. Było to dla mnie jedno z ciekawszych łowieckich doświadczeń jakie miałem. Cały tydzień chodziłem rozemocjonowany tym wydarzeniem. Mam nadzieję, że w przyszłości spotkają mnie równie ciekawe historie. Darz Bór!
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Autor
O blogu
Najnowsze posty
Najpopularniejsze posty

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi