< > wszystkie blogi

Sajmarskie Bajania

Nie ma to jak dobra intryga - najważniejsze jest niewidoczne dla oczu ;)

Sajmarskie Bajania - Rozdział XVIII

7 czerwca 2021

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY – SAJMARSKI ROBER

Nad rzekę dotarli pod wieczór, na krótko przed zachodem słońca. Bezdenka niosła swe wody płytkim korytem, jednak na tyle szerokim, aby niedomówieniem było nazywanie jej strumykiem. Wysokie skarpy tworzące południowy brzeg dawały wyobrażenie o rozmiarze rzeki w przeszłości, gdy jej nazwa bardziej przystawała do rzeczywistości niż obecnie. Z tej strony też przyjechali. Od północy Bezdenka oblewała podnóża ciągnących się kilometrami wzgórz. Porośnięte gęstym lasem stoki zdawały się ginąć bezpośrednio w płytkiej toni rzeki.
Z punktu, w którym się znajdowali, widać było oberwane zbocze po drugiej stronie. Lawina błota zabrała ze sobą część drzew, których popękane szczątki zalegały bezładnie na niewielkiej hałdzie u stóp wzgórza. Osuwający się grunt odsłonił warstwy potężnych skał, zalegających ukośnie jedna na drugiej. Obraz przywodził na myśl obdartego ze skóry człowieka, z żebrami na wierzchu. Fascynujący widok, napawający wyobraźnię grozą.
Zsiedli z koni i przywiązali je do pnia przygarbionego wiatrem jesionu. Zeszli ostrożnie na wąską, kamienistą plażę. Arunia zlustrował uważnym spojrzeniem drugi brzeg, starając się dostrzec jakiś ruch pomiędzy drzewami. Po tej stronie rzeki i tak niczego by nie zauważył – zarośla szczelnie obrastały południową skarpę. W tej sytuacji było to jednocześnie wadą i zaletą.
Usłyszał plusk wody za sobą. Błyskawicznie obrócił głowę, machinalnie ściskając trzonek toporka za pasem. Kaczka. To tylko kaczka. Wypuścił głośno powietrze przez nos, spoglądając na towarzyszkę. Maerteni skończyła właśnie unosić kuszę, celując w okolice jego głowy. No nie, nie znowu…, zdążył pomyśleć, nim nacisnęła spust. Mężczyzna gruchnął plecami o ziemię, dosłownie wyrwany z butów siłą pocisku. Bełt trafił prosto w serce.
- Miałeś być sam – rzuciła głośno przed siebie, repetując broń. Arunia odwrócił od niej zaskoczony wzrok.
- Panno Onskvard – zza zarośli wyłonił się niewysoki jegomość w asyście trzech rosłych mordobijców. W ręku obracał nanizane na cienki sznurek metalowe kulki. – Panna najlepiej powinna wiedzieć, że ostrożności nigdy za wiele. – Skinął głową na zastrzelonego szturmowca. – Przypomnijcie mi po wszystkim, żeby rozliczyć utratę tego zasobu w księgowości.
- Calin, ty skurwysynu – wydyszał wściekle Arunia. – Mogłem się domyślić, że...
- Akurat – przerwał mu Petro, parskając z rozbawieniem. – Akurat mogłeś się domyślić. Nie rozśmieszaj mnie, posłańcu. Jakąż to wiadomość ma dla mnie Dżimi Dyavol? Jeśli ma ona związek z toporkiem za twoim pasem, to mogę udzielić na nią natychmiastowej odpowiedzi za pośrednictwem tych oto czter… trzech panów. Nie wspominając już o moim doskonałym łuczniku na drugim brzegu. Celuje akurat w pannę Onksvard. - Uśmiechnął się, widząc zdumiony wyraz twarzy kobiety. – Paladynowicz bardziej dba o innych niż o siebie, z tego co pamiętam. Panny życie jest doskonałą gwarancją na to, że nie zrobi nic głupiego.
- Calin – odezwał się ponownie Arunia, nieco spokojniejszym głosem. Nadal nie spuszczał dłoni z toporka. – Dżimi chciałby wiedzieć co ci strzeliło do głowy, żeby zdradzić. Myślałeś, że wyślesz chłopaka ze swoją agentką na bagna, a czarnoksiężnik tak po prostu zmieni front i ułoży się tylko z tobą? Sądziłeś, że z wdzięczności pomoże ci wysiudać Dyavola i zająć jego miejsce, zamiast po prostu zniknąć z Sajmonellą, mając cię głęboko w dupie? To ty mnie nie rozśmieszaj, popaprańcu…
- Dziedzicu, Dziedzicu… - Petro westchnął teatralnie. Przybrał litościwą minę dobrodusznego wujka, tłumaczącego dziecku na czym świat stoi. Wyraźnie napawał się własnym geniuszem.
- Jak ty nic nie rozumiesz. – Szef szturmówki wyraźnie napawał się własnym geniuszem. – Ten… Sajmonella, miał tylko odwrócić waszą uwagę od mojego własnego planu. Co mnie obchodzi jakiś chłopak z bagien czy nawet czarnoksiężnik? – Przewrócił lekceważąco oczami, po czym zachichotał. – Nawet Dyavol złapał przynętę. Zresztą, jego dni są już dawno policzone, ale nie mam ochoty na jego stanowisko. Znam jednak człowieka, który ma. Mówi ci coś nazwisko Kapłon?
Uśmiechnął się, widząc zaciskającego wargi Grafitowego Dziedzica.
– Ten sam. To już jednak zupełnie inna historia. Co do mnie… plan przejęcia waszej Gildii i stworzenia ze Spiecslużbą jednej, potężniejszej organizacji istotnie był przez pewien czas naszym wspólnym celem, ale ja mam większe ambicje, rozumiesz?
- Nie domyśliłbym się – warknął Paladynowicz.
- Ustawienie wyboru Prządki na naczelniczkę poszło jak z płatka – ciągnął dalej z dumą. - Autorytet Gildii spadł, a niezadowolenie w szeregach wzrosło. Wystarczyło tylko stworzyć kilka problemów, zadbać o sfuszerowane rozwiązania tu i ówdzie, a potem czekać. Zajęło to kilka lat, ale się opłaciło. Wasi agenci, nie tylko ci w Radzie, mają już poważnie dość „babskiej roboty”, jak nazywają kolejne nieudane akcje i piętrzące się problemy. Wytropienie tego Sajmonelli było nam na rękę, nawet bardzo. To ci dopiero kryzys! Trenowanie, a potem ukrywanie pomiotu z Toab, jego ucieczka i połączenie się ze śmiertelnym wrogiem, a wszystko to pod nosem tej niedorobionej Beybe.
- Uważaj na słowa, pojebie… - wycedził przez zęby Paladynowicz, gładząc kciukiem ostrze toporka.
- Słabe masz te swoje odzywki, wiesz? Takie… oczywiste. Chyba więcej w tobie legendy niż prawdy – parsknął Petro. Obrzucił spojrzeniem drugi brzeg rzeki, po czym kontynuował monolog. - Mogliśmy z Dżimim zaczekać jeszcze chwilę i przejąć Gildię bez rozlewu piwa, nie mówiąc już o krwi. Wiadomo, pojawiłby się jakiś opór, ale szybko dalibyśmy sobie radę z kilku niezadowolonymi fajterami. Dlaczego jednak miałbym dzielić się sukcesem z tym pionkiem Dżimim? W końcu to wszystko głównie moja zasługa…
- Bardzo jesteś pewny siebie – mruknął Paladynowicz, patrząc na niego spode łba. – Żebyś się, kurwa, nie przeliczył.
- Arunia! – wybuchnął śmiechem. – Za długo byłeś na emeryturze. W Gildii jest taki ferment, że brakowało tylko iskry, żeby to wszystko poszło w diabły. Ciebie.
- Mnie?
- No nie bądź taki skromny, jesteś przecież fajterską legendą. Zdajesz sobie sprawę, jak się nam przysłużyłeś? Kiedy zlikwidowaliśmy Lowkicka, a ty zniknąłeś zostawiając za sobą Sajmonellę, plotki o twoich rzekomych konszachtach z wrogiem rozpoczęły swój długi, bujny żywot. Podsycałem je, a jakże. To ode mnie wszyscy dowiedzieli się, że przeszedłeś do Spiecslużby, że zawsze byłeś kretem, że się sprzedałeś. Huczała o tym każda oficerska mesa, każde koszary. Legenda zmieniła powoli barwę na czarną. Nikogo nie zasmuci już twoja śmierć. Ja za to – mężczyzna uśmiechnął się paskudnie. – Ja, uważasz, zostanę bohaterem. Przyniosę im twoją głowę, w pełnej chwale zdetronizuję niekompetentną Prządkę, a potem… potem przyjdzie czas na Dżimiego.
- Skoro gra najwyraźniej skończona, to po chuj mi to wszystko mówisz? – odparł Arunia poirytowanym głosem. Nie cierpiał rozwlekłych przechwałek. Za swoimi plecami usłyszał chrzęst kamieni na plaży. Obejrzał się szybko. Sześciu. Robi się coraz ciekawiej.
- Chciałem zobaczyć twoją zaskoczoną minę przed śmiercią. Ot, taki kaprys.
- Przed śmiercią moją, czy twoją? – Dziedzic starał się nie tracić rezonu, próbując wymyślić na poczekaniu jakieś wyjście z całej sytuacji. Nie miał przygotowanego żadnego planu awaryjnego. Dał się zaskoczyć, musiał to przyznać.
- Wygadany jak zawsze – Petro uśmiechnął się pod nosem. Jego obstawa zadreptała niespokojnie w miejscu, sięgając za pazuchy długich płaszczy. – Obecni tu panowie to najlepsi specjaliści, Paladynowiczu. Zdziwiłbym się, gdyby…
W wieczornym powietrzu rozległ się nagle krótki syk i jeden ze szturmowców Calina stęknął, przyklękając. Na skarpie nad nimi zaroiło się od odzianych w bure uniformy agentów Gildii Fajterów, przedzierających się przez gęste zarośla w kierunku plaży.
- Dawać mi go tu, kurwa! Żywego! – ryknął Rygwach ze Świdnika, strzelając w biegu do klęczącego na kamieniach szturmowca. Tym razem trafił celniej, prosto między oczy. Przyglądający się natarciu Tomasz Cornamusa mruknął z zadowoleniem. Stara gwardia nie rdzewieje, pomyślał. Rygwach jest istotnie niezawodny.
ˑˑˑˑˑ
Calin zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw, było to widać na pierwszy rzut oka. Decyzję dotyczącą następnego kroku podjął jednak profesjonalnie, w ułamku sekundy. Cisnął w kierunku Paladynowicza wydobyty z rękawa sztylet, celując w serce. Nie pomylił się zbytnio w obliczeniach, nie wziął jednak pod uwagę, że Maerteni zasłoni Dziedzica własnym ciałem. Ostrze utkwiło jej głęboko w lewym płucu. Osunęła się wprost w ramiona Aruni. Wydając ryk wściekłości, Petro rzucił się do ucieczki. Kiedy część ludzi Cornamusy dogoniła go na skarpie, zamachnął się na oślep sznurem z kulkami. Jeden z uwolnionych pocisków trafił goniącego go agenta w skroń, inny wybił kolejnemu oko, reszta nabiła pozostałym napastnikom porządne siniaki lub załoskotała o kamienie na plaży. Ścigający musieli się na chwilę zatrzymać i osłonić. To wystarczyło. Calin zanurzył się w zarośla i pognał ku ukrytym kilkadziesiąt metrów dalej koniom. Zanim poobijani agenci dobiegli na miejsce, po Petro opadł już nawet kurz.
Tymczasem na plaży Rygwach ze Świdnika opłukiwał w wodzie ostrze krótkiego miecza. Jego podkomendni po mistrzowsku poradzili sobie z piątką szturmowców, choć nie obyło się bez utraty krwi także po ich stronie. Gdy Tomasz Cornamusa zszedł wolnym krokiem na brzeg, kapitan podniósł się szybko i spojrzał na niego wyczekująco. Szef wywiadu zatrzymał go dyskretnym gestem ręki.
Arunia Paladynowicz położył delikatnie na ziemi śmiertelnie ranną agentkę obcych służb. Odgarnął jej mokre włosy z twarzy i pogładził policzek. Złapała go kurczowo za przedramię, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo bała się śmierci. Uśmiechnął się do niej ciepło.
- Dlaczego? – wyszeptał ze ściśniętym gardłem.
- T-to… skom… skomplikowane - zaczęła słabym głosem, kaszląc i dławiąc się natychmiast krwią. Posłała mu gasnący uśmiech, błyskając zakrwawionymi zębami. - M-może n-nie wszystkie j-jesteśmy takie s-same.
- Maerteni… – Ujął ją delikatnie za rękę i pocałował palce. Miał nadzieję, że nie było słychać w jego głosie wzruszenia. – Ale dlaczego?
- Mmmm… - jęknęła. Nagle mocniej ścisnęła jego dłoń i wygięła się w lekki łuk, przymykając oczy. Kiedy opadła, już nie żyła. Arunia spuścił głowę, głośno wciągając powietrze. Gdy uniósł ją z powrotem, rzucił Cornamusie spojrzenie pełne nienawiści i żądzy zemsty. Agenci wywiadu mocniej ścisnęli trzymane w dłoniach ostrza.
- Wszystko w swoim czasie, Paladynowiczu – odparł półgłosem Tomasz. – W swoim czasie. Obiecuję. A teraz… pozwól z nami. Naczelniczka ma do ciebie kilka pytań.
ˑˑˑˑˑ
Jan Knot przestąpił ostrożnie leżące na podłodze ciało mężczyzny. Podszedł do stolika przy oknie i rzucił niezdecydowane spojrzenie w stronę miski z ciepłą jeszcze kaszą gryczaną ze skwarkami. Sprawdził konsystencję brei drewnianą łyżką. Krzywiąc się lekko, zasiadł jednak do posiłku – od rana nic nie jadł, nie miał na to czasu. Pociągając łyk mleka z glinianego garnuszka rozejrzał się po izbie. Przyłapani na gorącym uczynku kochankowie stygli szybciej niż spożywany właśnie smalec w gryczanej oprawie. Głowę siedzącej na łóżku kobiety przytwierdzał do ściany długi nóż. Jan otarł kąciki ust z mleka, wspominając beznamiętnie rudowłosą piękność. Tej śmierci nie było w planach, ale dziewczyna zaczęła krzyczeć, zadziałał instynktownie. Ostrze przeszło przez otwarte usta gładko, rozcapierzając zbyt głośny język. Jej kochanek na ten widok zwymiotował, opadając na czworaki. Nie zdążył się już podnieść. Knot zmiótł jego czaszkę kolanem, roztrzaskując ją o masywne nogi łoża.
Zabójca wygrzebał starannie resztki kaszy z miski, dopił mleko i wyszedł bezszelestnie z pomieszczenia, cicho zamykając za sobą drzwi. Zaciągnął się z ulgą orzeźwiającym, nocnym powietrzem. Mruknął pod nosem z zadowoleniem. W izbie potwornie capiło capem.
Gdy odjeżdżał z wioski pod osłoną nocy, nabrzmiała złotymi monetami sakiewka podzwaniała rytmicznie. Jan Knot nie przepadał za zleceniami od religijnych fundamentalistów, ale nie dało się ukryć, że płacili najlepiej. Przy kontrakcie na Sajmonellę, Wojtas Redhead przeszedł pod tym względem samego siebie.
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi