< > wszystkie blogi

Sajmarskie Bajania

Nie ma to jak dobra intryga - najważniejsze jest niewidoczne dla oczu ;)

Sajmarskie Bajania - Rozdział XVII

7 czerwca 2021

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY – APROKSYMANT

Beybe Prządka dopijała właśnie wieczorną szklankę bimbru, kiedy usłyszała stukot kopyt na dziedzińcu. Uniosła do góry brwi, odkładając niedopity alkohol na stolik obok fotela. Stukot powtórzył się. Zaintrygowana, podniosła się nieskoordynowanie i zaszurała kapciami w kierunku okna. Z Gildii wyjeżdżała kolumna jeźdźców – naliczyła piętnastu agentów, z Tomaszem Cornamusą na czele. Przekrzywiła głowę. Szef wywiadu rzadko wyjeżdżał w teren z taką obstawą, zazwyczaj wolał nie rzucać się zbytnio w oczy. Pewnie znowu o czymś nie wiem, żachnęła się w duchu rozżalona. Sarknęła z irytacją. Od kilku dni Tomasz zachowywał się wobec niej przesadnie profesjonalnie, wręcz ozięble. Nie o wszystkim jednak informował. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ma jej za złe tę całą sprawę z Sajmonellą. Nie dopilnowała tak cennego zasobu, rozpętała się polityczna burza, morale w szeregach szybko spadało. Niektórzy fajterzy otwarcie się zbuntowali, trzeba było przerwać część operacji w terenie, wycofać agentów. Krótko mówiąc – chaos. Szef wywiadu hołubił zaś porządek.
Odeszła od okna, wracając do przerwanej chwili wytchnienia. Opadła ponownie na wygodny fotel. Sięgając po szklankę z bimbrem wychyliła ją do dna, roniąc jedynie kilka kropel i dwa ciężkie westchnienia. Powieki ciążyły jej już niczym przewrażliwione sumienie. Zasnęła zmęczona, nim zdążyła zadecydować, co o tym wszystkim myśleć.
Tymczasem kolumna jeźdźców zagłębiła się wartko w wąskie uliczki Kroke, kłusując rytmicznie na wschód przez Bramę Czeladników.
ˑˑˑˑˑ
Arunia nie mógł opędzić się od złych przeczuć, od przygnębiającej intuicji. Raz jeszcze rzucił okiem na pięknie zdobioną, repetującą kuszę przytroczoną do siodła agentki Onskvard. Majstersztyk, pomyślał, no po prostu cudo. Takie nogi… . Westchnął w duchu, odwracając wzrok. Omiótł spojrzeniem zalesioną linię horyzontu przed nimi. Puszcza Niepokornicka. Jeśli udałoby im się przedrzeć sprawnie przez niespokojny bór, jeszcze przed nocą dotarliby do celu podróży. Dziedzic miał nadzieję, że kret będzie czekał w umówionym miejscu nad rzeką sam. Trakt, którym jechali, był rzadko uczęszczany, w ostatnich latach wręcz wyludniony. Wiódł tędy stary szlak przemytników soli – może nie najbezpieczniejszy, ale za to bardzo dyskretny. W sam raz. Paladynowicz odchrząknął cicho.
- Ta kusza – zagaił niby od niechcenia. Miał już dość kilkugodzinnego milczenia. – To na niedźwiedzie? Potężna moc, przebiłaby na wylot chyba nawet łosia, co?
- Przebiłaby. – Maerteni przeciągnęła się w siodle, dłonią rozmasowując sobie zesztywniały od długiej jazdy kark. Skinęła głową w stronę lasu przed nimi. – Może będzie okazja ci to zademonstrować.
- Hmmm – mruknął pod nosem w odpowiedzi. Wciąż nie mógł rozstrzygnąć, czy obecność jego towarzyszki podróży była mu na rękę czy na zgon. Nie ufał jej, jak nie ufał ich wspólnemu mocodawcy. Na razie jechali. – Byłaś już kiedyś w tych okolicach? W puszczy?
- Nie? – rzuciła mu nieco cieplejsze spojrzenie. – Masz taką bajarską minę, że pewnie zaraz dowiem się, jaką kryje historię?
Grafitowy Dziedzic zdobył się na uśmiech. A raczej, nie mógł się od niego powstrzymać. Znała go dość krótko, raptem kilka miesięcy, ale najwyraźniej bardzo uważnie.
- Istnieje, zaiste, pewna legenda – zaintonował żartobliwym tonem. Ciemnozielona ściana lasu była już niemal na wyciągnięcie ręki, powoli dojeżdżali do niepokornickich ostępów. – Historia o Biełuszce i Rudym Puszczyku. Otóż, dawno, dawno temu, w czasach, gdy na podmokłych dzisiaj terenach Puszczy rosła jeszcze zielona dąbr…
Arunia przerwał gwałtownie opowieść, gdy kątem oka wychwycił ruch pomiędzy drzewami. Obrócił głowę, mrużąc oczy. Pod starą jodłą na brzegu ciemnego lasu stała niewielka postać. Mała dziewczynka, na oko może dziesięcioletnia, ubrana była w jasnoszarą sukienkę, uwaloną w znacznej mierze zaschniętą krwią. W prawej ręce trzymała miotełkę z jodłowych gałązek. Bose stopy zdawały się ledwo dotykać pełnego kłujących igieł poszycia. Pozlepiane blond włosy zakrywały część naburmuszonej twarzy, z której ku fajterowi niosły się zawzięte spojrzenia dziecka. Dziewczynka uniosła powoli lewą rękę, wskazując na Dziedzica palcem, w geście przypieczętowanego przeznaczenia. Wciągnął głośno powietrze, nie odrywając od niej wzroku. Nagle usłyszał swoje imię.
- Arunia? – odwrócił głowę. Maerteni patrzyła na niego zaintrygowana. – Coś nie tak?
- Co? – rzucił trochę nieprzytomnie. Spojrzał ponownie w kierunku sosny, ale po zjawie nie było już śladu. – Nie, nie. Wszystko w porządku. Na czym to ja…
- Może lepiej nic już nie opowiadaj – parsknęła śmiechem. – Najwyraźniej bajdurzenie ci szkodzi. Jedźmy, niedługo zacznie się ściemniać. Nie chcę znowu nocować w lesie.
- Racja – Paladynowicz otrząsnął się jak wyrwany ze snu, poprawiając przewieszony za pasem toporek. – Najwyraźniej mi szkodzi.
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi