Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Tajemnica twierdzy szyfrów - streszczenie odc. 2.

32 481  
111   25  
Kliknij i zobacz więcej!Wiesz już co wydarzyło się w pierwszym odcinku tego serialu? AJK na pl.pregierz streścił drugi odcinek...

Telewizja Polska multimedialnie, Wołoszański sp z. o.o. zapewne
nieustannie proudly, a ja nieustająco z podziwem

prezent...ują

"Tajemnica twierdzy szyfrów" – odcinek drugi,

Początek odcinka drugiego udowadnia, że wcale nie mamy do czynienia z
porządnym serialem, lecz jakąś stadionową podróbą. Nie ma Prywiosli.
Wszystkie porządne seriale mają Prywiosli. "Lost" na przykład. Och, byle
serial o panu doktorze Tumniebolikochamcię ma Prywiosli. Prywiosli może
ewentualnie nie mieć serial nieciągutkowy, gdzie każdy odcinek jest
sobie sterem, żeglarzem i słupkiem oglądalności. "CSI" choćby, ale i tu,
kiedy jakieś dwa odcinki połączone są w całość (np. trumną w końcówce
piątej serii), to Prywiosli jest. W Twierdzy Siedmiu Szyfrów i
Siedemnastu Smutków nie ma prywiosli. Wstyd. I spore utrudnienie, bo od
poprzedniego odcinka minął tydzień, więc skąd ci biedni ludzie mają
wiedzieć, co to, kurwa, jest Zbuczyn? Pardąsik, Tzschocha.

Drugi odcinek zaczyna się postmodernistycznie: dawno-dawno, sześć lat
przed Realiami i daleko-daleko, za siedmioma lasami. Tam daleko za mgłą
jest granica, na granicy jest strażnica, i są strażnicy. Granica jest
rusko-niemiecka, strażnicy też są rusko-niemieccy. Rusków od Niemców
odróżniamy po zajebistej czerwonej gwieździe na spiczastej czapce i po
tym, że stoją po lewej stronie granicy, a Niemców po hełmach i po prawej
stronie. Jedni i drudzy mają durne wyrazy twarzy i nie słyszą, że
reżyser woła: "Setny raz mówię: nie gapić mi się, kurwa, w kamerę!!"

Są też oficerowie. Ruski oficer nie umie salutować, nie umie maszerować,
ale za to uroczo się szczerzy prezentując wieczne pióro. Które – wszyscy
to wiemy – ma dedykację "Potockiemu – Zamoyski". Niemiecki oficer jest
ubrany na czarno i mamy podejrzenia, że będzie ważny dla serialu.
Dlaczego mamy podejrzenia? Kto powie? Boooo... jeeeeest... co?...
jest... fczoooo... fczooo... Fczołówce jest. I to cztery razy, z czego
raz bokiem.

Ruski oficer przekazuje niemieckiemu grupkę więźniów. Na pierwszy rzut
oka widać, że najważniejszym więźniem jest ten ubrany na granatowo. Bo
jako jedyny jest ubrany na granatowo, a w dodatku łypie znacząco i znamy
go z innych seriali. Pozostali więźniowie są nieważni, a przy bliższym
oglądzie można zacząć się zastanawiać, jak okropnie słabe były Związek
Sowiecki i III Rzesza, skoro w specjalnym konwoju przekazywały sobie
takich wrogów, jacy siedzą na pace ciężarówki. No, z całym szacunkiem
dla statystów - dzieci z czworaków do nagonki wyglądały groźniej. Nawet
ogolone.
Na granicę podjeżdża Szpiek Małaszyński w cywilu. W płaszczu i
garniturku wygląda gorzej niż w mundurze, ale w kapeluszu dużo lepiej
niż w wojskowej czapce. Szpiek przedstawia się jako Jörg York z Tölökö,
demonstruje jedynie słusznie obrzydzenie wobec okupantów i komunikuje
niemieckiemu oficerowi, że zabiera mu więźnia. Niemiecki oficer cedzi i
robi wbrew, wobec czego zostaje potraktowany prądem ukrytym w kartce
papieru z podpisem Heydricha. Szpiek oczywiście więźnia zabiera,
oczywiście jest to łypiący więzień ubrany na granatowo i oczywiście
niemiecki Ferfluchter znienawidzi Szpieka za to bezapelacyjnie... do
samego końca. Jednego, drugiego lub serialu.

Uważni widzowie być może zwrócą uwagę, że granatowy (o nazwisku
Panczerny) przed wsadzeniem do samochodu Szpieka zostaje skuty. Rączki
skuwają mu za plecami. Uważni widzowie zwrócą, inni nie zwrócą i na to
liczą reżyser ze scenarzystą. Ferfluchter miota błyskawice z ócz, Ruscy
i Niemcy znowu gapią się w kamerę, ale z widoczną obawą, wywołaną
krzykami reżysera, zaś widz dostaje dwie minuty chodzenia, zsiadania,
wsiadania, siadania, manewrów samochodowych itp. A potem oczywiście
jadą, a kiedy już dojadą, to wysiadają, stoją, chodzą itp. Kolejne
minuty filmy w plecy, ale my jesteśmy zatrudnieni jako konsultanci na 10
procent ogólnej sumy kosztów.

Po odjechaniu, jechaniu i dojechaniu w teren grząski Szpiek każe rozkuć
granatowego Panczernego i daje mu plecaczek z konserwami. "Ofermo, idź
do klasztoru". A dokładniej do Paryża. Panczerny wierzyć nie chce, bo
gdzie Polesie, a gdzie plac Pigalle, a Małaszyński ostrzega, aby
Panczerny uważał, bo mogą go złapać Rosjanie. I tu już Panczerny
podejrzewa, że ma do czynienia z kimś deczko niestabilnym – przecież
Rosjanie przekazali go Niemcom na granicy, a potem Małaszyński wywiózł
go na zachód. Więc jaki tartak, do cholery i jacy Rosjanie w środku
zdobytego Lebensraumu? Szpiek wykonuje jednoręcznego lansa z parabelką i
mówi granatowemu Panczernemu, że w Paryżu ma zgłosić się do tajemniczego
Aweniu oraz jakiejś Emilli, lat 25. Panczerny deklaruje serdecznego wała
i spieprza w krzaki. Szpiek natomiast robi kolejnego jednoręcznego
lansa, tym razem ze szmajserem i strzela... ale w stronę przeciwpołożną.
I to jest bardzo sprytne. Szpiek wytłumaczył szoferowi, więc mogliśmy
się zorientować, jak bardzo. Otóż Szpiek ma zamiar zeznać przed komisją
śledczą, że więzień z rękami skutymi za plecami (skucie wszyscy
widzieli, a Ferfluchter w szczególności) wyskoczył mu z jadącego
samochodu, a on, zatrzymawszy wóz (na co wskazują ślady), nie trafił,
strzelając do tego czegoś, co zostało po skoku. Ulisses, normalnie...
Tak bardziej Joyce’a, ale Ulisses.

W tym momencie autorzy przenoszą nas znowu o 6 lat - w Realia. Jest
marzec ’45, jest zamek Tzschocha, jest Frycz Frycz i Fryc Szyc, który
robi sobie fryzurkę w falkę i chodzi w stylu "Ja-Pierniczę-Ale-Mam-
-Odciski-I-Czyraka-W-Kroku". W dodatku w mundurze wygląda jak listonosz
Józef i chyba nie ma koszuli. Ale jest demonstracyjnie sprytny i
zaślinionym paluchem demaskuje leniwego scenarzystę, któremu w ramach
Dbania o Realia popierdzieliły się Sicherheitsdienst (tak się
przedstawiał Ferfluchter) i Gestapo (jak zapisano przydział Ferfluchtera
w aktach Jörga Yorka z Teleke). Fryc Szyc robi Frycowi Fryczowi
streszczenie początku odcinka i wtedy wkracza zbieg. Zbieg okoliczności.
Otóż okazuje się, że Ferfluchter pracuje za miedzą, w Książu i w dodatku
opowiadał kiedyś Frycowi Fryczowi podobne story o uciekniętym
podstępnie, dawno i daleko więźniu. A Fryc Frycz ma kiepełe i szybko
kojarzy, że ten zbieg ze zbiegiem może pasować do Małaszyńskiego, a
jeśli teraz zrobi odpowiednio mądrą minę, to może widz nie zorientuje
się, że ów zamęt jest szyty grubymi nićmi i da sobie wmówić, iż to
przypadek. "Nie ma przypadków, są tylko dupy-nie-scenarzyści" – to chyba
sugeruje porozumiewawczy uśmieszek Fryca Szyca. Choć istnieje teoria, że
ten uśmieszek miał mówić: "Nie celuj we mnie... Jestem oficerem". Fryc
Frycz decyduje, że bez wódki nie razbieriosz, zeznania trzeba uzgodnić,
bo na Wołoszańskiego liczyć nie można i wybiera się do Ferfluchtera na
ochlaj. Fryc Szyc ma zrobić przełożonemu koszyczek Czerwonego Ogórka z
kapturkiem... tfu! Koszyczek Czerwonego Kapturka. Z ogórkami. Oraz z
kwasem. Oraz z alkoholem. Ciekawa kolejność, swoją drogą...

Aha! Jest strzelba. Fryc Frycz ma giwerę z lunetką. To jest polski
serial, więc pewnie nie wystrzeli, ale ponieważ może scenarzysta czytał
Czechowa - na wszelki wypadek ostrzegam.

W tym czasie Szpiek York spaceruje medytacyjnie po lesie. Jest w
wojskowym płaszczu i przypomina kiełbaskę leszczyńską z daszkiem.
Wygląda tak oblechowato, że przekłusowujący obok koń dostaje palpitacji
i ze śmiechu prawie przewraca się na grzbiet. Siedząca na grzbiecie
konia księżniczka Anna spada (znów), a Szpiek się przedstawia. Szpiek
przedstawia się wszystkim – to element kamuflażu. Taka stara sztuczka
wywiadowcza z czasów bojów Stirlitza z Bormannem i sową (sprawdzić, czy
nie kapitan). Okazjonalnie, jak wszyscy wiedzą, można użyć sztuczki z
przedstawianiem się, żeby wyrwać lachona ("Cześć, jestem Bożo. Bożo
wporzo"). Możliwe też, że przedstawiając się Szpiek chciał po prostu
uspokoić księżniczkę Annę, iż pozory mylą, wcale nie jest biegającą
pasztetową, tylko oficerem. A, nie... oficerem jest przecież Fryc Szyc i
dlatego nie można w niego celować... Po wykonaniu ąsząte Małaszyński
zagaja o muzie Rudiego Schuberta i jakimś Hadurze, a księżniczka
wyjaśnia, że nie Hadurze tylko "Be duże. Gdzież dwa brzuszki? Jeden w
dole, drugi w górze"... Taa, już my dobrze wiemy, co jej po głowie
chodzi. Brzuszki-świntuszki, arystokracja chutliwa jak wiedźmaki... A
potem idą. Ponieważ to dopiero drugi odcinek, a zarobić na dłużyznach
chce cała ekipa – każde idzie w swoją stronę. Jak te brzuszki: Szpiek w
górze, księżniczka w dole... Co w sumie jest logiczne, aluzyjnie rokuje
na przyszłość i może nawet będą w tym serialu cycki.

Koszyczek Kapturka dla Fryca Frycza zbrzydził mnie mocno. Na ciężką
alkoholowo noc w towarzystwie Ferfluchtera, Fryc Szyc przygotowuje dla
przełożonego słoik wypełniony w 3/4 mętną cieczą, w której pływają dwa
duże bobki oraz butelkę z krachlą, ale bez etykiety (i bez akcyzy).
Szyk, klasa i dwa wersacze. Szkoda, że jeszcze nie dodał salcesonu
zawiniętego w starą piżamę. Wysoki oficer pójdzie w odwiedziny do
drugiego wysokiego oficera, dysponując napoczętym słoikiem czegoś, co
wygląda jak zmarznięty mocz z wkładką oraz z berbeluchą we flaszce na
drut. W dodatku – w jednej flaszce, a co to jest jedna flaszka na dwóch,
każdy wie. Wie to nawet Szpiek (który w kantynie spożywa jakieś brązowe
resztki; chyba nie chcemy wiedzieć, czego to resztki) i się chichra, tym
bardziej, że Fryc Szyc sunie krokiem "Herr-Gott-Meine-Prostata".

Na popijawie u Ferfluchtera jest obrzydliwie i bez sensu. Bez sensu, bo
zajadły ideologicznie esesman ma na imię Harry i słucha z uwielbieniem
Jana Kiepury śpiewającego o ORMO, a obrzydliwie, bo Ferfluchter i Fryc
Frycz robią do siebie obleśne miny, a ilość bobków w słoiku z moczem
zwiększa się dwukrotnie. Początkowo myślałem, że to wyrósł "Obcy. 8
pasażer Tzschochy", ale to tylko inspicjent dorzucił ogórków, bo dwa
bobki wyglądały kompromitująco. I kiedy widz czeka na jakieś sensowne
rozmowy o tajemnicach III Rzeszy, następuje jedna minka, druga minka,
uśmiech, mrug... Ferfluchter oralnie atakuje kiszone warzywo, mlaszcze i
jęczy z rozkoszy. Brillant-Savarin przewraca się grobie, bo smaku to w
tym nie ma - została już tylko fizjologia. U mniej wrażliwych widzów
próbująca pojechać na Łotwę.

Zanim jednak ciamkanie Ferfluchtera zdołało całkiem zemdlić widownię,
Ferfluchter na wieść, że Szpiek York będzie pracował po sąsiedzku
dostaje lekkiej piany i opowiada Frycowi Fryczowi historię swego życia:
"Wiesz, kiedyś byłem bardzo złym aktorem i spotkałem drugiego złego
aktora. Graliśmy w jakiejś durnej chale, więc z nudów pojedynkowaliśmy
się na miny. Umiesz dotknąć kącikiem ust jabłka Adama? A ja umiem. I
przełykać ślinę oczami. Ale tamten potrafił dotknąć prawią brwią zakola
a równocześnie mlasnąć szeroko i zmrużyć lewe oko tak, że mu powieka
opadła na wargę. I dlatego to on grał Heydricha w Białym Widzianku, a ja
musiałem polować na Yorka i dowiadywać się, kim jest Aweniu. A teraz
wpieprzam z tobą te kwaśne bobki, po 50 złotych za dubel". Smutna to
jest opowieść, więc oba Szwaby pocieszająco rzucają się sobie w objęcia
i zaczynają się całować ("Emmanuelle" to to nie jest...). Na zakończenie
sceny Ferfluchter daje do zrozumienia, że jest Powiernikiem Wunderwafla
i robi do Fryca Frycza Oko Sau(e)rona.

Następnego dnia Szwaby leczą kaca, a Szpiek wybiera się na spacer do
niejakiej Leśnej. Piechotą. Zamek zmotoryzowany po uszy, a on, oficer do
zadań tajnych przez poufne, pęta się dróżką, mijając nader współczesne
konstrukcje elektryfikacyjne. Oraz krowy, których paniczny ryk "O,
święty grillu, jak on źle wygląda w mundurze! O, herr Gott, mleko mi
skiśnie" niesie się po dolinkach. Krowy ratuje księżniczka Anna w
rojsrolsie – porywa Szpieka i wywozi do miasteczka. Szpiek robi fopa, bo
księżniczka ewidentnie zaprosiła go gestem na przednie siedzenie, a on
się ładuje do tyłu (znowu obiegając autko odprawej do lewej) i przez
całą drogę czochra księżniczkę biodrem. Potem upewniamy się, że ktoś tu
jest durny, tylko nie wiemy, czy bardziej Niemcy, czy scenarzysta.
Księżniczka mówi bowiem, że nowiuśkiego jak pawlakowe koszulji
Rolls-Royce’a wojsko jej nie zabrało tylko dlatego, że to angielski wóz.
To jeszcze nie cały dowcip, choć już jest fajnie, ale nie uprzedzajmy
wypadków i tylko przypomnijmy, że jest marzec 1945 roku. Aha, są kolejne
ąsząty: księżniczka przedstawia się Szpiekowi, a on jej. Znowu. W
ąszątach jest więc dwa do jednego dla Szpieka. Montażysta zaś próbuje
zrobić z jednego patrolu na poboczu – trzy, co ma sprawiać wrażenie
podwyższonej gotowości, ale pokazuje tylko taniochę i braki warsztatowe.

W Leśnej jest już Gruszka, której szofer przyniósł list, więc wiedziała,
którędy może gdybymcijamieć za Szpiekiem do Śląska. Jak przystało na
tajną agentkę i demona konspiracji, Gruszka robi na całą knajpę minę
numer pięć: "To ten Małaszyński z ’Magdy Em’. Jezuuuuuuuuuu, jaki
śliczny!" a badylengłidżem: "tyżeś to, najmilejszy, zaraz pokonspirujemy
i nadam meldunek, tylko weź mię na tym tu blacie, na Beobachterze mię
weź, wśród wurstu i chuci". Przerywnikiem jest aluzja do Klossa, ale
blada bardzo, choć brzemienna w późniejszych skutkach ze względu na
bibułki. A potem prawie następuje pojedynek na miny zazdrosne Gruszki i
księżniczki, ale obie sobie przypominają, że takie numery kończą się
przymusem jedzenia kwaśnych bobków, więc odpuszczają. Za to księżniczka
Anna przedstawia się Szpiekowi. Znowu. Jest dwa do dwóch w ąszątach i
albo księżniczka też jest jakimś Szpiekiem albo rzeczywiście mamy
wariant "Bożydara", czyli naprawdę leci na Małaszyńskiego.

Pada także aluzja do nielubienia rodu księżniczki przez władze.
Zapamiętujemy to i zachowujemy szczególną ostrożność przed
skrzyżowaniem, choć już przeczuwamy, co wymyślił scenarzysta w trosce o
Realia i jest nam wesoło.

Kolejna scena jest ciężka do opisania, ale do historii kina polskiego
przejść może spokojnie jako jedna z najgorszych. A, co mi tam – to JEST
najgorsza scena w historii polskiego kina (po)wojennego. W skrócie
chodzi o to, że Szpiek czyta tajną wiadomość od Gruszki. Bo Gruszka mu
dała w kawiarni. Wrrrrróć! Gruszka dała mu wiadomość w kawiarni. Na
bibułce. No i teraz Szpiek siedzi w podsłuchiwanej kwaterze i usiłuje
przeczytać wiadomość od Gruszki. Niby nic, nie? Niby. Siada... stuka
pudełeczkiem bibułek raz... zmarcha na czoło i badawcze oko w drzwi...
stuka drugi raz... trzeci... Nic. Nikt nie wyskoczył spod łóżka, nikt
nie krzyknął, żeby hendechoch. Więc Szpiek powoli otwiera pudełko... w
pudełku też nie ma Niemców... ale mogą podsłuchiwać... Więc Szpiek
zaczyna sobie pogwizdywać cynicznie i znacząco w celu zagłuszania...
Szzzzzz-szzzzzz-szzzzzz... W tym momencie płakałem już ze śmiechu, bo to
pogwizdywanie jest tak tłusto nieudolne, że głowa mała (sami sobie
zobaczcie, a raczej posłuchajcie, jeśli będziecie mogli), a poza tym, co
to za pomysł, żeby zagłuszać oglądanie? Ale nieogarnione są możliwości
polskich scenarzystów, reżyserów i aktorów.
Szpiek więc pogwizduje sobie szzzzz-szzzzz-szzzzz i rozwija bibułkę...
Zmarcha na czoło, oko na sufit. Jest wiadomość od Gruszki. Szpiedzy w
gnieździe faszistowskowo zwieria, więc pewnie wiadomość ważna, tajna i
zaszyfrowana. A dzieeee tam. Żadnego szyfru. A treść po polsku.
Szzzzz-szzzzz-szzzzz... W sumie racja – przecież Niemcy nie znają
polskiego. Szzzzz-szzzzz-szzzzz... Pokazali treść, zrobiłem stopklatkę,
przeczytałem, spadłem pod biurko, kwiląc... Szzzzzz-szzzzzz-szzzzzz... A
Szpiek nie przeczytał, tylko zręcznym ruchem sięgnął do szuflady,
otworzył ją, wyjął lupę. Napięcie rośnie. Położył lupę na blacie,
zamknął szufladę... Szzzzz-szzzzz-szzzzz... wziął lupę... zbliżył ją do
bibułki... oddalił... przybliżył... zmarcha, oko na drzwi... Napięcie w
zenicie. Szzzzzz-szzzzzz-szzzzzz... Czyta... "Codziennie w restauracji.
W niedzielę w kościele"... Leżę na dywanie i płaczę nad tajemnicami
polskiego wywiadu, który takie niesamowicie tajne rzeczy przekazuje w
taki niesamowicie tajny sposób. A Szpiek - zmarcha, oko... modlitwa? On
się modli?... mamrocze coś pod nosem, więc pewnie... Nie! On czyta!
Czyta te cztery wyrazy ruszając ustami! Pół minuty. Najwybitniejszy
Polski Szpiek klasy York z Liśćmi Kinowej Lipy ślabizuje cztery proste
polskie słowa, w dodatku przez lupę i ruszając ustami. Ale przynajmniej
wyjaśniło się, czemu Szpiek pogwizdywał - zapewne chciał zagłuszyć sam
siebie w czasie czytania. Bo wróg przecież podsłuchuje w szufladzie.
Słucham? A gdzie tam "koniec sceny"! Dostajemy jeszcze raz zmarchę i
oko, pantomimę manualną z ogniem i paleniem bibułki, sprawdzenie, czy na
dnie popiołu nie został dyjament, kolejną zmarchę i oko reminiscencyjne.
Scena trwa dwie minuty, dłuży się na dwie godziny, a wrażeń dostarcza na
dwa tygodnie.

Oko reminiscencyjne poprzedza "Porwanego za młodu i za wszarz" czyli
wydarzenia sprzed 6 lat, kiedy to ludzie Ferfluchtera porwali Szpieka z
parku. Dostał łomot krawężnikiem oraz rurką i tak długo nim ciskali, aż
okazało się, iż Szpiek jest krokodylem. Słucham? No, dobra wiem... Ale
jeśli facet krwawi z okolic łuku brwiowego, a diagnoza brzmi
"złamaliście mu szczękę", to musi mieć zaiste długą szczękę. A mrówkojad
to przecież nie brzmi dumnie.
Scena w sumie mogłaby być niezła – Małaszyński twarz ma brudną,
cierpiącą i do góry nogami, zaś z powodu szczęki nie gra wokalnie, Żak w
roli Ferfluchtera ze dwa razy "leci Brunnerem" (i są to jak dotąd jego
najlepsze dwa razy w tym filmie), ale wszystko psuje scenarzysta, który
każe Ferfluchterowi zadawać skomplikowane pytania. Gościowi ze złamaną
podobno szczęką. Mocne. Z protokołu przesłuchania: "Na pytanie z kim i
pod jakim adresem ma się spotkać, przesłuchiwany odpowiedział:
’Aaaaaaaeeeeee uuuu aaabububu dądądąeeeebyhuyhu. Yyeee yyeee yyeee. I
Cthulhu’".

Zdenerwowana tym, co serwuje im ekipa serialu - na scenę wkroczyła
energiczna publiczność. Wykopała ścianę, spuściła bęcki śmiertelne
pomagierowi Ferfluchtera (Ferfluchter oczywiście uciekł) i uratowała
Szpieka. Niestety, wkrótce okazało się, że to nie publiczność, że serial
będzie leciał dalej, a Szpieka uratowali Demokryci z Abwehry pod wodzą
admirała Canarisa. Którzy przyjechali (no, pewnie!) "nadludzkim
wysiłkiem woli" scenarzysty we właściwe miejsce we właściwym momencie.

Pobity Szpiek zostaje wysłany na leczenie do Szczawna, gdzie odwiedza go
sam Canaris i kona ze śmiechu na widok tego, co charakteryzatornia
zrobiła z Małaszyńskiego. Małaszyński wygląda bowiem jak sfrustrowany
łysieniem pies Pluto, eksponuje zwisające kłapciato usto sine, a gra...
no, jak zwykle, tylko bardziej i w dodatku boso. Jeśli mogę zgłosić
wniosek racjonalizatorski, to prosiłbym o nieodpakowywanie
Małaszyńskiego z charakteryzacji. Jest naprawdę świetna, a on wcale nie
musi mówić i grać też nie. Wystarczy, że wygląda.

Admirał Canaris tłumaczy Szpiekowi i nam, o co chodziło w tym odcinku i
o co mniej więcej chodzi w części serialu. Znaczy, wcześniej tłumaczył
to już Heydrich, ale nie chciałem mu wierzyć, bo to zbyt głupie było. A
tu się okazuje, że głupie nie głupie, scenarzysta podnosi z ziemi
wszystko, co się nawinie, otrzepuje i wsadza do filmu. Otóż – jest rok
1939 - admirał Canaris chce nawiązać kontakt z aliantami. OK. To się
ewentualnie może zgadzać. Ale jaki wg Wołoszańskiego jest
najbezpieczniejszy sposób, by osiągnąć ten cel? W jaki sposób szef
wywiadu wojskowego Rzeszy chce nawiązać kontakt z Anglikami? Kanały
dyplomatyczno-szpiegowskie, tajnopisy, spotkania po ciemku, agenci,
arystokracja, przyjaciel mojego freunda jest ami jego frienda?... A
skądże. Kontakt nawiązuje się losowo wybranym polskim perpedesem z
plecaczkiem. A robi się to następująco: w tajnej misji wysyła się
Szpieka-świeżaka, który na poleskim zadupiu zabiera SD polskiego
więźnia, otrzymanego w pęczku od Rosjan. Następnie więźnia tego
obdarowuje się plecaczkiem i każe mu się udać do Paryża (jest wojna -
przypominam, bo scenarzyście chyba to umknęło), gdzie ma zgłosić się do
tajemniczego Aweniu. Aweniu umówi Panczernego z Churchillem, który
przyjmuje każdego pielgrzyma z plecaczkiem i posdhafia fshyskich
Polakuff. A granatowy Panczerny umówi z Churchillem Canarisa, którego
nie zna i nawet nie wie, że ma go umówić. Proste, prawda?

Samotny więzień z plecaczkiem szanse na dotarcie do Paryża ma mizerne,
bo wojna i nieprzyjaciel w granicach, a zresztą deklaruje, że tu się
zgina dziób pingwina i w ogóle mu na warsztat, ale to w sumie nic.
Abwehra co prawda rzęzi żądzą kontaktu, bo ma hiperważną wieść, ale
skoro Panczerny nie chce, to luzik - nie to nie, przepraszamy za
usterki. Zresztą tu jest lepiej – Panczerny nie tylko nie wie, co ma
robić, ale nie wie nawet, czego ma nie chcieć . Więc po co jest
potrzebny, do przemytu konserw? Po co ma iść do Paryża – Panczerny nie
wie. To wie York (ale mu nie mówi) i Aweniu, który już w Paryżu jest i
który może w takim razie sam wszystko załatwić. Do ewentualnego
zwrotnego przekazywania umówionych terminów Canarisowi w ciemnych
berlińskich zaułkach też chyba polski Panczerny się nie nadaje, prawda?
Tu też wystarczyłby Aweniu i Szpiek, a już na pewno nie polski więzień.
Chociaż przy tym scenarzyście... I nic to, że cała ta zabawa odbywa się
na chama, wywołując solidną awanturę między SD a Abwehrą, a zatem
kierując reflektory lotnicze na demokryckie zakusy i zamysły. I nic to,
iż Anglicy... W tym momencie wyhamowałem - dotarło do mnie, że właśnie
historycznie i logicznie próbuję przenalizować kisiel. Jakbym szukał
sensu życia w paście do butów. Przecież tu chodzi tylko o to, aby
zaszpanowac tajnością, jakkolwiek powiązać Szpieka z Panczernym i zrobić
13 odcinków. I koniaczek. Podwójny.

Clou z gwoździem jest również gdzie indziej. Oto bowiem mamy marzec 1945
roku. Parę miesięcy wcześniej Tom Cruise chciał wysadzić Hitlera w
powietrze, co skończyło się dożynkami. Zginęli zamachowcy, zginęli
współpracownicy, Canaris trafił do pudła i za trzy tygodnie (licząc od
Realiów) też zginie, zginęło sporo osób, sporo wylądowało w obozach,
opozycyjna arystokracja (dobra, umówmy się) niemiecka dostała po
krzyżach za konspirację, a SS po Krzyżach Żelaznych za umiejętne
krzyżowanie krzyżowców z Krzyżowej. Ale scenarzysta dba o Realia, więc
jeden z zaufanych współpracowników Canarisa, facet podejrzewany o
kontakty z wrogiem i zamieszany w knujące knowania przeciw Rzeszy, nie
tylko okazuje się, że nie zadyndał, że nie siedzi, że nie pojechał na
Ost Front, ale dostaje przydział do jednej z najtajniejszych spraw
państwa i wojny ogólnie. Mocne...

W charakterze wisienki dostajemy zakwaterowanie owej jednej z
najtajniejszych spraw w zamku arystokracji, nielubianej przez władze,
zapewne właśnie z powodu krzyżowo-canarisowej opozycyjności, ale także
jakimś cudem niezapuszkowanej pół roku temu. Socjalno opasnyj element
arystokratyczny łazi sobie swobodnie po zamku, jeździ po okolicy, jakie
tajemnice w ogóle i nawet samochodu nie zabrali. Bo angielski więc fuj i
dreck, prawdziwy Niemiec nie dotknie Rollsa nawet kijem. Ale benzynę do
niego dostarczy, bo przecież żadnych kłopotów w marcu ’45 z paliwem (tym
bardziej dla cywilnej opozycji) nie ma... Ta ahistoryczno-nonsensowna
kupa nosi roboczą nazwę "Dbałość o Realia", a ekipa filmowa jest tak
cwana, że "wartką akcją", czyli pokazywaniem jeżdżących Niemców,
chodzących Rusków i drewnianego Małaszyńskiego, rozciąga tę kupę na 13
odcinków. Polak potrafi...

W odcinku drugim jeżdżono sporo: dziesięć jazd mechanicznych plus koń na
krótkim dystansie ("oni w godzinę kilometrów robią sto" – zaśpiewał
kilometromierz odcinkowy), ale zdecydowanie więcej chodzenia. Oraz
wsiadania, zsiadania, siadania, siedzenia i wstawania. Nagrodę na
najlepszy tekst odcinka chciałem przyznać Ferfluchetrowi za nową wersję
"Bez kozery powiem pincet" czyli "Mam tu 25 tysięcy więźniów... a jak
będę chciał, to będę miał... 30 tysięcy!", ale ostatecznie trafia ona po
raz drugi w ręce Fryca Frycza za kwestię ze sceny podglądania
człowieka-parówki czyli Małaszyńskiego w mundurze: "Ehehehe... hehe...
hyhyhyhy... o-o... hehehe... aaahahaha... ehehehe... hyhyhyhy....
eehehe... hehehe".
Nagrodę za wytrzymałość dostają (poza widzami serialu i czytelnikami
streszczeń) statyści, którzy bez przerwy toczą walkę z Głosem
Wewnętrznym, mówiącym: "No, weź popatrz w kamerę... mama się ucieszy...
Nooo, raz tylko. O, tu jest kamera. Nie, nie tam. Tu. O, tak... tu. A
ten, który płacze i zaraz ci przypierdoli - to reżyser".

W roli zimorodka w wychodku wystąpiło stado krów we frustracji
estetycznej.

--
AJK

W poprzednim odcinku...

Oglądany: 32481x | Komentarzy: 25 | Okejek: 111 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.09

16.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało