Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wielka księga zabaw traumatycznych - Wypadki Domowe II

21 913  
1   14  

I nie mów, że ty w swoim domu jesteś zdolny do wszystkiego - do takiego stanu byś nie potrafił go doprowadzić. Tymczasem zapraszamy na ciąg dalszy wypadków.

SYN ENERGETYKA


Mój tato z zawodu jest energetykiem i od zawsze interesowały mnie jego różne narzędzia(miałem wtedy 6 lat, to normalne). Kiedyś w jego szufladzie znalazłem jakiś zegarek z dwoma drucikami wystającymi. Zapytałem ojca co to jest, odpowiedział, że jakiśtam miernik do czegoś tam (techniczny bełkot) i kazał odłożyć na miejsce. Tak też postanowiłem uczynić, ale...
najpierw zachciałem zmierzyć prąd w gniazdku, podszedłem do gniazdka, wsadziłem druciki do dziurek i... i obudziłem się na szpitalnym łóżku, nade mną stało ze 3 lekarzy i rodzina z całej okolicy, nawet była ciocia, poznałem to po swojskim "EE, Jadzia, łon chyba łotwozył łocy".

Nic mi groźnego się nie stało, mam na palcu bliznę od wlotu prądu i na pięcie od jego wylotu z ciała, ale i tak warto było, bo do tej pory śmieję się z "EE, Jadzia, łon chyba łotwozył łocy". To już się chyba stało rodzinnym tekstem.

by jumpertbg

* * * * *

ŻYCIE NA WSI

Byłem za dziecięcia na wsi i powiedziano mi dwie ważne rzeczy:
1. Nie ruszaj SIEKIERY!
2. Siekiera zawsze musi byc wbita w pieniek

Mój dziadek mierzył kuzynowi stopę patykiem coby zakupić mu rolki na komunię. Kuzynek stracił równowagę i podparł się o pieniek.
W tym samym czasie dopadłem siekierkę żeby wbić ją w ów pieniek.

Rezultat: Kuzyn stracił kawałek palca i u prawej ręki ma teraz 3 równe (skróciłem mu palca "fakalca")

by kosmo

* * * * *

HELIKOPTER

Miałem ~ 8 lat. Lato, wszyscy na podwórku, ja poszedłem po coś do domu. Nagle ktoś krzyknął:
- Helikopter leci!
Ja wybiegam chcąc obejrzeć maszynę. Biegnę i... łup.
Nie trafiłem w drzwi.

by Camelord

* * * * *

HARDCOROWE DRZWI (tylko dla osób o mocnych nerwach!)

Miałem wtedy pięć i pół roku, pokłóciłem się o coś z moim starszym bratem.
Kiedy on wybiegł do swojego pokoju, zamknął za sobą, a tuż przed moim nosem szklane drzwi. Nie zdążyłem wyhamować rozbijając głową szybę. Spadające kawałki szkła wbiły się w moje ręce. Na szczęście tylko w ręce. Podczas uderzenia drzwi nie były domknięte, dzięki czemu otworzyły się. Gdyby były zamknięte, szyją spadłbym na dolną część ramy drzwi przebijając swoje gardło, a spadające fragmenty szkła zadziałały by jak gilotyna. Jakby tego było mało na karetkę czekałem około 40 minut (była zima, a w mojej miejscowości nie było jeszcze pogotowia ratunkowego), gdy wreszcie dotarłem do szpitala na stole spędziłem kilka godzin.
Jakie właściwie miałem obrażenia? Pierwszy kawałek szkła wbił mi się w prawy nadgarstek przebijając rękę na wylot i rozcinając wszystkie możliwe żyły, tętnice i ścięgna, drugi kawałek rozciął mi lewe ramie wycinając spory kawałek mięśnia, który zwisał z mojej ręki (gdy wszystko było już dobrze nazwaliśmy razem z tatą ten kawałek "schabowym") Pozostałościami po tej przygodzie są blizny o łącznej długości ponad 40 cm, brak jakichkolwiek drzwi z szybą w moim domu i siwe "pasemko" na głowie mojej mamy (moja biedna mama osiwiała w jednym miejscu z nerwów chociaż miała wtedy 31 lat).

P.S. Przez większość czasu byłem przytomny, pamiętam domowników biegających w kółko, lekarzy (kiedy się wreszcie zjawili) i jazdę karetką. Spytałem się jednego z lekarzy: "Czemu psuje mi pan koszulkę?" gdy ten rozcinał nożyczkami moją piżamę.

by b_rider_

* * * * *

PIERWSZA KOMUNIA, KIOSK I NOWY ZEGAREK

Działo się to w dzień mojej pierwszej komunii. Ze wszystkich prezentów, które wtedy dostałam na pierwszy ogień poszły zegarek i rower. Uzbrojona w zegarek (złoty z diamencikami - ważne) wyruszyłam na jazdę próbną. I tak zrobiłam kilka rundek wokół bloku i wjechałam na parking. Jadąc tamtędy zauważyłam całą rodzinkę bacznie obserwującą moje wyczyny na balkonie. Wtedy chcąc wykonać coś w rodzaju papieskiego pozdrowienia przestałam jedną ręką trzymać kierownice i wykonałam ten gest. W mgnieniu sekundy wyrósł przede mną kiosk (blaszany). Efekty jedna nieprzytomna osoba (ja), zegarek już bez diamencików do tego porysowany i potłuczony, rower nie nadający się do użytku, gips, traumatyczne wspomnienia, bardzo duże wgniecenie na kiosku (zresztą do dzisiaj przypomina mi tę chwilę) i wypominanie rodziny do końca życia.

Do dziś boję się chodzić na jakiekolwiek pierwsze komunie.

BABCIA I ZABÓJCZA LODÓWKA

Mieszkam z babcią. Jakieś 2 miesiące temu wchodząc do kuchni zaobserwowałam unoszący się tam dym. Na wyłączonym gazie stał garnek, babcia siedzi i wcina suchy kawał chleba na talerzu od obiadu. Pomyślałam, że babka jak to miała w zwyczaju przypaliła garnek, więc rzuciłam tylko tekst w rodzinnym slangu "ale jebie" i wyszłam do pokoju. Wracając po pięciu minutach zaniepokojona coraz większą ilością kłębiącego się dymu (już w całym mieszkaniu) spostrzegłam, że dym wydobywa się z szafki kuchennej. Informując babcie o planowanej akcji gaszenie, jeszcze nie wiadomo czego powiedziałam „co jest grane i ostrożnie otworzyłam szafkę. Babka w tym czasie zdążyła odłączyć lodówkę (?) i nacisnąć przycisk rozmrożenia (?!), a ja zobaczyłam, że palą się takie uszka do łapania garnka i plastikowa kratka, na której leżały. Pobiegłam po wiadro z wodą. Ugasiłam. Jak się otwiera szafkę to do dziś śmierdzi spaloną szmatą .

Babcia przyrządzała zapiekanki. Oczywiście w piekarniku. Było to jakiś czas po poprzednim zdarzeniu. Następnego dnia również piekąc coś w piekarniku, poczułam dziwną woń wydobywającą się nie wiadomo skąd, jakby zapach palących się kabli. Obstawiałam piekarnik, ale nie widząc w nim nic niepokojącego zostawiłam to w spokoju, myśląc, że to zdarzenie jednorazowe. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Doszłam do wniosku, że coś jednak jest grane. Babcia w tym czasie odłączyła lodówkę, odmroziła ją i wezwała fachowca. Fachowiec stwierdził, że lodówce nic nie jest, a w piekarniku smażył się widelec z drewnianą rączką.

Wniosek z tego taki, cokolwiek by się nie działo u was w domu odłączcie lodówkę i rozmroźcie ją.

by Meg_K

* * * * *

NIESPOKOJNE ŻYCIE WHITED

Lista moich wypadków domowych i przydomowych... dowodzi że głupi ma zawsze szczęście... i że posiadanie psa faktycznie ratuje życie.

Lat 5,5 - chciałam sie pobawić w tarzana i zawisłam na firance... jakimś cudem udało mi się oberwać karniszem w łeb... 5 szwów i zakaz tykania firanek...

Lat 7 - udało mi się jadąc rowerkiem przelecieć przez płot... a jak? zrobiliśmy z bratem taki malutki podjazd - skocznię. Niestety zahaczyłam owym rowerkiem o rzeczony płot... dobrze, że zęby były mleczne... bom sie wykopyrtła na twarz... i dobrze że dziewczynki nie mają ekhm... bo kierownica walnęła mnie właśnie w owo delikatne miejsce... bolało jak diabli.

Lat 8 - wypadłam przez okno z 1 piętra... ręka do gipsu, 6 szwów... bo się za mocno wychyliłam.

W tym samym roku zaliczyłam jeszcze upadek z płotu... chciałam przezeń przejść, ale sie zaczepiłam i no... moja noga wymagała szycia - 12 szwów, nadgarstek zagipsowania, a spodnie wyrzucenia.

Lat 13 - spadłam razem z rynną... nie polecam boli.

Brat walnął mnie śnieżką... z wkładką... 4 szwy.

Lat 14 - odkryłam, że suszarek nie należy wkładać do wody.

A spadając ze schodów nie należy chwytać się dywanu... ładnie wyglądałam połamana i przykryta dywanem.

Lat 15 - spadłam z drzewa, ręka złamana w dwóch miejscach, noga skręcona, wybite dwa zęby... bo się gałąź urwała... razem z domkiem na drzewie i mną.

Lat 16 - spadłam z dachu własnego domu... złamana noga, wybity bark i troszkę szwów

Lat 18 - spadając z własnych schodów [again] odbiłam sobie kość ogonową tak że dość długo nie mogła siedzieć i leżeć częścią tylnią... bolało.

Lat 20 - największe rzyganko w dziejach świata, po zapiciu hmm 1/4 butelki spirytu... od tamtej pory pije tylko herbatę albo jakieś reddsy/gingersy raz w roku. Poza tym wyleciałam znowu oknem - ale nic mi sie nie stało poza podrapaniem się, po teraz rośnie tam taki fajny krzaczek, spadłam ze schodów wchodząc po nich, a potem z nich schodząc - też mi sie nic nie stało...

Lat 21 - remont mieszkania po babci... kabelek... i teraz wiem że prądem nie należy sie bawić, ani dotykać niezidentyfikowanych lekko gołych kabelków... ale przynajmniej mi sie włosy wyprostowały na jakiś czas.

- Zleciałam ze schodów... jak? Było ciemno, a mi sie nie chciało zapalać światła na klatce... dobrze, że to było dwa stopnie przed zejściem, bo tylko przyrżnęłam twarzą w ścianę... a mogłam sie sturlać...

To tylko wybrane wypadki... ja wypadki miewam średnio raz w tygodniu... aż dziw że jeszcze żyje.

by WhiteD

* * * * *

Dzięki wszystkim. A specjalne pozdrowienia wysyłamy do RmXa, który tak oto opisał na swoje traumatyczne przeżycie:

Pewnego dnia przewróciłem się w domu.

Oglądany: 21913x | Komentarzy: 14 | Okejek: 1 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.01

26.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało